RSS
 

Archiwum - Marzec, 2009

Heinrich Heine – Ich hab im Traum geweinet, muzyka Robert Schumann

30 mar

Niestety nagranie jest ciche.

Ich hab’ im Traum geweinet,
Mir traumte, du lagest im Grab.
Ich wachte auf, und die Trane
FloB noch von der Wange herab. 

Ich hab’ im Traum geweinet,
Mir traumt’, du verlie
Best mich.
Ich wachte auf,
und ich weinte
Noch lange bitterlich. 

Ich hab’ im Traum geweinet,
Mir trliumte, du bliebest mir gut
Ich wachte auf, und noch immer
Stromt meine Tranenflut. 

Płakałem, bo sen miałem
Że leżysz już w mogile.
 
Zbudziłem się i łzy po twarzy
Płynęły mi jeszcze chwilę.

 Płakałem, bo sen miałem,
Żeś mnie porzuciła na wieki.
Zbudziłem się i długo
Łez gorzkich roniłem rzeki. 

Płakałem, bo sen miałem,
Żeś nadal mi życzliwa.
Zbudziłem się i wciąż jeszcze
Łez moich strumień spływa.


 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Komórka

29 mar

Komórka, czyli miejsce, w którym trzymamy rzeczy niezbędne, ale w nieznanej perspektywie czasowej. Oto, co znalazłem w swojej podczas sprzątania.

Mój chrześniak, Wiktor. Mam zadbać o jego wychowanie w wierze katolickiej, co będzie bardzo trudne, bo sam mam z nią problemy. Zapomniałem o moim obowiązku, ale właśnie dzięki przypomnieniu może uda mi się wrócić? Choćby z poczucia obowiązku.

Więcej Wiktora:

Jeśli jesteśmy przy wierze: taki aniołek był przy szopce wielkanocnej w kościele mojej parafii:


 

Mój kuzyn Tomasz. Jedna z najbliższych mi osób:

Ania. Nie tylko książki mi kupuje. Dostaję od niej wszystko. Na zdjęciu nawet pokazuje mi palec (!)…


 

Młodzież Wszechpolska?

Przewrotni kibice czy ktoś z góry sprzyja?

Tak marznął Herkules.
 

Znalazłem też siebie.
 

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Kawior i popiół – Marci Shore

29 mar

O proszę, gdzieś tam trochę tylnymi drzwiami wchodzi na rynek wydawniczy ciekawa książka historyczna. Wywiad z ostatniego „Plusa-Minusa” można przeczytać tu:
http://www.rp.pl/artykul/61991,283053_Kogo_kasal_Hegel_.html
 , a Polskie Radio nawet rozmawiało z autorką, tu:
http://www.polskieradio.pl/_files/20071217100930/2009031812552393.mp3
 .

Dopisane 3 kwietnia:
Okazało się, że Lektor wziął tę książkę na świecznik:
http://tygodnik.onet.pl/0,58,24488,historia_pewnego_pokolenia,artykul.html

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Kryzys: Przewodnik Krytyki Politycznej

28 mar
 

Młodzi lewicowcy spod znaku Sierakowskiego i Brzozowskiego wykazali się dużym refleksem, wydając w ramach swoich „Przewodników” książkę o kryzysie, w dodatku nie taką znowu małą (stron 440). 

Kryzys jest na ustach wielu, jak ja, ludzi nieinteresujących się ekonomią, finansami, gospodarką – bo jednak wpływ ma na wielu. Jak słusznie zauważa przynajmniej kilku autorów tej ciekawej kompilacji tekstów o kryzysie, takie szaraki muszą zapłacić długo bankowców, białych kołnierzyków czy panów w szelkach, jak noszą się na Wall Street.

Oczywiście w wielu rozpala to gniew – bo przecież nie mieliśmy ogromnych zysków, jakie osiągali finansiści ryzykując nie tylko swoje majątki (a raczej te w małej części ryzykując), ale także ogólną sytuację gospodarczą. Paradygmat von Hayeka, ukochany przed Friedmanna i neoliberałów ze szkoły chicagowskiej – chciwość opłąci się większości – nie zdał egzaminu.

Nie oznacza to jednak, że młodzi ludzie z Krytyki Politycznej mogą zacząć przygotowywać czerwone bandery. Oczywiście lewicowcy czekali na coś tak spektakularnego, żeby podważyć paradygmat neoliberalnego myślenia o ekonomii. Jednak są nieprzekonywający w totalnym jego krytykowaniu, co zrozumiałe: socjalizm nigdy nie jest lepszy.

Popełniłem błąd, utożsamiając kapitalizm z neoliberalizmem – bo Przewodnik o kryzysie takich błędów (świadomych, jak sądzę) ma masę. Innymi słowy, Sierakowski chce i swoją kryzysową pieczeń upiec. Robi to subtelniej niż Naomi Klein, która najpierw z łam „Europy” (gdzie również ukochano Żiżka, zapewne kwestia miłości Michalskiego do Sierakowskiego), a teraz z Przewodnika wychodzi po prostu na histeryczkę. Jej „No logo” owszem, łapało za serce, ale podobnie jak „Traktat ateologiczny”, o którym pisałem niedawno – za serce, bo z rozumem już nie tak.

Książka jest więc zaangażowana (doborem tekstów, ale jako listek figowy drukuje się np. Jadwigę Staniszkis), ale bardzo ciekawa i polecam każdemu jej przestudiowanie. Duże wrażenie robi praca Roberta Brennera, który beznamiętnie i bardzo szczegółowo i precyzyjnie opisuje przyczyny kryzysu. Ciekawy wstęp tekstu Beigbedera (Francuz – polecam komentarz przy Onfrayu; swoją drogą, ktoś ze znajomych ładnych kilka lat temu pożyczył ode mnie jego ciekawe 29.99 i mniej ciekawe Windows on the world – proszę o oddanie!), niezwykły wiersz Tucholskiego z lat 30. – nie dziwcie się, Sierakowski od zawsze jasno, a teraz we Wstępie do „Przewodnika”, pisał o złączeniu kultury i polityki – to artystyczne wisenki. Zaangażowane bohomazy wypadają najsłabiej – czyli właśnie Klein, Żakowski. Nie wliczam Żiżka – tekst bodaj przedrukowany z „Europy”, bardzo ciekawy, i dwóch stron Staniszkis – kochać ją trudno, ale ciężko też zarzucać jej nieprecyzyjność myślenia. Większa część książki to teksty ekonomistów – niekiedy suche, dla humanisty ciężkie do przetrawienia – tutaj beznamiętny Brenner jest wyjątkiem, bo jego długi wykład przez szczegółowośc jest bardzo interesujący – należy więc przygotować się do intesywnej lektury stron, które zazwyczaj z gazet się wyrzuca (robię tak z The Wall Stree Journal w „Dzienniku”, z kolorowymi stronami w „Rzepie”, z „Wyborczej” wyrzucić się nie da).

W aneksie bardzo interesujący jest fragment przesłuchania Greenspana przed komisją Kongresu. Robi wrażenie – nie tylko ciarki przechodzą po plecach słuchając – czytając – Greenspana, ale też przyjemne wrażenie robi przygotowanie kongresmenów. W polskich komisjach sejmowych – wiadomo. Podobno za Walendziaka był poziom.

Na końcu słowniczek – świadom, że raczej humaniści sięgną po jego dzieło niż ekonomiści, Sierakowski nie pozostawia kochanej braci humanistycznej na lodzie. Za słowniczkiem – kalendarium „neoliberalizmu” i najnowszego kryzysu. Szczególnie to drugie robi wrażenie, szczególnie upór niektórych polityków, ale także kwoty, jakie rządy wyasygnowały na pomoc instytucjom finansowym. Jak pisze się często w analizach poprzedzających kalendarz (a co także wkurza, jak każda hipokryzja), ręce po pomoc wyciągają firmy, które wcześniej wymagały leseferyzmu niczym kameduli milczenia. Dzięki kalendarzowi kryzysu można sobie szybko podliczyć ile (na razie) kosztował on niebieskie kołnierzyki. Bo białe, jak pokazuje przykład zadowolonych z siebie menedżerów AIG, i tak wystawią sobie odprawy idące w setki milionów dolarów. Warto jednak pamiętać, że zdenerwowanie nie jest dobrym momentem do podejmowania decyzji o budowie nowego systemu ekonomicznego. I mimo mojego gniewu, „Przewodnik o kryzysie” raczej nie nawróci mnie na socjalizm czy choćby antyneoliebralizm. Co najwyżej sięgnę po książki Keynesa, którzy jest duchem opatrznościowym, przenikającym „Kryzys”.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Kinga Dunin

22 mar

Czasem wydaje mi się, że największym marzeniem niektórych feministek jest po prostu zostanie facetem:

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Pierwsza rewolucja komunistyczna, albo Karol Marks i walka o niepodległość Polski

22 mar

Przemówienie (wygłoszone po francusku) z 22 lutego 1848 roku z uroczystości dwulecia Powstania Krakowskiego. Karol Marks:

Panowie, w historii zdarzają się zadziwiające analogie. Jakobin z roku 1793 stał się dziś komunistą. W 1793 r., kiedy Rosja, Austria i Prusy dokonały rozbioru Polski, te trzy mocarstwa wskazywały jako przyczynę na konstytucję 1791 roku, która na mocy wspólnego porozumienia została potępiona z powodu jej rzekomo jakobińskich zasad.

Cóż głosiła konstytucja polska z 1791 roku? Nic innego, tylko monarchię konstytucyjną: władza ustawodawcza w ręku reprezentantów kraju, wolność prasy, wolność sumienia, jawność sądów, zniesienie pańszczyzny itd. I to wszystko nazywano wtedy najczystszej wody jakobinizmem! Taka jest, jak Panowie widzą, droga historii. Jakobinizm owych czasów obecnie stał się, podobnie jak liberalizm, czymś w najwyższym stopniu umiarkowanym.

Trzy mocarstwa dotrzymały kroku historii. W 1846 r., kiedy to wcielając Kraków do Austrii unicestwiły ostatnie resztki państwowości polskiej, zaczęły nazywać komunizmem to, co dawniej nazywały jakobinizmem.

Czym więc był komunizm rewolucji krakowskiej? Czy była to rewolucja komunistyczna dlatego, że zmierzała do wskrzeszenia państwowości polskiej? Z taką samą racją można by powiedzieć, że wojna koalicji europejskiej z Napoleonem w imię ocalenia narodów była wojną komunistyczną, że Kongres Wiedeński składał się z koronowanych komunistów. A może rewolucja krakowska była rewolucją komunistyczną dlatego, że miała na celu stworzenie demokratycznego rządu? Nikt nie będzie imputował zakusów komunistycznych obywatelom milionerom z Berna czy Nowego Jorku.

Komunizm neguje konieczność istnienia klas. Pragnie on znieść wszelkie klasy, wszelkie różnice klasowe. Krakowscy zaś rewolucjoniści chcieli znieść tylko polityczne różnice między klasami; różnym klasom chcieli nadać równe prawa.

Pod jakim więc względem rewolucja krakowska była rewolucją komunistyczną?

Czy aby nie dlatego przypadkiem, że postawiła sobie za cel zerwanie pęt feudalnych, wyzwolenie własności pańszczyźnianej i przekształcenie jej we własność wolną, nowoczesną?

Gdyby zapytać francuskich posiadaczy: „Czy wiecie, czego chcą demokraci polscy? Polscy demokraci chcą u siebie zaprowadzić tę formę własności jaka istnieje u was” – to francuscy posiadacze odpowiedzieliby: „Polacy postępują bardzo słusznie”. Ale spróbujmy wraz z panem Guizot powiedzieć do francuskich posiadaczy: „Polacy chcą znieść własność, którą wyście zaprowadzili w rewolucji 1789 roku i która istnieje u was do dnia dzisiejszego”. „Co” – ryknęliby – „a więc są to rewolucjoniści, komuniści! Trzeba zdusić tych łotrów”. Zniesienie cechów, korporacji, zaprowadzenie wolnej konkurencji nazywają teraz w Szwecji komunizmem. „Journal des Débats” rozumuje jeszcze lepiej: znieść rentę, jaka dla dwustu tysięcy wyborców stanowi możność przekupstwa, to znaczy znieść źródło dochodów, zniszczyć nabytą własność, to znaczy być komunistą. Bez wątpienia, rewolucja krakowska również chciała znieść pewien rodzaj własności. Ale jaki? Ten, którego nie można byłoby znieść w pozostałej części Europy, podobnie jak nie można znieść Sonderbundu w Szwajcarii – bo ani jednego, ani drugiego już nie ma.

Nikt nie zaprzeczy, że w Polsce kwestie polityczne są związane ze społecznymi. Są one nierozłączne po wsze czasy.

Zresztą zapytajmy lepiej reakcjonistów! Czy w epoce liberalizmu walczyli oni jedynie z politycznym liberalizmem i z właściwym mu wolterianizmem?

Pewien bardzo znany pisarz reakcyjny otwarcie wyznał, że najsubtelniejsza metafizyka jakiegoś de Maistre’a lub de Bonalda sprowadza się w rezultacie do kwestii pieniędzy, a czyż wszelka kwestia pieniędzy nie jest kwestią społeczną? Ludzie Restauracji nie ukrywali wcale, że po to, aby przywrócić słuszną politykę, należy przywrócić godziwą własność, własność feudalną, własność moralną. Wszyscy wiedzą, że wierność monarchiczna nie może się obejść bez dziesięcin i pańszczyzny.

Cofnijmy się jeszcze bardziej wstecz. W 1789 r. polityczna kwestia praw człowieka mieściła w sobie społeczną kwestię wolnej konkurencji.

A co się dzieje w Anglii? Czy począwszy od billu o reformie (Reformbill) aż do zniesienia praw zbożowych, we wszystkich kwestiach partie polityczne tego kraju nie walczyły właśnie o zmianę w stosunkach majątkowych, o kwestie własności, o kwestie społeczne?

A tutaj, w Belgii, czyż walka liberalizmu z katolicyzmem nie jest walką kapitału przemysłowego z wielką własnością ziemską?

A czy te kwestie polityczne, które są przedmiotem dyskusji w ciągu siedemnastu lat, nie są w istocie kwestiami społecznymi?

Tak więc, bez względu na to, jakie będzie wasze stanowisko: liberalne, radykalne czy też nawet arystokratyczne, czy moglibyście wobec tego wszystkiego uczynić zarzut rewolucji krakowskiej, że łączyła kwestię społeczną z polityczną?

Ludzie, którzy stali na czele krakowskiego ruchu rewolucyjnego, byli głęboko przekonani, że jedynie demokratyczna Polska może być niepodległa i że demokracja polska jest niemożliwa bez zniesienia praw feudalnych, bez ruchu agrarnego, który by z chłopów pańszczyźnianych uczynił wolnych nowoczesnych właścicieli.

Postawcie na miejscu autokraty rosyjskiego arystokratów polskich, a dokonacie naturalizacji despotyzmu. Podobnież Niemcy w swej walce z cudzoziemcami zamienili jednego Napoleona na trzydziestu sześciu Metternichów.

Jeżeli nawet nad polskim dziedzicem nie będzie dziedzica rosyjskiego, chłop polski dalej będzie miał nad sobą dziedzica, co prawda wolnego, nie ujarzmionego. Ta zmiana polityczna nic a nic nie zmieni w stanowisku społecznym chłopa polskiego.

Rewolucja krakowska dała całej Europie piękny przykład, utożsamiając sprawę narodową ze sprawą demokracji i z wyzwoleniem klasy uciśnionej.

Jakkolwiek krwawe ręce najemnych morderców zdusiły chwilowo tę rewolucję, odradza się ona teraz i osiąga swój sławny triumf w Szwajcarii i we Włoszech. Znalazła potwierdzenie swoich zasad w Irlandii, gdzie wąsko-narodowa partia zeszła do grobu z O’Connellem i gdzie nowa partia narodowa jest przede wszystkim partią reform, partią demokratyczną.

Polska znowu podjęła inicjatywę, ale nie jest to już Polska feudalna, lecz Polska demokratyczna i od tej chwili wyzwolenie jej staje się kwestią honoru dla wszystkich demokratów europejskich.”

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Cola Loca – No me da mi gana Americana

22 mar
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Rainer Maria Rilke o Auguście Rodin

22 mar

Całymi latami chodził Rodin po drogach tego życia jako pokorny uczeń, który ciągle czuł się początkującym. Nikt nie wiedział o jego próbach, nie miał zaufanych i niewielu miał przyjaciół. Za pracą, która dawała mu utrzymanie, kryło się rosnące jego dzieło i czekało na swój czas. Czytał wiele. Przyzwyczajono się do oglądania go na ulicach Brukseli zawsze z książką w ręku, lecz książka ta była może często jedynie pretekstem do zagłębiania się w siebie, w niesamowite zadanie, które go czekało. Jak wszystkim ludziom czynu uczucie, iż ma przed sobą niezmierzoną pracę, było mu bodźcem, czymś, co pomnażało i skupiało jego siły. A gdy nadchodziły wątpliwości, nadchodziły niepewność, gdy ogarniała go wielka niecierpliwość stawania się, lęk przed śmiercią przedwczesną lub groźba powszechnej nędzy, wszystko to natrafiało w nim już cichy, rzetelny opór, na zaciętość, na siłę i ufność, na wszystkie nie rozwinięte jeszcze sztandary wielkiego zwycięstwa. Być może przeszłość stawała w takich momentach u jego boku, głos katedr, którego ciągle chodził słuchać. Z książek również płynęło wiele, co mu przytwierdzało. Po raz pierwszy przeczytał Boską komedię Danta. Było to objawienie. Ujrzał przed sobą udręczone ciało innego pokolenia, widział, ponad całą powszedniość dni, stulecie odarte z szat, ujrzał wielki i niezapomniany sąd poety nad swoim czasem. Były tam obrazy, które przyznawały mu słuszność, a kiedy czytał o płaczących stopach Mikołaja Trzeciego, wiedział już, że istnieją płaczące stopy, że istnieje płacz, który jest wszędzie, w całym człowieku, i łzy, które wypływają wszystkimi porami. Od Danta zaś przeszedł do Baudelaire’a. Tutaj nie było sądu poety prowadzonego przez cień do niebios, człowiek tylko, jeden z cierpiących, podniósł swój głos i kazał mu brzmieć wysoko ponad głowami pozostałych, jakby chcąc ocalić go przed zagładą. A były w tych wierszach miejsca, które wydobywały się z pism, które zdawały się nie napisane, lecz ukształtowane, słowa i grupy słów, które stopiły się w gorących dłoniach poety, linijki, które dotykać się dawały jak płaskorzeźby i sonety, które niczym kolumny o zawiłych kapitelach dźwigały ciężar trwożnej myśli. Wyczuwał niejasno, że ta sztuka, urywając się nagle, natrafiała na początek innej i że za tą inną tęskniła; wyczuwał w Baudelairze kogoś, kto go wyprzedził, kogoś, kto nie dał się zwieść twarzom i kto szukał ciał, w których życie było intensywniejsze, okrutniejsze, i bardziej niespokojne. Od owych dni obaj poeci pozostali mu na zawsze bliscy, wybiegał myślami poza nich i znów do nich powracał. W owym czasie, gdy sztuka jego kształtowała się i przygotowywała, gdy wszelkie życie, którego się uczyła, było bezimienne i nie oznaczało nic, myśli Rodina błąkały się po książkach poetów i stamtąd czerpały dla siebie przyszłość. Później, gdy już jako twórca znowu dotknął tego kręgu tematów, postaci ich wynurzyły się w nim niczym wspomnienia z jego własnego życia, bolesne i rzeczywiste, i przeniknęły do jego dzieła jak do ojczyzny. W końcu, po latach samotnej pracy, podjął próbę wystąpienia z pewnym dziełem. Było to pytanie rzucone opinii publicznej. Opinia publiczna odpowiedziała przecząco. I Rodin znowu zamknął się na trzynaście lat. Były to lata, w których ciągle jeszcze nie znany, dojrzał do mistrzostwa, do nieograniczonej władzy nad własnymi środkami, pracując nieustannie, myśląc, próbując, nie ulegając wpływom czasu, który z nim nie współdziałał. Być może ta właśnie okoliczność, iż cały jego rozwój dokonał się w owej niezmąconej ciszy, dała mu ową potężną pewność siebie później, kiedy się o niego sprzeczano, kiedy sprzeciwiano się jego dziełu. Wtedy, gdy zaczynano w niego wątpić, on sam nie żywił już zwątpień wobec samego siebie. Wszystko to było już poza nim. Los jego nie zależał już od poklasku i osądu tłumu, rozstrzygnięty był już wówczas, gdy mniemano, iż zdoła się go zniszczyć szyderstwem i wrogością. W czasach kiedy się stawał, nie docierał do niego żaden obcy głos, żadna pochwała, która mogłaby go zwieść, żadna nagana, która mogłaby mu zmącić myśli, podobnie jak dojrzewał Parsifal dzieło jego dojrzewało w czystości, samo ze sobą i z wielką i potężną przyrodą. Przemawiała doń jedynie jego własna praca. Mówiła do niego z rana, przy przebudzeniu, a wieczorami długo dźwięczała mu w rękach, niczym w odłożonym jużna bok instrumencie. Dlatego dzieło jego było tak niezmożone: ponieważ przyszło na świat już dorosłe; nie ukazało się jako rzecz stawająca się, szukająca swego uzasadnienia, lecz jako rzeczywistość, która miejsce sobie wywalczyła, która jest i z którą trzeba się liczyć. [...] Ów okres dojrzewania zamknięty jest granicami dwóch dzieł. Początek jego stanowi głowa Człowieka ze złamanym nosem, koniec – postać młodego mężczyzny, Mężczyzny czasów pierwotnych, jak nazwał go Rodin. L’Homme au nez cassé odrzucony został przez Salon w 1864 roku. Można to doskonale zrozumieć, ponieważ czuje się, że w dziele tym sztuka Rodina jest już całkowicie dojrzała, całkowicie doskonała i pewna; z bezwzględnością wielkiego wyznania przeciwstawiła się wymogom akademickiego piękna, które wciąż jeszcze panowały niepodzielnie. Na próżno Rodin obdarzył ową boginię buntu na Łuku Triumfalnym przy placu de l’Etoile dzikim gestem i rozwartymi do krzyku ustami, na próżno tworzył Barye giętkie swoje zwierzęta, a Taniec Carpeaux wyszydzono jedynie, aby w końcu tak dalece do niego przywyknąć, że go wcale już nie spostrzegano. Wszystko zostało po staremu. Rzeźba, jaką uprawiano, była jeszcze ciągle rzeźbą modeli, póz i alegorii, łatwym, tanim i spokojnym rzemiosłem, zadowalającym się mniej lub bardziej zręcznym powtarzaniem kilku usankcjonowanych gestów. W takim otoczeniu głowa Człowieka ze złamanym nosem powinna wywołać ową burzę, jaka wybuchła dopiero przy późniejszych dziełach Rodina. Ale prawdopodobnie odesłano ją jako pracę człowieka nieznajomego, prawie wcale nie oglądając. Czuje się, co skłoniło Rodina do ukształtowania tej głowy, głowy starzejącego się, brzydkiego mężczyzny, którego złamany nos wzmógł jeszcze udręczony wyraz twarzy: pełnia życia, która nagromadzona była w tych rysach; okoliczność, iż na twarzy tej nie było żadnych symetrycznych powierzchni, że nic się nie powtarzało, żadne miejsce nie pozostawało puste, nieme czy obojętne. Twarzy tej życie nie poruszyło, lecz była na wskroś nim przeniknięta, tak jakby nieubłagana jakaś ręka pogrążyła ją w głębinach losu, niczym w wirach obmywającej i żrącej wody. Kiedy trzyma się i obraca w rękach tę maskę, zaskoczonym się jest nieustanną zmianą profilów, spośród których żaden nie jest przypadkowy, zgadujący lub nieokreślony. Nie ma na tej głowie ani jednej linii, przecięcia, konturu, których by Rodin nie widział i nie chciał. Wydaje się nam, że czujemy, jak niektóre z tych bruzd powstały wcześniej, inne później, jak pomiędzy tą a tamtą zmarszczką przecinającą rysy leżą całe lata, trwożne lata, wie się, iż spośród znaków na tej twarzy niektóre wypisane zostały powoli, niejako ociągliwie, inne najpierw zarysowane zostały leciutko i pogłębione dopiero przez jakiś nawyk czy powracającą nieustannie myśl, i rozeznaje się owe ostre cienie, które powstać musiały w ciągu jednej nocy, wysieczone jakby dziobem jakiegoś ptaka na ponad miarę czuwającym czole bezsennego człowieka. Trzeba sobie z trudem przypominać, że wszystko to wypisane jest w obrębie jednej twarzy, tyle bowiem trudnego, bezimiennego życia bije w tym dziele. A gdy położymy ową maskę przed sobą, odnosimy wrażenie, że stoimy na wysokiej wieży spoglądając na nierówny krajobraz, przez który po mylnych drogach wędrowało wiele ludów. Gdy zaś podniesiemy ją znowu, trzymamy w rękach rzecz, którą nazwać trzeba piękną z uwagi na jej doskonałość. Lecz piękno to nie wynika wyłącznie z nieporównanej intensywności obrazu. Wynika z poczucia równowagi, wyrównania wszystkich tych ruchliwych płaszczyzn pomiędzy sobą, ze zrozumienia, że wszelkie te impulsy w tym samym przedmiocie wyczerpują swój kres. I choć przed chwilą jeszcze byliśmy przejęci wielogłosową udręką tego oblicza, czujemy zaraz potem, iż nie wynika z tego żadne oskarżenie. Oblicze to nie zwraca się do świata; wydaje się w sobie nosić swoją sprawiedliwość, pogodzenie wszystkich swoich sprzeczności oraz cierpliwość, dostatecznie wielką dla całego swego ciężaru. Rodin tworząc ową maskę, miał przed sobą spokojnie siedzącego człowieka i spokojną twarz. Była to jednak twarz człowieka żywego, a gdy ją zbadał na wskroś, okazało się, że była ona pełna ruchu, pełna niepokoju i falowania. Ruch był w przebiegu linii, ruch w nachyleniu powierzchni, cienie poruszały się jak we śnie, światło zaś zdawało się cichutko omijać czoło. Nie było tedy również spokoju w śmierci; wraz z rozkładem bowiem, który także jest ruchem, nawet nieżywe było jeszcze podporządkowane życiu. W przyrodzie istniał jedynie ruch; sztuka zaś, która chciała dać sumienną i wiarygodną interpretację życia, nie miała prawa czynić swym ideałem owego spokoju, którego nigdzie nie było. W istocie też i starożytność nic o takim ideale nie wiedziała. Wystarczy pomyśleć jedynie o Nike. Rzeźba ta przekazała nam nie tylko ruch pięknej dziewczyny, która idzie naprzeciw swemu kochankowi, lecz jest jednocześnie wizerunkiem greckiego wiatru, jego niezmierzoności i wspaniałości. I nawet kamienie kultur jeszcze dawniejszych nie były spokojne. W hieratycznie powściągliwych gestach prastarych kultów zamknięty był niepokój żywych powierzchni, niczym woda w ścianach naczynia. Prądy krążyły w hermetycznych postaciach bogów, którzy siedzieli, w tych zaś, którzy stali, zawarty był gest, który wytryskał niczym fontanna z kamienia i znowu z powrotem w ów kamień zapadał, napełniając go wielorakim falowaniem. I nie ruch sprzeczny był z sensem rzeźby (czyli po prostu z istotą przedmiotu); jest nim tylko taki ruch, który pozostaje niedokończony, nie jest utrzymany w równowadze przez inne ruchy, który kieruje ową uwagę poza granice przedmiotu. Przedmiot rzeźbiarski przypomina owe miasta dawnych czasów, które żyły całkowicie w obrębie swych murów: mieszkańcy nie wstrzymywali z tej przyczyny oddechu, zaś gesty ich życia nie urywały się nagle. Nic jednak nie przekraczało granic kręgu, który ich otaczał, nic nie znajdowało się po drugiej stronie, nic nie kierowało poza bramy i żadne oczekiwanie nie otwierało się na zewnątrz. I jak wielki by nie był ruch jakiegoś dzieła rzeźbiarskiego, musi on, z bezkresnej choćby oddali, choćby z otchłani niebios, ku niemu powrócić, wieli krąg musi się zamknąć, krąg samotności, w którym przedmiot artystyczny przeżywa dni swoje. Takie było prawo, które, niepisane, żyło w rzeźbach minionych czasów. Rodin je rozeznał. I to właśnie, co cechuje przedmioty, owo całkowite zajmowanie się sobą, nadawało rzeźbie spokój; nie powinna ona niczego domagać się ani spodziewać z zewnątrz; nie odnosić się do niczego, co na zewnątrz niej się znajdowało, niczego widzieć, co w niej samej nie było. Otoczenie rzeźby musiało się mieścić w niej samej. To r z e ź b i a r z Leonardo nadał Giocondzie ową niedostępność, ów ruch, który kieruje się do wnętrza, owo patrzenie, z którym nie można się spotkać. [...] W ciągu długich lat, które przeminęły pomiędzy maską Homme au nez cassé a ową figurą Mężczyzny czasów pierwotnych, dokonało się w Rodinie wiele cichych procesów rozwojowych. Nowe współzależności związały go silniej z przeszłością jego sztuki. Przeszłość ta i cała wielkość, którą tak wielu dźwigało jako ciężar, dla niego stała się unoszącym go skrzydłem. Gdyż jeśli w okresie tym dozna jakiegokolwiek utwierdzenia i umocnienia w tym, czego pragnął i czego szukał, to wywodziło się to z dzieł antyku i z fałdzistego mroku katedr. Ludzie do niego nie przemawiali. Mówiły kamienie. L’Homme au nez cassé ujawnił, w jaki sposób Rodin potrafił dojść do celu poprzez kształtowanie ludzkiego oblicza, zaś Mężczyzna czasów pierwotnych był dowodem jego nieograniczonego opanowania ludzkiego ciała. „Souverain taileur d’ymaiges” – tytuł ów, który w poważnej i bezzazdrosnej ocenie nadawali sobie nawzajem mistrzowie średniowieczni, jemu się należał. Był to akt naturalnej wielkości, gdzie w każdym miejscu życie nie tylko było jednako potężne, lecz zdawało się być także podniesione wszędzie na wyżynę tego samego wyrazu. To, co malowało się na twarzy, ta sama bolesność trudnego przebudzenia i jednoczesna tęsknota za tym trudem, wypisane były na najdrobniejszej cząstce tego ciała; każde miejsce było ustami, które wyrażały to na swój sposób. Najbardziej bystre oko nie zdołało odkryć w tej figurze ani jednego miejsca, które byłoby mniej żywe, mniej określone i jasne. Sprawiało to wrażenie, jakby w żyły tego człowieka wstępowała moc z czeluści ziemi. Była to sylweta drzewa, które czeka dopiero na marcowe zawieruchy i lęka się, ponieważ owoc i pełnia jego lata nie przebywa już w jego korzeniach, lecz, podnosząc się z wolna, tkwi w pniu, wokół którego hulać będą potężne wiatry. Postać ta ważna jest jeszcze w innym sensie. Sygnalizuje ona w dziele Rodina narodziny gestu. Tego gestu, który narastał i stopniowo rozwinął się do takiej wielkości i mocy, a tu wytryskał niczym źródło, cichutko spływając po tym ciele. Ocknął się on z mroku czasów pierwotnych, a wzrastając, zdaje się przenikać poprzez wszystkie tysiąclecia, wyprzedzając nas znacznie i dążąc ku tym, którzy dopiero nadejdą. Ociągliwie rozwija się we wniesionych ramionach; a ramiona te są jeszcze tak ciężkie, że jedna z rąk odpoczywa już znowu na wysokości głowy. Gest nie śpi już jednak; skupia się; tam, wysoko, na samym szczycie mózgu, gdzie panuje całkowita samotność, przygotowuje się do pracy wieków, która nie zna zamiaru ani kresu. A w prawej nodze czuwa, czekając, pierwszy krok. Można by powiedzieć o tym geście, że spoczywa zamknięty jakby w twardym pąku. Żar myśli i burza woli: gest rozwiera się i oto powstaje ów Jan o wymownych, pobudliwych ramionach i zamaszystym kroku człowieka, który czuje, że za nim postępuje inny. Ciało tego człowieka nie jest już nie wypróbowane: przepaliły je pustynie, doskwierał mu głód i doświadczyły go wszelkie pragnienia. Ostał im się i zahartował. Wychudłe, ascetyczne jego ciało jest niczym drewniany trzon, na którym osadzone zostały szerokie widły jego kroków. Idzie. Idzie tak, jakby mieścił w sobie wszystkie przestrzenie świata i dzielił je swymi krokami między lud. Idzie. Ręce jego mówią o tym chodzie, a jego palce rozcapierzają się i zdają kreślić w powietrzu znak kroków. Ów Jan jest pierwszym chodzącym wśród dzieł Rodina. Po nim nadchodzi wiele innych. Nadchodzą Mieszczanie z Calais, rozpoczynając ciężki swój chód, a wszelkie chodzenie zdaje się przygotowywać wielki, wyzywający krok Balzaka. Lecz gest postaci stojących również dalej się rozwija, zamyka się, zwija w sobie niczym płonący papier, staje się mocniejszy, bardziej zwarty, pobudzony. Taką jest figura Ewy, która początkowo miała zostać umieszczona nad Bramą Piekła. Głowa opuszczona jest nisko w ciemność ramion, które kurczą się na piersi jak u marznącej. Plecy są zaokrąglone, kark niemal poziomy, postawa wychylona do przodu, jakby dla nasłuchiwania własnego brzucha, w którym zaczyna się poruszać czyjaś obca przeszłość. I sprawia wrażenie, jakby siła ciężkości tego czasu przyszłego oddziaływała na zmysły kobiety, ciągnąc je z rozproszonego życia w głębinę pańszczyzny macierzyństwa. Rodin w aktach swoich powracał nieustannie do tego pochylenia się ku swemu wnętrzu, do wysilonego wsłuchiwania się we własną ębię; taką jest cudowna postać, którą nazwał la Méditation, taką jest ów niezapomniany Voix intérieure, najcichszy głos poematów Wiktora Hugo, stojący na pomniku pisarza, całkiem niemal ukryty pod głosem gniewu. Ciało ludzkie nigdy dotąd nie było tak skupione wokół swego wnętrza, tak ugięte pod ciężarem własnej duszy i ponownie prostowane prężną siłą własnej krwi. Sposób zaś, w jaki prostuje się nieco i wyciąga szyja na mocno pochylonym ciele, unosząc nasłuchującą głowę ponad dalekim poszumem życia, jest tak przejmująco i mocno odczuty, iż nie sposób sobie przypomnieć bardziej wzruszającego i uduchowionego gestu. Uwagę zwraca brak ramion. Rodin uważał je w tym wypadku za zbyt łatwe rozwiązanie swego zadania, za coś, co nie przynależy do ciała, które pragnęło otoczyć się sobą samym, bez obcej pomocy. Można tu pomyśleć o Duse, która w jednym z dramatów D’Annunzia, boleśnie opuszczona, usiłuje obejmować bez użycia ramion i trzymać bez rąk. Scena ta, w której ciało jej nauczyło się pieszczoty znacznie przekraczającej jego granice, należy do niezapomnianych cech jej gry. Sprawiała bowiem wrażenie, że ręce są nadmiarem, ozdobą, właściwością ludzi bogatych i nieumiarkowanych, rzeczą, którą można od siebie odrzucić, aby stać się całkiem ubogim. I nie sprawiała ona w owej chwili wrażenia kogoś, kto utracił coś ważnego; raczej kogoś, kto oddaje własny kubek, aby pić wprost z potoku, człowieka, który jest nagi i odrobinę jeszcze w głębokim swym obnażeniu nieporadny. Podobnie wyglądają bezramienne posągi Rodina; nie brakuje im nic koniecznego. Staje się przed nimi jak przed czymś całkowitym, dokonanym, co nie dopuszcza jakiegokolwiek uzupełnienia. Poczucie niezupełności nie wywodzi się bowiem ze zwykłego patrzenia, lecz z zawiłych rozważań, z małostkowej pedanterii, która twierdzi, iż do ciała przynależą ramiona i że ciało bez ramion nie może być całkowite, w żadnym wypadku. Nie tak dawno temu protestowano w podobny sposób przeciwko drzewom, obciętym na obrazach impresjonistów u brzegów obrazu; bardzo szybko oswojono się jednak z tym wrażeniem, nauczono się, przynajmniej co się tyczy malarza, rozumieć i wierzyć, iż artystyczna całość niekoniecznie musi pokrywać się z całością przedmiotową, że niezależnie od tego w obrębie obrazu powstają nowe całości, nowe powiązania, stosunki i rodzaje równowagi. W rzeźbie sprawa przedstawia się inaczej. Artysta ma prawo uczynić z wielu rzeczy jedną, a z najdrobniejszej cząstki jakiegoś przedmiotu cały świat. Istnieją w dziełach Rodina ręce, samodzielne, małe ręce, żywe, mimo iż nie należą do jakiegoś ciała. Ręce, które się wznoszą, złe i rozdrażnione, ręce, których pięć najeżonych palców zdaje się szczekać na podobieństwo pięciu gardzieli Cerbera. Ręce, które chodzą, ręce śpiące i ręce, które się budzą; zbrodnicze, dziedzicznie obciążone ręce i takie, które są zmęczone, które niczego już nie chcą i ułożyły się w jakimkolwiek zakamarku niczym chore zwierzęta wiedząc, że nikt im pomóc nie może. Ręce są już jednak skomplikowanym organizmem, deltą, do której spływa z odległych sfer mnóstwo życia, żeby wylać się w potężny strumień czynu. Istnieje cała historia rąk, posiadają one istotnie swą własną kulturę, osobliwe swoje piękno; przyznaje im się prawo posiadania własnego rozwoju, własnych pragnień, uczuć, nastrojów, predylekcji. Lecz Rodin, dzięki wykształceniu, które sam sobie dał, wie, iż ciało składa się z przeróżnych aren życia, które na każdym miejscu stać się może indywidualne i wielkie, a sam posiada moc nadania jakiejkolwiek części tych szeroko zakreślonych powierzchni samodzielności i całości. I podobnie jak ciało ludzkie jest dla Rodina całością tak długo jedynie, dopóki wspólne jakieś działanie (wewnętrzne czy zewnętrzne) nakazuje powinność wszystkim jego członkom i siłom, tak też z drugiej strony podporządkowują mu również, tworząc jedynie organizm, części różnych ciał, które z potrzeby wewnętrznej wzajem się sprzęgają. Ręka, która kładzie się na ramieniu czy udzie innego człowieka, nie całkiem należy już do ciała, od którego pochodzi: z niej i z przedmiotu, którego dotyka, czy który chwyta, powstaje przedmiot nowy, jeszcze jeden przedmiot, posiadający określone swoje granice. Świadomość tego jest zasadą ugrupowania postaci u Rodina; wywodzi się z niej owo niesłychane powiązanie wzajemne poszczególnych figur, owo zespalanie się form, owa nierozerwalność za wszelką cenę. Nie wychodzi on od figur, które się obejmują, nie ma modeli, które by ustawiał i ze-stawiał. Rozpoczyna od miejsc najmocniejszego zetknięcia jako od punktów kulminacyjnych dzieła; angażuje się tam, gdzie powstaje coś nowego i całą znajomość swego rzemiosła poświęca tajemniczym zjawiskom, towarzyszącym powstawaniu nowej rzeczy. Pracuje niejako w blasku błyskawic, które w owych momentach powstają, i widzi jedynie te części ciała, które nimi są oświetlone. Urok wielkiej grupy – dziewczyny i mężczyzny – zwanej Pocałunkiem, polega właśnie na takim mądrym i sprawiedliwym udzielaniu życia; doznaje się wrażenia, że wychodzące ze wszystkich stykających się ze sobą powierzchni fale przenikają całe ciało, dreszcze piękna, przeczucia i mocy. I stąd pochodzi wrażenie, że w każdym miejscu tych ciał dostrzec można rozkosz tego pocałunku; przypomina on słońce, które wschodzi, a blask jego kładzie się powszędy. Lecz jeszcze cudowniejszy jest inny pocałunek, wokółktórego, niczym mur wokół ogrodu, wznosi się owo dzieło zwane l’Eternalle Idole. Jedna z wersji duplikatów tej marmurowej rzeźby znajdowała się w posiadaniu Eugené Carriére’a, a w cichym mroku jego domu czysty ów kamień żył niczym źródło, w którym pulsuje nieustannie ten sam ruch, to samo wznoszenie się i opadanie zaczarowanej siły. Dziewczyna klęczy. Piękne jej ciało odchyliło się łagodnie. Prawe ramię wyciągnięte jest wstecz, a ręka omackiem odnalazła stopę. W owych trzech liniach, z których żadna droga nie wywodzi w świat, zamyka się całe jej życie ze swą tajemnicą. Kamień, który się pod nią znajduje, unosi ją, gdy tak klęczy. I nagle wydaje nam się, że w postawie tej, którą młodziutka owa dziewczyna przyjęła wskutek lenistwa, rozmarzenia czy samotności, rozeznajemy prastary, święty gest, w jakim zatopiona była bogini odległych kultów. Głowa tej kobiety pochylona jest nieco do przodu; z wyrazem wyrozumiałości, wyniosłości i cierpliwości spogląda niczym z wyżyn cichej nocy na mężczyznę, który ukrył twarz na jej piersi, niczym w mnogości kwiatów. On również klęczy, ale głębiej, głęboko w kamieniu. Ręce jego znajdują się za nim, niczym przedmioty bezwartościowe i puste. Prawa jest otwarta; można w nią wejrzeć. Z grupy tej bije tajemnicza moc. I nie śmie się (jak często u Rodina) nadawać jej jakiegoś znaczenia. Ma ich tysiące. Myśli na jej temat migają jak cienie, a za każdą z nich wynurza się ona na nowo zagadkowa w jasności swej i bezimienności. Coś z nastroju jakiegoś czyśćca żyje w tym dziele. Niebo jest bliskie, lecz nie zostało jeszcze osiągnięte; piekło bliskie, lecz nie zostało jeszcze zapomniane. I tu cały blask bije z dotknięcia, z zetknięcia się tych dwóch ciał i zetknięcia się kobiety ze sobą samą.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Izabela (3)

21 mar

John Everett Millais – Isabella, 1849 (kliknij, by powiększyć)


William Holman Hunt – Isabella and the Pot of Basil, 1868 (kliknij, by powiększyć)


Alexander John White – Isabella and the Pot of Basil, 1897 (kliknij)


John William Waterhouse – Isabella and the Pot of Basil, 1907

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Izabela (2)

21 mar

To John Keats i jego „Isabella; or, The Pot of Basil”

I.

FAIR Isabel, poor simple Isabel!

  Lorenzo, a young palmer in Love’s eye!
They could not in the self-same mansion dwell
  Without some stir of heart, some malady;
They could not sit at meals but feel how well         5
  It soothed each to be the other by;
They could not, sure, beneath the same roof sleep
But to each other dream, and nightly weep.
 
II.

With every morn their love grew tenderer,

  With every eve deeper and tenderer still;         10
He might not in house, field, or garden stir,
  But her full shape would all his seeing fill;
And his continual voice was pleasanter
  To her, than noise of trees or hidden rill;
Her lute-string gave an echo of his name,         15
She spoilt her half-done broidery with the same.
 
III.

He knew whose gentle hand was at the latch,

  Before the door had given her to his eyes;
And from her chamber-window he would catch
  Her beauty farther than the falcon spies;         20
And constant as her vespers would he watch,
  Because her face was turn’d to the same skies;
And with sick longing all the night outwear,
To hear her morning-step upon the stair.
 
IV.

A whole long month of May in this sad plight

        25
  Made their cheeks paler by the break of June:
“To morrow will I bow to my delight,
  “To-morrow will I ask my lady’s boon.”—
“O may I never see another night,
  “Lorenzo, if thy lips breathe not love’s tune.”—         30
So spake they to their pillows; but, alas,
Honeyless days and days did he let pass;
 
V.

Until sweet Isabella’s untouch’d cheek

  Fell sick within the rose’s just domain,
Fell thin as a young mother’s, who doth seek         35
  By every lull to cool her infant’s pain:
“How ill she is,” said he, “I may not speak,
  “And yet I will, and tell my love all plain:
“If looks speak love-laws, I will drink her tears,
“And at the least ’twill startle off her cares.”         40
 
VI.

So said he one fair morning, and all day

  His heart beat awfully against his side;
And to his heart he inwardly did pray
  For power to speak; but still the ruddy tide
Stifled his voice, and puls’d resolve away—         45
  Fever’d his high conceit of such a bride,
Yet brought him to the meekness of a child:
Alas! when passion is both meek and wild!
 
VII.

So once more he had wak’d and anguished

  A dreary night of love and misery,         50
If Isabel’s quick eye had not been wed
  To every symbol on his forehead high;
She saw it waxing very pale and dead,
  And straight all flush’d; so, lisped tenderly,
“Lorenzo!”—here she ceas’d her timid quest,         55
But in her tone and look he read the rest.
 
VIII.

“O Isabella, I can half perceive

  “That I may speak my grief into thine ear;
“If thou didst ever any thing believe,
  “Believe how I love thee, believe how near         60
“My soul is to its doom: I would not grieve
  “Thy hand by unwelcome pressing, would not fear
“Thine eyes by gazing; but I cannot live
“Another night, and not my passion shrive.
 
IX.

Love! thou art leading me from wintry cold,

        65
  “Lady! thou leadest me to summer clime,
“And I must taste the blossoms that unfold
  “In its ripe warmth this gracious morning time.”
So said, his erewhile timid lips grew bold,
  And poesied with hers in dewy rhyme:         70
Great bliss was with them, and great happiness
Grew, like a lusty flower in June’s caress.
 
X.

Parting they seem’d to tread upon the air,

  Twin roses by the zephyr blown apart
Only to meet again more close, and share         75
  The inward fragrance of each other’s heart.
She, to her chamber gone, a ditty fair
  Sang, of delicious love and honey’d dart;
He with light steps went up a western hill,
And bade the sun farewell, and joy’d his fill.         80
 
XI.

All close they met again, before the dusk

  Had taken from the stars its pleasant veil,
All close they met, all eves, before the dusk
  Had taken from the stars its pleasant veil,
Close in a bower of hyacinth and musk,         85
  Unknown of any, free from whispering tale.
Ah! better had it been for ever so,
Than idle ears should pleasure in their woe.
 
XII.

Were they unhappy then?—It cannot be—

  Too many tears for lovers have been shed,         90
Too many sighs give we to them in fee,
  Too much of pity after they are dead,
Too many doleful stories do we see,
  Whose matter in bright gold were best be read;
Except in such a page where Theseus’ spouse         95
Over the pathless waves towards him bows.
 
XIII.

But, for the general award of love,

  The little sweet doth kill much bitterness;
Though Dido silent is in under-grove,
  And Isabella’s was a great distress,         100
Though young Lorenzo in warm Indian clove
  Was not embalm’d, this truth is not the less—
Even bees, the little almsmen of spring-bowers,
Know there is richest juice in poison-flowers.
 
XIV.

With her two brothers this fair lady dwelt,

        105
  Enriched from ancestral merchandize,
And for them many a weary hand did swelt
  In torched mines and noisy factories,
And many once proud-quiver’d loins did melt
  In blood from stinging whip;—with hollow eyes         110
Many all day in dazzling river stood,
To take the rich-ored driftings of the flood.
 
XV.

For them the Ceylon diver held his breath,

  And went all naked to the hungry shark;
For them his ears gush’d blood; for them in death         115
  The seal on the cold ice with piteous bark
Lay full of darts; for them alone did seethe
  A thousand men in troubles wide and dark:
Half-ignorant, they turn’d an easy wheel,
That set sharp racks at work, to pinch and peel.         120
 
XVI.

Why were they proud? Because their marble founts

  Gush’d with more pride than do a wretch’s tears?—
Why were they proud? Because fair orange-mounts
  Were of more soft ascent than lazar stairs?—
Why were they proud? Because red-lin’d accounts         125
  Were richer than the songs of Grecian years?—
Why were they proud? again we ask aloud,
Why in the name of Glory were they proud?
 
XVII.

Yet were these Florentines as self-retired

  In hungry pride and gainful cowardice,         130
As two close Hebrews in that land inspired,
  Paled in and vineyarded from beggar-spies,
The hawks of ship-mast forests—the untired
  And pannier’d mules for ducats and old lies—
Quick cat’s-paws on the generous stray-away,—         135
Great wits in Spanish, Tuscan, and Malay.
 
XVIII.

How was it these same ledger-men could spy

  Fair Isabella in her downy nest?
How could they find out in Lorenzo’s eye
  A straying from his toil? Hot Egypt’s pest         140
Into their vision covetous and sly!
  How could these money-bags see east and west?—
Yet so they did—and every dealer fair
Must see behind, as doth the hunted hare.
 
XIX.

O eloquent and famed Boccaccio!

        145
  Of thee we now should ask forgiving boon,
And of thy spicy myrtles as they blow,
  And of thy roses amorous of the moon,
And of thy lilies, that do paler grow
  Now they can no more hear thy ghittern’s tune,         150
For venturing syllables that ill beseem
The quiet glooms of such a piteous theme.
 
XX.

Grant thou a pardon here, and then the tale

  Shall move on soberly, as it is meet;
There is no other crime, no mad assail         155
  To make old prose in modern rhyme more sweet:
But it is done—succeed the verse or fail—
  To honour thee, and thy gone spirit greet;
To stead thee as a verse in English tongue,
An echo of thee in the north-wind sung.         160
 
XXI.

These brethren having found by many signs

  What love Lorenzo for their sister had,
And how she lov’d him too, each unconfines
  His bitter thoughts to other, well nigh mad
That he, the servant of their trade designs,         165
  Should in their sister’s love be blithe and glad,
When ’twas their plan to coax her by degrees
To some high noble and his olive-trees.
 
XXII.

And many a jealous conference had they,

  And many times they bit their lips alone,         170
Before they fix’d upon a surest way
  To make the youngster for his crime atone;
And at the last, these men of cruel clay
  Cut Mercy with a sharp knife to the bone;
For they resolved in some forest dim         175
To kill Lorenzo, and there bury him.
 
XXIII.

So on a pleasant morning, as he leant

  Into the sun-rise, o’er the balustrade
Of the garden-terrace, towards him they bent
  Their footing through the dews; and to him said,         180
“You seem there in the quiet of content,
  “Lorenzo, and we are most loth to invade
“Calm speculation; but if you are wise,
“Bestride your steed while cold is in the skies.
 
XXIV.

“To-day we purpose, ay, this hour we mount

        185
  “To spur three leagues towards the Apennine;
“Come down, we pray thee, ere the hot sun count
  “His dewy rosary on the eglantine.”
Lorenzo, courteously as he was wont,
  Bow’d a fair greeting to these serpents’ whine;         190
And went in haste, to get in readiness,
With belt, and spur, and bracing huntsman’s dress.
 
XXV.

And as he to the court-yard pass’d along,

  Each third step did he pause, and listen’d oft
If he could hear his lady’s matin-song,         195
  Or the light whisper of her footstep soft;
And as he thus over his passion hung,
  He heard a laugh full musical aloft;
When, looking up, he saw her features bright
Smile through an in-door lattice, all delight.         200
 
XXVI.

“Love, Isabel!” said he, “I was in pain

  “Lest I should miss to bid thee a good morrow:
“Ah! what if I should lose thee, when so fain
  “I am to stifle all the heavy sorrow
“Of a poor three hours’ absence? but we’ll gain         205
  “Out of the amorous dark what day doth borrow.
“Good bye! I’ll soon be back.”—“Good bye!” said she:—
And as he went she chanted merrily.
 
XXVII.

So the two brothers and their murder’d man

  Rode past fair Florence, to where Arno’s stream         210
Gurgles through straiten’d banks, and still doth fan
  Itself with dancing bulrush, and the bream
Keeps head against the freshets. Sick and wan
  The brothers’ faces in the ford did seem,
Lorenzo’s flush with love.—They pass’d the water         215
Into a forest quiet for the slaughter.
 
XXVIII.

There was Lorenzo slain and buried in,

  There in that forest did his great love cease;
Ah! when a soul doth thus its freedom win,
  It aches in loneliness—is ill at peace         220
As the break-covert blood-hounds of such sin:
  They dipp’d their swords in the water, and did tease
Their horses homeward, with convulsed spur,
Each richer by his being a murderer.
 
XXIX.

They told their sister how, with sudden speed,

        225
  Lorenzo had ta’en ship for foreign lands,
Because of some great urgency and need
  In their affairs, requiring trusty hands.
Poor Girl! put on thy stifling widow’s weed,
  And ’scape at once from Hope’s accursed bands;         230
To-day thou wilt not see him, nor to-morrow,
And the next day will be a day of sorrow.
 
XXX.

She weeps alone for pleasures not to be;

  Sorely she wept until the night came on,
And then, instead of love, O misery!         235
  She brooded o’er the luxury alone:
His image in the dusk she seem’d to see,
  And to the silence made a gentle moan,
Spreading her perfect arms upon the air,
And on her couch low murmuring, “Where? O where?”         240
 
XXXI.

But Selfishness, Love’s cousin, held not long

  Its fiery vigil in her single breast;
She fretted for the golden hour, and hung
  Upon the time with feverish unrest—
Not long—for soon into her heart a throng         245
  Of higher occupants, a richer zest,
Came tragic; passion not to be subdued,
And sorrow for her love in travels rude.
 
XXXII.

In the mid days of autumn, on their eves

  The breath of Winter comes from far away,         250
And the sick west continually bereaves
  Of some gold tinge, and plays a roundelay
Of death among the bushes and the leaves,
  To make all bare before he dares to stray
From his north cavern. So sweet Isabel         255
By gradual decay from beauty fell,
 
XXXIII.

Because Lorenzo came not. Oftentimes

  She ask’d her brothers, with an eye all pale,
Striving to be itself, what dungeon climes
  Could keep him off so long? They spake a tale         260
Time after time, to quiet her. Their crimes
  Came on them, like a smoke from Hinnom’s vale;
And every night in dreams they groan’d aloud,
To see their sister in her snowy shroud.
 
XXXIV.

And she had died in drowsy ignorance,

        265
  But for a thing more deadly dark than all;
It came like a fierce potion, drunk by chance,
  Which saves a sick man from the feather’d pall
For some few gasping moments; like a lance,
  Waking an Indian from his cloudy hall         270
With cruel pierce, and bringing him again
Sense of the gnawing fire at heart and brain.
 
XXXV.

It was a vision.—In the drowsy gloom,

  The dull of midnight, at her couch’s foot
Lorenzo stood, and wept: the forest tomb         275
  Had marr’d his glossy hair which once could shoot
Lustre into the sun, and put cold doom
  Upon his lips, and taken the soft lute
From his lorn voice, and past his loamed ears
Had made a miry channel for his tears.         280
 
XXXVI.

Strange sound it was, when the pale shadow spake;

  For there was striving, in its piteous tongue,
To speak as when on earth it was awake,
  And Isabella on its music hung:
Languor there was in it, and tremulous shake,         285
  As in a palsied Druid’s harp unstrung;
And through it moan’d a ghostly under-song,
Like hoarse night-gusts sepulchral briars among.
 
XXXVII.

Its eyes, though wild, were still all dewy bright

  With love, and kept all phantom fear aloof         290
From the poor girl by magic of their light,
  The while it did unthread the horrid woof
Of the late darken’d time,—the murderous spite
  Of pride and avarice,—the dark pine roof
In the forest,—and the sodden turfed dell,         295
Where, without any word, from stabs he fell.
 
XXXVIII.

Saying moreover, “Isabel, my sweet!

  “Red whortle-berries droop above my head,
“And a large flint-stone weighs upon my feet;
  “Around me beeches and high chestnuts shed         300
“Their leaves and prickly nuts; a sheep-fold bleat
  “Comes from beyond the river to my bed:
“Go, shed one tear upon my heather-bloom,
“And it shall comfort me within the tomb.
 
XXXIX.

“I am a shadow now, alas! alas!

        305
  “Upon the skirts of human-nature dwelling
“Alone: I chant alone the holy mass,
  “While little sounds of life are round me knelling,
“And glossy bees at noon do fieldward pass,
  “And many a chapel bell the hour is telling,         310
“Paining me through: those sounds grow strange to me,
“And thou art distant in Humanity.
 
XL.

“I know what was, I feel full well what is,

  “And I should rage, if spirits could go mad;
“Though I forget the taste of earthly bliss,         315
  “That paleness warms my grave, as though I had
“A Seraph chosen from the bright abyss
  “To be my spouse: thy paleness makes me glad;
“Thy beauty grows upon me, and I feel
“A greater love through all my essence steal.”         320
 
XLI.

The Spirit mourn’d “Adieu!”—dissolv’d, and left

  The atom darkness in a slow turmoil;
As when of healthful midnight sleep bereft,
  Thinking on rugged hours and fruitless toil,
We put our eyes into a pillowy cleft,         325
  And see the spangly gloom froth up and boil:
It made sad Isabella’s eyelids ache,
And in the dawn she started up awake;
 
XLII.

“Ha! ha!” said she, “I knew not this hard life,

  “I thought the worst was simple misery;         330
“I thought some Fate with pleasure or with strife
  “Portion’d us—happy days, or else to die;
“But there is crime—a brother’s bloody knife!
  “Sweet Spirit, thou hast school’d my infancy:
“I’ll visit thee for this, and kiss thine eyes,         335
“And greet thee morn and even in the skies.”
 
XLIII.

When the full morning came, she had devised

  How she might secret to the forest hie;
How she might find the clay, so dearly prized,
  And sing to it one latest lullaby;         340
How her short absence might be unsurmised,
  While she the inmost of the dream would try.
Resolv’d, she took with her an aged nurse,
And went into that dismal forest-hearse.
 
XLIV.

See, as they creep along the river side,

        345
  How she doth whisper to that aged Dame,
And, after looking round the champaign wide,
  Shows her a knife.—“What feverous hectic flame
“Burns in thee, child?—What good can thee betide,
  “That thou should’st smile again?”—The evening came,         350
And they had found Lorenzo’s earthy bed;
The flint was there, the berries at his head.
 
XLV.

Who hath not loiter’d in a green church-yard,

  And let his spirit, like a demon-mole,
Work through the clayey soil and gravel hard,         355
  To see skull, coffin’d bones, and funeral stole;
Pitying each form that hungry Death hath marr’d,
  And filling it once more with human soul?
Ah! this is holiday to what was felt
When Isabella by Lorenzo knelt.         360
 
XLVI.

She gaz’d into the fresh-thrown mould, as though

  One glance did fully all its secrets tell;
Clearly she saw, as other eyes would know
  Pale limbs at bottom of a crystal well;
Upon the murderous spot she seem’d to grow,         365
  Like to a native lily of the dell:
Then with her knife, all sudden, she began
To dig more fervently than misers can.
 
XLVII.

Soon she turn’d up a soiled glove, whereon

  Her silk had play’d in purple phantasies,         370
She kiss’d it with a lip more chill than stone,
  And put it in her bosom, where it dries
And freezes utterly unto the bone
  Those dainties made to still an infant’s cries:
Then ’gan she work again; nor stay’d her care,         375
But to throw back at times her veiling hair.
 
XLVIII.

That old nurse stood beside her wondering,

  Until her heart felt pity to the core
At sight of such a dismal labouring,
  And so she kneeled, with her locks all hoar,         380
And put her lean hands to the horrid thing:
  Three hours they labour’d at this travail sore;
At last they felt the kernel of the grave,
And Isabella did not stamp and rave.
 
XLIX.

Ah! wherefore all this wormy circumstance?

        385
  Why linger at the yawning tomb so long?
O for the gentleness of old Romance,
  The simple plaining of a minstrel’s song!
Fair reader, at the old tale take a glance,
  For here, in truth, it doth not well belong         390
To speak:—O turn thee to the very tale,
And taste the music of that vision pale.
 
L.

With duller steel than the Persèan sword

  They cut away no formless monster’s head,
But one, whose gentleness did well accord         395
  With death, as life. The ancient harps have said,
Love never dies, but lives, immortal Lord:
  If Love impersonate was ever dead,
Pale Isabella kiss’d it, and low moan’d.
’Twas love; cold,—dead indeed, but not dethroned.         400
 
LI.

In anxious secrecy they took it home,

  And then the prize was all for Isabel:
She calm’d its wild hair with a golden comb,
  And all around each eye’s sepulchral cell
Pointed each fringed lash; the smeared loam         405
  With tears, as chilly as a dripping well,
She drench’d away:—and still she comb’d, and kept
Sighing all day—and still she kiss’d, and wept.
 
LII.

Then in a silken scarf,—sweet with the dews

  Of precious flowers pluck’d in Araby,         410
And divine liquids come with odorous ooze
  Through the cold serpent pipe refreshfully,—
She wrapp’d it up; and for its tomb did choose
  A garden-pot, wherein she laid it by,
And cover’d it with mould, and o’er it set         415
Sweet Basil, which her tears kept ever wet.
 
LIII.

And she forgot the stars, the moon, and sun,

  And she forgot the blue above the trees,
And she forgot the dells where waters run,
  And she forgot the chilly autumn breeze;         420
She had no knowledge when the day was done,
  And the new morn she saw not: but in peace
Hung over her sweet Basil evermore,
And moisten’d it with tears unto the core.
 
LIV.

And so she ever fed it with thin tears,

        425
  Whence thick, and green, and beautiful it grew,
So that it smelt more balmy than its peers
  Of Basil-tufts in Florence; for it drew
Nurture besides, and life, from human fears,
  From the fast mouldering head there shut from view:         430
So that the jewel, safely casketed,
Came forth, and in perfumed leafits spread.
 
LV.

O Melancholy, linger here awhile!

  O Music, Music, breathe despondingly!
O Echo, Echo, from some sombre isle,         435
  Unknown, Lethean, sigh to us—O sigh!
Spirits in grief, lift up your heads, and smile;
  Lift up your heads, sweet Spirits, heavily,
And make a pale light in your cypress glooms,
Tinting with silver wan your marble tombs.         440
 
LVI.

Moan hither, all ye syllables of woe,

  From the deep throat of sad Melpomene!
Through bronzed lyre in tragic order go,
  And touch the strings into a mystery;
Sound mournfully upon the winds and low;         445
  For simple Isabel is soon to be
Among the dead: She withers, like a palm
Cut by an Indian for its juicy balm.
 
LVII.

O leave the palm to wither by itself;

  Let not quick Winter chill its dying hour!—         450
It may not be—those Baalites of pelf,
  Her brethren, noted the continual shower
From her dead eyes; and many a curious elf,
  Among her kindred, wonder’d that such dower
Of youth and beauty should be thrown aside         455
By one mark’d out to be a Noble’s bride.
 
LVIII.

And, furthermore, her brethren wonder’d much

  Why she sat drooping by the Basil green,
And why it flourish’d, as by magic touch;
  Greatly they wonder’d what the thing might mean:         460
They could not surely give belief, that such
  A very nothing would have power to wean
Her from her own fair youth, and pleasures gay,
And even remembrance of her love’s delay.
 
LIX.

Therefore they watch’d a time when they might sift

        465
  This hidden whim; and long they watch’d in vain;
For seldom did she go to chapel-shrift,
  And seldom felt she any hunger-pain;
And when she left, she hurried back, as swift
  As bird on wing to breast its eggs again;         470
And, patient as a hen-bird, sat her there
Beside her Basil, weeping through her hair.
 
LX.

Yet they contriv’d to steal the Basil-pot,

  And to examine it in secret place:
The thing was vile with green and livid spot,         475
  And yet they knew it was Lorenzo’s face:
The guerdon of their murder they had got,
  And so left Florence in a moment’s space,
Never to turn again.—Away they went,
With blood upon their heads, to banishment.         480
 
LXI.

O Melancholy, turn thine eyes away!

  O Music, Music, breathe despondingly!
O Echo, Echo, on some other day,
  From isles Lethean, sigh to us—O sigh!
Spirits of grief, sing not your “Well-a-way!”         485
  For Isabel, sweet Isabel, will die;
Will die a death too lone and incomplete,
Now they have ta’en away her Basil sweet.
 
LXII.

Piteous she look’d on dead and senseless things,

  Asking for her lost Basil amorously:         490
And with melodious chuckle in the strings
  Of her lorn voice, she oftentimes would cry
After the Pilgrim in his wanderings,
  To ask him where her Basil was; and why
’Twas hid from her: “For cruel ’tis,” said she,         495
“To steal my Basil-pot away from me.”
 
LXIII.

And so she pined, and so she died forlorn,

  Imploring for her Basil to the last.
No heart was there in Florence but did mourn
  In pity of her love, so overcast.         500
And a sad ditty of this story born
  From mouth to mouth through all the country pass’d:
Still is the burthen sung—“O cruelty,
  “To steal my Basil-pot away from me!”
 
Komentarze (101)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS