RSS
 

Archiwum - Luty, 2009

Giacometti

28 lut
 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Kilka wskazówek na czas kryzysu

24 lut
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Kryzys Rzymu

22 lut

Jakieś 115 lat temu Zola w swoim „Rzymie” tak pisał o kryzysie nieruchomości, który pochłonął majątki najstarszych nawet rodów w czasach odrodzenia Rzymu po odzyskaniu przez Włochów niepodległości. Słowa wkłada w usta Narcyza Hebat, pracownika ambasady francuskiej przy Watykanie. Mimo dość różnych przyczyn, zaskakująco podobne są jego słowa do analiz ekonomistów (np. z ostatniego „Niezbędnika inteligenta”).

„   I ze zwięzłością i precyzją finansisty, posługując się z największą swobodą technicznymi terminami, rozpoczął niezwykłą opowieść. Tuż po zdobyciu Rzymu, kiedy całe Włochy odchodziły od zmysłów z entuzjazmu na myśl o tym, że mają nareszcie tę tak upragnioną stolicę, starożytne i sławne miasto, wieczne miasto, któremu przyobiecano panowanie nad światem – słuszna, zrozumiała radość i nadzieja młodego narodu, istniejącego od wczoraj, wybuchła i chciała co prędzej utwierdzić się w swej potędze. Trzeba było objąć Rzym w posiadanie, zrobić z niego stolicę nowoczesną, prawdziwie godną młodego królestwa; trzeba było przede wszystkim uzdrowotnić Rzym, oczyścić z hańbiących śmieci i brudów. Nie można już sobie nawet wyobrazić, w jak ohydnym brudzie tonęło miasto papieży, „Roma sporca”, której tak żałowali artyści: nie było latryn, drogi publiczne służyły wszelakim użytkom, dostojne ruiny przemieniły się w gnojowiska, dostęp do starych pałaców książęcych niemal uniemożliwiały ekskrementy, gruba warstwa obierzyn, skorup, gnijących resztek leżała wszędzie, zamieniając ulice w zatrute rynsztoki, z których ziała nieustająca zaraza. Władze miejskie musiały przedsięwziąć duże prace, były to nieodzowne środki zaradcze, wręcz konieczne dla życia i zdrowia mieszkańców; trzeba było także pomyśleć o budowie nowych domów dla wszystkich nowych mieszkańców, którzy zewsząd zaczęli napływać. Podobnie stało się w Berlinie po utworzeniu cesarstwa niemieckiego, ludność miasta wzrosła w mgnieniu oka o setki tysięcy dusz. Rzym też na pewno miał stać się podwójnie, potrójnie, czterokrotnie większy wchłaniając żywotne siły prowincji, stając się centrum życia narodu. Dołączyła się do tego duma, chęć pokazania upadłemu rządowi watykańskiemu do czego zdolne są Włochy, jaką świetnością rozbłyśnie nowy Rzym, trzeci Rzym, prześcigając tamte dwa, cesarski i papieski, wspaniałością swoich ulic i ciżbą swoich mieszkańców.   
   Jednak przez pierwsze lata ruch budowlany rozwijał się dość ostrożnie. Budowano przezornie, w miarę potrzeb. Ludność miasta podwoiła się w czasie bardzo krótkim, z dwustu tysięcy mieszkańców wzrosła do czterystu tysięcy: napłynęły masy urzędników, funkcjonariuszy pracujących w administracji, ciżba żyjących z państwa lub starających się z niego żyć, nie licząc nierobów i hulaków, których ciągnie za sobą każdy dwór. To była jedna przyczyna upojenia, nikt nie wątpił, że ten wzrost będzie postępował dalej, że nawet stanie się jeszcze szybszy. Dawne miasto przestało wystarczać, trzeba było nie zwlekając pomyśleć o potrzebach jutra rozszerzając Rzym poza właściwy Rzym, na wszystkie starożytne, opustoszałe przedmieścia. Powoływano się też na Paryż drugiego cesarstwa, powiększony, przemieniony w jasne i zdrowe miasto. Ale nad brzegami Tybru na samym początku popełniony został kardynalny błąd: zabrakło ogólnego planu, zabrakło trzeźwo patrzącego człowieka panującego nad sytuacją, popieranego przez potężne spółki finansowe. I co zaczęła pycha, ambicja prześcignięcia w świetności Rzymu cezarów i papieży, chęć odbudowania wiecznego miasta, wybrapego, środka i władcy ziemi – to dokończyła spekulacja, nie widywany dotąd pęd do gry na giełdzie, jedna z tych burz, co wybuchają, szaleją, niszczą i porywają wszystko, niezapowiedziane i niepohamowane. Nagle buchnęły wieści, że place, kupowane po pięć franków za metr, da się odprzedawać po sto franków; i zaczęła się gorączka, gorączkowa namiętność gry, która ogarnęła cały naród. Stada spekulantów z północnych Włoch spadły na Rzym, zdobycz najszlachetniejszą i najłatwiejszą. Ubogich wygłodniałych górali ogarnęła żądza żeru na tym rozkosznym Południu, gdzie życie jest takie słodkie; uroki
klimatu, same przez się rozkładające, przyśpieszyły rozkład moralny. Zresztą rzeczywiście dość było się schylić, na początku pieniądze można było zgarniać szuflą w gruzach pierwszych wybudowanych dzielnic. Ludzie sprytni, którzy przewidzieli, którędy pójdą nowe ulice, skupowali zagrożone wywłaszczeniem domy i dziesięciokrotnie pomnożyli swe majątki w ciągu niespełna dwu lat. Wtedy gorączka wzrosła, zatruła stopniowo całe miasto; udzieliła się teraz jego mieszkańcom, oszalały wszystkie klasy społeczne, książęta, mieszczanie, drobni właściciele, sklepikarze, piekarze, szewcy, do tego stopnia, że mówiono później o pewnym prostym piekarzu, który w bankructwie stracił czterdzieści pięć milionów. Była to już tylko ostra, hazardowa gra, gorączka gry, co zajęła miejsce spokojnych emocji papieskiej loterii, gra o milionowych stawkach, w której place i budynki stawały się fikcją, zwykłym pretekstem giełdowych operacji. Stara dziedziczna duma, marząca o przekształceniu Rzymu w stolicę świata, wzrosła W gorącej atmosferze spekulacji do rozmiarów obłędu; kupowano place, budowano domy, żeby je odprzedawać, bez umiaru, bez przestanku, tak jak się wypuszcza akcje, póki drukarnie chcą je drukować.
   
   Zaiste, jeszcze nigdy przekształcające się miasto nie przedstawiało sobą takiego widoku. Dziś, kiedy się próbuje to zrozumieć, w głowie się człowiekowi kręci. Liczba ludności przekroczyła czterysta milionów i jakby się na tym zatrzymała; ale nie zahamowało to rozwoju nowych dzielnic wyrastających na coraz to twardszej glebie. Dla kogo budowano z taką zaciekłością? Jakie zamroczenie umysłu sprawiło, że nie czekano na mieszkańców, że szykowano tysiące mieszkań dla rodzin, które dopiero jutro miały się może zjawić? Jedynym usprawiedliwieniem być mogło, że postanowiono, założono z góry jako pewnik nie podlegający dyskusji, iż trzeci Rzym, zwycięska stolica Włoch, nie może liczyć sobie mniej niż milion dusz. Jeszcze nie przyszły, ale na pewno przyjdą: żaden patriota nie mógł w to wątpić nie popełniając zbrodni obrazy ojczyzny. I budowano, budowano, budowano bez wytchnienia, dla pięciuset tysięcy obywateli ciągnących jakoby ku miastu. Nikt nie martwił się o to, kiedy przyjdą, wystarczyło, że liczono na nich. W Rzymie spółki, które potworzyły się dla budowy wielkich szerokich ulic przez stare, niezdrowe, zburzone dzielnice, sprzedawały i odnajmowały swe budynki czerpiąc z tego duże zyski. Lecz w miarę jak obłęd rósł, jak rosła żądza zysków, powstawały nowe spółki dla budowy poza Rzymem nowych i wciąż nowych dzielnic, prawdziwych małych miast, które zgoła potrzebne nie były. Przy bramie Świętego Jana, przy Bramie Świętego Wawrzyńca wyrosły jakby cudem przedmieścia. Na ogromnych terenach willi Ludovisi, od Bramy Salaria aż do Bramy Pia i Świętej Agnieszki zaczęło wyrastać nowe miasto. I wreszcie na Prati od razu cały gród wyczarowano z ziemi, z kościołem, szkołą, targiem. Nie były to bynajmniej robotnicze domki, skromne mieszkania dla drobnych rzemieślników i urzędników, były to budowle kolosalne, prawdziwe trzy i czteropiętrowe pałace o ogromnych, jednakowych fasadach, co czyniło z tych nowych, cudacznych części miasta dzielnice iście. babilońskie, którym dać zaludnienie mogły tylko stolice tętniące życiem i uprzemysłowione, jak Paryż czy Londyn. Były to monstrualne produkty pychy i spekulacji, a także stronica historii i gorzka lekcja dla Rzymu, dziś zrujnowanego, który na dobitkę oszpecił ten brzydki pierścień wielkich pudeł, pustych, nie dokończonych po większej części, z których już się osypywał gruz na porośnięte trawą ulice. Nieunikniona katastrofa przybrała przerażające rozmiary. Narcyz ukazywał jej przyczyny, streszczał poszczególne fazy tak jasno, że Piotr wszystko pojmował. Jak się samo przez się rozumie, liczne spółki finansowe wyrosły na tym czarnoziemie spekulacji – Societa edilizia, la Fondiaria, la Tiberina, l’Esquilino. Prawie wszystkie budowały ogromne domy, całe ulice, żeby je odprzedawać. Ale spekulowały także i na placach, odstępowały je z grubym zyskiem drobnym spekulantom, którzy wyrastali jak grzyby po deszczu, marząc o zyskach wśród stałej a sztucznej hossy, wywołanej giełdową gorączką. Najgorsze było to, że ci mieszczanie, ci sklepikarze nie mający ani doświadczenia, ani pieniędzy w swym obłędzie też zapragnęli budować, pożyczali w bankach, zwracali się do spółek, które im sprzedały place, o pieniądze potrzebne na dokończenie budowy. Najczęściej, żeby nie stracić wszystkiego, spółki musiały w końcu zabierać place i budynki nawet nie wykończone, i tak tym tamowały swoje możliwości, że musiały bankrutować. Gdyby zjawił się milion mieszkańców i zajął mieszkania, które przyszykowano dla nich w porywie tak niezwykłej nadziei, zyski byłyby ogromne, Rzym w ciągu dziesięciu lat wzbogaciłby się, stał jedną z najbardziej kwitnących stolic świata. Tylko że ci mieszkańcy uparli się i nie przychodzili, nic nie było można wynająć, mieszkania stały puste. I wtedy spadł kryzys, jak grom, z niespotykaną gwałtownością. Z dwóch przyczyn. Po pierwsze, domy budowane przez spółki były to obiekty za duże, trudne do sprzedania, przed ich kupnem cofały się rzesze średnich rentierów, pragnących umieścić swoje pieniądze w nieruchomościach. Zaciążyła dziedziczność, budowniczowie mieli ambicje za wielkie, stworzyli szeregi wspaniałych pałaców mających zaćmić pałace z ubiegłych wieków; te kolosy miały teraz stać, ponure i puste, jako najdziwniejsze świadectwo bezradnej pychy. Nie znalazły się więc kapitały prywatne, które by odważyły się i mogły zastąpić kapitały spółek. Po wtóre, gdzie indziej, w Paryżu, w Berlinie, nowe dzielnice i upiększenia miasta były budowane z pieniędzy narodowych, z oszczędności.’ W Rzymie, przeciwnie, wszystko budowano na kredyt, na weksle z trzymiesięcznym terminem, i najczęściej za pieniądze zagraniczne. Ocenia się na miliard sumę, jaką pochłonęło bankructwo, której cztery piąte stanowiły pieniądze francuskie. Załatwiano to między bankierami, bankierzy francuscy pożyczali na trzy i pół albo cztery procent bankierzy francuscy pożyczali na trzy i pół albo cztery procent bankierom włoskim, którzy z kolei pożyczali spekulantom, budującym Rzym, na sześć, siedem, a nawet i osiem procent. Toteż łatwo sobie wyobrazić katastrofę, kiedy Francja, obrażona przymierzem Włoch z Niemcami, wycofała swoje osiemset milionów w ciągu niespełna dwu lat. Ogromny odpływ gotówki opróżnił włoskie banki; spółki, spekulujące na placach i budynkach, też z kolei zmuszone do zwrotu pożyczonych kapitałów, musiały się zwrócić do spółek emisyjnych, wypuszczających akcje. Równocześnie zagroziły państwu, że przerwą prace i wyrzucą na bruk Rzymu czterdzieści tysięcy bezrobotnych, jeśli rząd nie zmusi towarzystw emisyjnych do pożyczenia im akcji na pięć albo sześć milionów, które im były potrzebne, na co rząd się zgodził, przerażony widmem generalnego bankructwa. Oczywiście te pięć czy sześć milionów nie mogły zostać w terminie zwrócone, ponieważ domów nikt nie chciał ani kupować, ani odnajmować, i zaczął się krach coraz raptowniejszy, jedno popychało drugie: drobni spekulanci zwalili się na przedsiębiorstwa budowlane, ci na spółki budowlane, te z kolei na towarzystwa emisyjne, zaś towarzystwa emisyjne – na kredyt publiczny, rujnując skarb. W taki to sposób kryzys miejski stał się straszliwą klęską finansową, niebezpieczną dla całego narodu; miliard przepadł, Rzym został oszpecony, zawalony młodymi, wstyd mu przynoszącymi ruinami, nie wykończone puste mieszkania wciąż czekały na pięćset albo sześćset tysięcy wymarzonych mieszkańców.”

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Tu radio Witold Gombrowicz

19 lut
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wieczór poezji Wisławy Szymborskiej

17 lut

  


 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Gwiazdy polskiego dziennikarstwa

15 lut

Durczok i Lis. Dla równowagi, jeden z dziennikarzy amerykańskich, O’Reilly.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Rokita

12 lut

Subtelny intelektualista. Mocny polityk o wyrazistych poglądach i ambicjach. Krakowiak z mowy i ubrania. Wychowany przez ciotki, był członkiem wielu partii. Teraz na wygnaniu, komentator polityczny „Dziennika”, który w tamtejszym Kwartecie politycznym cytuje wielkich wodzów czy intelektualistów by poprzeć swoje elaboraty o rządzeniu. Prawie został premierem, był szefem w kancelarii Małego Pałacu. I co? I jajco!

Podobno na antenie TVN24 przyznał, że to on krzyczy. Jeśli tak jest rzeczywiście, to drze gębę jak dziewczynka, której ktoś podarł sukienkę. Groteskowa sytuacja, do której doprowadził umieszczając płaszcz swojej żony (jednej z najbardziej irytujących osób w Polsce) w klasie wyższej niż ta, za którą zapłacił. Wierzę nawet w opryskliwość stewardessy, w ostre traktowanie przez policjantów. Ale drzeć się jak dziura w męskim odbycie? Ratujcie mnie? Biją mnie Niemcy? I to załamanie głosu przy trzecim okrzyku. No przecież to jest tak żenujące, że czułem się skrępowany słuchając tego bohaterskiego zachowania. I pomyśleć, że lubiłem go jako polityka, mniej jako komentatora. Że miałem na niego głosować! A on zachował się jak, przepraszam panie za określenie, jak baba się zachował!

Wstyd, Janku, wstyd. (Nagranie z darciem gęby – TUTAJ).

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Satie

07 lut
Alexandre Tharaud wydaje w harmonia mundi płytę w trybucie Erikowi Satie. Czekamy na premierę. Strona

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Szczuka

06 lut
 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS