RSS
 

Antajos – Zbigniew Herbert

25 sty

Antajos był synem Posejdona i Gai. Małżeństwa, łagodnie mówiąc, nieharmonijnego. Czegóż innego można oczekiwać od zajadle zwalczających się żywiołów morza i ziemi. Jest tedy więcej niż prawdopodobne, że Antajos był dzieckiem – jakże trudno wyobrazić sobie dzieciństwo olbrzyma – opuszczonym i zaniedbanym. Dzikie kłótnie rodziców wywarły zapewne ujemny wpływ na kształtowanie się jego charakteru.

Wszystkie źródła zgodne są, że Antajos wyrósł na nieokrzesanego gwałtownika o ponadludzkiej sile. Jego zasoby intelektualne były skromne, ciało zaś wybujałe. I chociaż nie uczęszczał do żadnych szkół, wyciągnął z tej dysproporcji wniosek logicznie poprawny, a mianowicie został sportowcem.

Próba umieszczenia Antajosa na mapie świata natrafia na pewne trudności. W starych mitach ojczyzną jego była Libia – tam właśnie spotkał się z Heraklesem – ale potem, pod wpływem greckiej kolonizacji północnych wybrzeży Afryki, ta bajeczna spychana była coraz bardziej na zachód, aż Do Mauretanii, to znaczy do kraju, z którego kupcy puniccy wyparli Greków. Kolonizatorzy nie są twórcami mitów. Pracują jednak niezmordowanie nad ich geografią. Umieszczają po prostu potwory na terenach okupowanych przez konkurentów. Ten proceder przetrwał chwalebnie do naszych dni.

O samym Antajosie wiemy niewiele poza tym, że żywił się mięsem lwów zabijanych gołymi rękami, ponieważ gardził nowoczesną cywilizacją – maczugą, dzidą, zapadnią wykopaną w ziemi.  Ulubionym jego zajęciem było wyzywanie napotykanych wędrowców na zapasy. I zmagania te nieuchronni kończyły się śmiercią zmuszanych do walki przeciwników.

Taki tryb życia nie może budzić naszej sympatii i aprobaty. Ale oto – rzecz niezwykła – poeta, znakomity poeta Pind ar, pospieszył na odsiecz Antajosowi, broniąc go przed zarzutem, że był on tylko pospolitym mordercą, czy odrażającym ludobójcą. W jednej ze swych istmijskich ód stara się doszukać sensu jego przestępczej działalności, a przynajmniej uczynić ją zrozumiałą.

Okolica, w której żył Antajos, była uboga w kamień. Tylko wiatr wznosił czasem ułudne monumenty z piasku, a na suchym horyzoncie ukazywały się niekiedy urojone miasta z marmuru.

Pindar uczłowieczył Antajosa, przypisał mu godną pochwały zaletę synowskiej miłości. Mówi, że marzył on, aby wznieść świątynię ku czci swego ojca. Jedynym trwałym materiałem, jakim rozporządzał, były doczesne szczątki jego niefortunnych przeciwników. Nie pozostawało nic innego, jak wykorzystać ten budulec. Owa idea, sama w sobie dość makabryczna, nie jest przecież aż tak bardzo odległa od estetyki

baroku.

Antajos kolekcjonował tedy kości zabitych, jak dobry budowniczy z miłością kolekcjonuje kamienie, cegłę i drewno. Dbał o to, aby zabezpieczone były z dala od słońca, wszystkożernego piasku i wilgoci.

Raz po raz zmieniał projekt budowli. Chciał, aby mauzoleum wznoszone ku czci rodziców miało idealne proporcje ludzkiego ciała.

Jego apsydy były z żeber, używał także żeber jako sklepienia świątyni. Ze sklepienia zwisały paciorkowate kostki nadgarstka, tworząc złudzenie lamp i pająków.

Kości kręgosłupa były kolumnami. Wiązał je po kilka, aby zapewnić gmachowi konieczną wytrzymałość.

Co roku, w porze deszczów i wichrów, świątynia waliła się i cały trud budowniczego przypominał teraz opuszczone obozowisko hien.

Bezładne kości leżały na piasku. Był to jakby szyderczy żart bogów, którzy tępią wywyższenie.

I co roku Antajos zaczynał od nowa, z równym uporem, pietyzmem i beznadziejną miłością.

Antajos, widziany z daleka i oświetlony z góry, przypominał wolno sunący przez bezdroża głaz. Jego chód przypominał sposób poruszania się zmanierowanych aktorów westernu. W przypadku olbrzyma nie była to wcale maniera, ale twarda konieczność. Całą swoją energię, wszystkie swoje siły, czerpał z ziemi, z fizycznego kontaktu ze skałą, gliną, prochem nawet.

Gdyby nie to, że był dzieckiem bogów, a tego nikt nie ośmielał się kwestionować, można by sądzić, że przyroda potraktowała go po macoszemu i przez roztargnienie odmówiła mu określonego miejsca w porządku gatunków. Kto wie, czy forma drzewa, cedru na przykład, nie byłaby najbardziej stosowną formą dla jego istoty. Ale Antajos był tworem naziemnym, wyzbytym korzeni, napiętnowanym strachem przed otaczającymi go ze wszystkich stron otchłaniami powietrza.

Ptaki i zawieszone w górze gwiazdy napawały go odrazą, każdy skok przyprawiał o zawrót głowy i omdlenie.

Kiedy słońce chyliło się ku zachodowi – noce na pustyni wpadają szybko: szara błyskawica zmierzchu, a potem już ciemność – Antajos, który nie miał ani domu, ani nawet stałego miejsca postoju, budował swój schron, głęboki podziemny korytarz, tak wąski, że mógł tylko pomieścić jego leżące ciało. Wciskał się w ten mroczny wilgotny azyl jak wielki robak i zapadał w sen, błogi i pożywny.

Owe nocne praktyki Antajosa można tłumaczyć symbolicznie – jako  powrót do łona matki lub nostalgiczną wędrówkę do źródeł. Ale po co mnożyć ukryte znaczenia, skoro wszystko da się wyjaśnić w sposób prosty, a mianowicie – cyklami wegetacji.

Każdy kto był na pustyni, zauważył na pewno toczone wiatrem wiązki gałązek i liści, zupełnie – z pozoru – obumarłe. Na pierwszy rzut oka – śmiecie stworzenia, okruchy ze stołu matki natury. Ale gdy tylko spadną pierwsze deszcze, następuje nagła metamorfoza, i to, co zdawało się być na zawsze odtrącone od życia, zapuszcza korzenie, kwitnie, pachnie oszałamiająco, wydaje owoce – słowem – żyje rozrzutnie,

mocno i wspaniale.

Istnieją powody, aby sądzić, że spotkanie Antajosa z Heraklesem było przypadkowe, niezaplanowane w kalendarzu herosa, ot, jeden z jego gościnnych występów. Dlatego nie zostało zapisane na spiżowej tablicy głównych prac bohatera. Wszystkie źródła są zgodne co do wyników zapasów, natomiast ich przebieg relacjonowany był różnie.

Diodorus Siculus opisuje pojedynek jako mecz zapaśniczy, połączony z zakładem, polegającym na tym, że pokonany musi zginąć (nie mówi jednak, czy własnoręcznie, czy też ma zostać przez zwycięzcę zgładzony). Jest to wersja wulgarnie płaska, przywodząca na myśl reguły walki gladiatorów lub, co gorsza, zasady rosyjskiej ruletki.

Inne przekazy, również mało budujące, mówią, że Herakles zasłonił własnym ciałem wejście do podziemnego azylu Antajosa, co w języku późniejszych strategów określa się terminem „wziąć miasto głodem”.

W istocie był to pojedynek otwarty, męski, mano nella mano, i morderczy.

Antajosa uczłowieczali nie tylko Pind ar, ale także sam Platon, który przypisał mu zasoby inteligencji zawodowej, w szczególności wynalazek pewnych chwytów zapaśniczych. Tak więc poezja, czas i filozofia pracowały nad tym, aby walce nadać cechy prawdziwego agonu, w którym przeciwnicy mieli szanse statystycznie równe.

Herakles pojął od razu, że stacza walkę bez precedensu. Zarówno bitwy, jak i zawody siłaczy, polegają na tym, że usiłuje się pozbawić wroga pozycji wyprostowanej, zredukować go do leżącego obiektu. Tymczasem Antajos obalony na ziemię podnosił się coraz bardziej krzepki i ochoczy, krzykliwy i agresywny.

Bohater musiał zatem porzucić normalną taktykę, co więcej, pokonać głęboko zakorzenione w nas wszystkich pojęcie tego, co nazywamy górą i dołem, wywyższeniem tryumfatora a rzuceniem w pył klęski. Bowiem każde uniesienie w górę oznaczało dla Antajosa śmierć.

Literackie przekazy na temat spotkania są skąpe, dlatego trudno odtworzyć dokładnie jego przebieg. Mozaiki, rzeźby, malarstwo – z samej swej natury utrwalają moment, a nie tok wydarzeń.

Myślę, że treść pojedynku, jego surowy ekstrakt, najlepiej oddał renesansowy malarz Antonio Pollaiuolo. Obraz jest mały, miniatura prawie, którą można zasłonić dłonią, ale o takiej nagromadzonej energii, że przerasta siłą wyrazu sążnie wielu przegadanych fresków.

Pollaiuolo nie uległ pokusie przedstawienia Antajosa jako olbrzyma. Reguły humanizmu zabraniały takich ekspresjonistycznych wybryków – więc obaj przeciwnicy mają proporcje ludzkie. Brak im także klasycznej urody; są raczej dobraną parą podobnych do siebie, barczystych, długowłosych dzikusów. To bardzo trafna intuicja. Pojedynek był bowiem w istocie brutalny, a finał naturalistyczny, pospolity, bez śladu szlachetnej prostoty i cichej wielkości.

Ręce Heraklesa zaciskają się jak żelazne obręcze wokół bioder przeciwnika. Oderwał go od ziemi i uniósł na wysokość swoich barków, na podobieństwo chłopa na rozkraczonych nogach, który mocuje się z workiem, aby zarzucić go na plecy.

Antajos już się nie broni. Oparł zaciśnięte pięści na łokciach Heraklesa. Głowę odrzucił do tyłu, podciągnął nogi. Jego bezradna defensywa przypomina miotanie się w sieci wielkiej ryby: wyrzut całego ciała w tył – wyrzut do przodu – aż do zupełnego spoczynku wahadła.

Usta szeroko otwarte, ale chyba nie krzyczy. Astmatycy, którzy z trudem zbierają okruszki powietrza, nie trwonią swoich sił na ryki i przekleństwa. Za chwilę będzie koniec.

Herakles zaczeka ostrożnie aż do chwili, gdy ręce przeciwnika opadną wzdłuż ciała i nogi zaczną bujać bezwładnie jak nogi wisielca. POsłucha wtedy uważnie milczącego serca Antajosa. Potem zrzuci z ulgą ciężar na ziemię. Chwilę będzie nad nim stał. Może pomyśli z odrobiną melancholii, że mitologia grecka nie znała słowa zmartwychwstanie.

A jednak Antajos powraca, dobija się do naszej pamięci. Już nie tamten dziki, elementarny, ale wyzbyty gwałtu, nostalgiczny prawie.

W Górnym Egipcie nadano mu pośmiertnie tytuł boga. Jedno z miast ochrzczono jego imieniem. Któż by pomyślał, że z chtonicznego potwora przemieni się w apostoła cywilizacji i mieszczaństwa.

W pobliżu mauretańskiego miasta Tingis odkryto wzniesienie, pod którym leżały – tak powszechnie sądzono – doczesne szczątki olbrzyma. Był to grobowiec, a także miejsce czarów. Wystarczy usunąć warstwę ziemi, aby sprowadzić opady atmosferyczne. Doprawdy zadziwiająca kariera – od rozbójnika do zaklinacza deszczu.

Można zaryzykować twierdzenie, że sensem mitu Antajosa jest przywiązanie – a więc uczucie raczej, niż ideologia, dlatego zapewne niepodobna tego przekazać innym. Naprawdę bardzo trudno przekonać kogokolwiek o tym, że warto kochać ubogi kawałek ziemi, mały jak cień osła, jak cień topoli, a także rozbity dom, zrujnowane miasto nad wyschłą rzeką, słowem miejsce, gdzie nas urodzono, i które nie mogło nas ani wyżywić, ani uchronić.

Dla nomadów cywilizacji, lokatorów samolotów odrzutowych, Antajos pozostanie na zawsze symbolem prymitywnego barbarzyńcy. Zdają się ulegać złudzeniu, że zerwanie więzów, chorobliwa ruchliwość, są koniecznymi warunkami postępu. Zapominają przy tym, że pogoń za słońcem, globalne utopie, muszą skończyć się katastrofą. Ostatecznie wszystko sprowadza się do wyboru lub przydziału miejsca na cmentarzu.

W cieniu rozłożystych ramion Antajosa znajdą miłościwe schronienie wszyscy owi dziwaczni uchodźcy, którzy w bezlitosnych oczach tubylców przybierają postacie niepojętych odmieńców, a nawet potworów.

Uratowali tylko dwa znikome skarby – własną mowę i imiona brzmiące w obcych uszach jak błazeńskie dzwoneczki. Wydarto im ziemię, zabrano wodę, w której oglądali twarze swojego boga i najeźdźcy.

Umierają teraz bezgłośnie w rozrzedzonym powietrzu cudzej wolności.”

 
Komentarze (7)

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz

 

 
  1. provillus for men

    10 października 2012 o 15:52

    provillus for men…

    Antajos – Zbigniew Herbert | nacodzien blog…

     
  2. enregistreur numerique

    10 października 2012 o 21:04

    enregistreur numerique…

    Antajos – Zbigniew Herbert | nacodzien blog…

     
  3. cool page

    11 października 2012 o 01:09

    cool page…

    Antajos – Zbigniew Herbert | nacodzien blog…

     
  4. conference call provider

    18 października 2012 o 18:13

    conference call provider…

    Antajos – Zbigniew Herbert | nacodzien blog…

     
  5. conference calling

    18 października 2012 o 18:34

    conference calling…

    Antajos – Zbigniew Herbert | nacodzien blog…

     
  6. international conference call

    18 października 2012 o 18:43

    international conference call…

    Antajos – Zbigniew Herbert | nacodzien blog…

     
  7. free conference call

    18 października 2012 o 18:59

    free conference call…

    Antajos – Zbigniew Herbert | nacodzien blog…

     
 

  • RSS