RSS
 

Archiwum - Styczeń, 2009

Rumiane penisy dekonstruktywistów

30 sty

Northern Exposure (u nas „Przystanek Alaska”):

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Jeszcze o Szymborskiej

28 sty

Było o Stali i Miecznickiej. Teraz jeszcze Śliwiński – chyba mój ulubiony z żyjących polskich krytyków. W ten sam co Miecznicka dzień wydrukował w „Wyborczej” swoją ocenę „Tutaj”: w tym miejscu. Warto zacytować początek (mają w tyle głowy tekst Miecznickiej):
Jak czytać poetów największych? Na kolanach? To śmieszne i na dłuższą metę niewygodne. Krytycznie, zaczepnie, demaskatorsko, z nieukrywaną pretensją, że wielcy poeci nie chcą się zmienić, zaskoczyć nas czymś nowym, zboczyć z dawno obranego kursu? To pociągające, bo dzielność naszą wynosi na piedestał. To żenujące, bo pokazuje, że o książkach myślimy w kategoriach wydarzenia, widowiska, dziwowiska, które zajmuje nas stadnie i tylko przez chwilę.”

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Inauguracja 50-lecia istnienia „Znaku”

28 sty

Podczas pierwszego z serii wydarzeń zorganizowanych z okazji 50 lat istnienia „Znaku” Wisława Szymborska przeczytała jedenaście wierszy z najnowszego tomiku „Tutaj” (w tym „Identyfikację”, po raz pierwszy publikowaną w „Tygodniku Powszechnym”). Wstęp zapewnił Marian Stala, który w szkicu o najnowszej poezji noblistki wypadł olśniewająco. Zrozumiałem, słuchając jak czyta swoje słowa o Szymborskiej (dzisiaj drukuje je „TP”, fragment tutaj), że Stalę trzeba czytać na głos, a najlepiej słuchać jak sam się czyta. Potem wiersze czytała Szymborska, a do każdego z nich muzyczną aranżację zapewnił Tomasz Stańko, specjalnie na tę okazję przybyły z Nowego Jorku.
Cały wieczór wypadł wyśmienicie (mimo niby to żartobliwych komentarzy z widowni Adama Michnika) – „Znak” ma wydać „Tutaj” raz jeszcze, w edycji luksusowej, z płytą DVD z nagraniem tego wieczoru – jak tylko uchwycę w swoje szpony, postaram się część zamieścić na blogu.

I jeszcze jedno – Miecznicka w „Dzienniku” recenzowała wczoraj Szymborską. Uważam, że Miecznicka jest jednym z rozsądniejszych krytyków, lubię ją, dlatego nie piszę tych słów z przyjemnością: w swojej recenzji stawia zarzut powtarzalności (pewnie najtrafniejszy z całego tekstu), ale też – uważa noblistkę za dziecko niemalże, początkującego poetę albo staruszkę z demencją. Krytykuje jeden z wierszy, bo Szymborska pisze o bakteriach, takie oczywiste przypuszczenia zapisuje! Albo „Identyfikację” właśnie – bo przecież wypadek samolotowy zdarza się nader rzadko, a więc „to jest jakaś gazetowa egzotyka”. Takie łopatologiczne czytanie wierszy nie zasługuje nawet na miano błędów początkującego polonisty. I jeszcze jedno – warto porównać Stalę i Miecznicką w czytaniu tych wierszy - różnica ogromna, dwa światy. Jej recenzja – tutaj.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Czarnofigurowa waza garncarza Eksekiasa – Zbigniew Herbert

25 sty

Dokąd płynie Dionizos przez morze czerwone jak wino
ku jakim wyspom wędruje pod żaglem winorośli
śpi i nic nie wie więc my także nie wiemy
dokąd płynie z prądami bukowa łódź lotna

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Noli me tangere – Pascal Quignard, z „Nocy seksualnej”

25 sty



Anonim, XV wiek

„   Kto mnie czyta, niech zrozumie dobrze: wszystko, co mówię, jest kłamstwem. Każdy mit oszukuje. Każdy obraz mami i skrywa nieznane, które tkwi w początku. Przyglądam się z uwagą wszystkiemu, co mnie otacza, dlatego że szukam gorączkowo tego, co brakuje.

 


Durer, 1510

Bóg umarł. Ukrzyżowanego owinięto w całun. Święta Maria Magdalena patrzyłazadziwiona w pusty grób: ktoś, kogo nie dostrzegła, a kto stanął obok, rzekł:
- Mulier, quid ploras? (Kobieto, czemu płaczesz?)
Maria Magdalena nie rozpoznała w człowieku, który do niej przemówił, tego, którego szukała w grobie.Umarły Bóg pyta po raz wtóry. Ona zwraca się ku niemu. Myśli: „To ogrodnik”. Mówi:
- Wyjęty z grobu Mistrz mój, nie wiem, gdzie ukryty.



Tycjan, 1514

 

Jezus z Nazaretu mówi:-
Maria!
Usłyszawszy swoje imię, Maria z Magdali pojmuje wszystko.
Wykrzykuje spontanicznie
po hebrajsku:
- Rabbuni! (Mistrzu!)
Prostytutka chce się przytulić do ciała człowieka zmartwychwstałego, ale Jezus z Nazaretu nakazuje: 

- Noli me tangere. (Nie dotykaj mnie).

Noli me tangere Correggia był ulubionym obrazem Annibale Carracciego. Widywał go w Bolonii, kiedy był dzieckiem. Obraz Correggia znajdował się bowiem w Bolonii, kiedy Carracci był dzieckiem. Noli me tangere Correggia uwielbiał również Stendhal. Stendhal stworzył postać Klelii Conti w Pustelni parmeńskiej, wychodząc od zakazu widzenia. Stendhal nie rozstawał się z ryciną niezdarnie naśladującą ten obraz. Maria Magdalena na obrazie Tycjana nie tylko chce widzieć, ale i wpatruje się w Jezusa, wyciąga rękę, aJezus musi prawą dłonią zasłaniać przyrodzenie całunem. Na rycinie Durera przebita dłoń ukrzyżowanego „ogrodnika” mierzy w oczy świętej Magdaleny. U Bronzina przyrodzenie Jezusa stanęło równie mocno, jak prężą się piersi Magdaleny.  


Correggio, 1523

W Torze córki Lota odsłaniają to, co synowie Noego zasłaniają. W Nowym Testamencie Bóg mówi Marii Magdalenie, która jest kobietą:- Nie dotykaj mnie.Apostołowi Tomaszowi, który jest mężczyzną, Bóg mówi:
- Dotknij mnie.



Bronzino, 1562

Choć pierwotna, niewidoczna scena dotyczy siewu, którego plon nigdy nie zobaczy, nieustannie rodzi ona obrazy siew ten ukazujące. Scena ta podlega nieustannej teatralizacji. Punkt wyjścia, który jest punktem otchłannym, mimowolnie prowokuje widowiska. Więcej nawet, owe widowiska wywoływane przez mimowolny, dziecięcy fantazmat o rodzicielskiej nagości, budzący się w każdym z nas, spontanicznie, nieuchronnie zwodniczy, wzbudzają głęboki wstręt i odrazę.Tak to jest: brak obrazu jest źródłem ikonicznego zakłamania.

Stroje, ozdoby, dekoracje, sztuka abstrakcyjna, malarstwo cielesne, skaryfikacje, odzież – wszystko to czerpie z tego braku. Z nieobecności „sceny nad scenami”. Podobnie z postawą: jeśli nasze ciało świadczy o nieznajomości pozycji początkowej, to jednak jego istnienie dowodzi, że erekcja nastąpiła. Postawa ludzka jest prosta: stojąca ze względu na stawanie. Prostotę postawy sprawia erekcja seksualna.Brakująca scena, pozbawiona obrazu, rozsadza wszelkie obrazy. W każdy sen, w każde pragnienie wpycha obraz i go niszczy. Powiedzmy po grecku: scenografia oniryczna pozostanie na zawsze „anikoniczna”. Jednocześnie „ikonoklastyczna” i „ikonopojetyczna”. Trwoga w tej scenie jest tak wielka, że pysk bratniej małpiatki zastępuje „twarzą” (figurą niefiguralną). W tym sensie człowiek stanowi jedyny niefiguratywny gatunek zwierzęcy. Gatunek ludzki przechowuje nienawiść do ludzkiego podobieństwa, ponieważ nosi w sobie trwożliwą pamięć o małpim grymasie.
- Nie oglądaj mnie!
- Nie dotykaj mnie!”

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Antajos – Zbigniew Herbert

25 sty

Antajos był synem Posejdona i Gai. Małżeństwa, łagodnie mówiąc, nieharmonijnego. Czegóż innego można oczekiwać od zajadle zwalczających się żywiołów morza i ziemi. Jest tedy więcej niż prawdopodobne, że Antajos był dzieckiem – jakże trudno wyobrazić sobie dzieciństwo olbrzyma – opuszczonym i zaniedbanym. Dzikie kłótnie rodziców wywarły zapewne ujemny wpływ na kształtowanie się jego charakteru.

Wszystkie źródła zgodne są, że Antajos wyrósł na nieokrzesanego gwałtownika o ponadludzkiej sile. Jego zasoby intelektualne były skromne, ciało zaś wybujałe. I chociaż nie uczęszczał do żadnych szkół, wyciągnął z tej dysproporcji wniosek logicznie poprawny, a mianowicie został sportowcem.

Próba umieszczenia Antajosa na mapie świata natrafia na pewne trudności. W starych mitach ojczyzną jego była Libia – tam właśnie spotkał się z Heraklesem – ale potem, pod wpływem greckiej kolonizacji północnych wybrzeży Afryki, ta bajeczna spychana była coraz bardziej na zachód, aż Do Mauretanii, to znaczy do kraju, z którego kupcy puniccy wyparli Greków. Kolonizatorzy nie są twórcami mitów. Pracują jednak niezmordowanie nad ich geografią. Umieszczają po prostu potwory na terenach okupowanych przez konkurentów. Ten proceder przetrwał chwalebnie do naszych dni.

O samym Antajosie wiemy niewiele poza tym, że żywił się mięsem lwów zabijanych gołymi rękami, ponieważ gardził nowoczesną cywilizacją – maczugą, dzidą, zapadnią wykopaną w ziemi.  Ulubionym jego zajęciem było wyzywanie napotykanych wędrowców na zapasy. I zmagania te nieuchronni kończyły się śmiercią zmuszanych do walki przeciwników.

Taki tryb życia nie może budzić naszej sympatii i aprobaty. Ale oto – rzecz niezwykła – poeta, znakomity poeta Pind ar, pospieszył na odsiecz Antajosowi, broniąc go przed zarzutem, że był on tylko pospolitym mordercą, czy odrażającym ludobójcą. W jednej ze swych istmijskich ód stara się doszukać sensu jego przestępczej działalności, a przynajmniej uczynić ją zrozumiałą.

Okolica, w której żył Antajos, była uboga w kamień. Tylko wiatr wznosił czasem ułudne monumenty z piasku, a na suchym horyzoncie ukazywały się niekiedy urojone miasta z marmuru.

Pindar uczłowieczył Antajosa, przypisał mu godną pochwały zaletę synowskiej miłości. Mówi, że marzył on, aby wznieść świątynię ku czci swego ojca. Jedynym trwałym materiałem, jakim rozporządzał, były doczesne szczątki jego niefortunnych przeciwników. Nie pozostawało nic innego, jak wykorzystać ten budulec. Owa idea, sama w sobie dość makabryczna, nie jest przecież aż tak bardzo odległa od estetyki

baroku.

Antajos kolekcjonował tedy kości zabitych, jak dobry budowniczy z miłością kolekcjonuje kamienie, cegłę i drewno. Dbał o to, aby zabezpieczone były z dala od słońca, wszystkożernego piasku i wilgoci.

Raz po raz zmieniał projekt budowli. Chciał, aby mauzoleum wznoszone ku czci rodziców miało idealne proporcje ludzkiego ciała.

Jego apsydy były z żeber, używał także żeber jako sklepienia świątyni. Ze sklepienia zwisały paciorkowate kostki nadgarstka, tworząc złudzenie lamp i pająków.

Kości kręgosłupa były kolumnami. Wiązał je po kilka, aby zapewnić gmachowi konieczną wytrzymałość.

Co roku, w porze deszczów i wichrów, świątynia waliła się i cały trud budowniczego przypominał teraz opuszczone obozowisko hien.

Bezładne kości leżały na piasku. Był to jakby szyderczy żart bogów, którzy tępią wywyższenie.

I co roku Antajos zaczynał od nowa, z równym uporem, pietyzmem i beznadziejną miłością.

Antajos, widziany z daleka i oświetlony z góry, przypominał wolno sunący przez bezdroża głaz. Jego chód przypominał sposób poruszania się zmanierowanych aktorów westernu. W przypadku olbrzyma nie była to wcale maniera, ale twarda konieczność. Całą swoją energię, wszystkie swoje siły, czerpał z ziemi, z fizycznego kontaktu ze skałą, gliną, prochem nawet.

Gdyby nie to, że był dzieckiem bogów, a tego nikt nie ośmielał się kwestionować, można by sądzić, że przyroda potraktowała go po macoszemu i przez roztargnienie odmówiła mu określonego miejsca w porządku gatunków. Kto wie, czy forma drzewa, cedru na przykład, nie byłaby najbardziej stosowną formą dla jego istoty. Ale Antajos był tworem naziemnym, wyzbytym korzeni, napiętnowanym strachem przed otaczającymi go ze wszystkich stron otchłaniami powietrza.

Ptaki i zawieszone w górze gwiazdy napawały go odrazą, każdy skok przyprawiał o zawrót głowy i omdlenie.

Kiedy słońce chyliło się ku zachodowi – noce na pustyni wpadają szybko: szara błyskawica zmierzchu, a potem już ciemność – Antajos, który nie miał ani domu, ani nawet stałego miejsca postoju, budował swój schron, głęboki podziemny korytarz, tak wąski, że mógł tylko pomieścić jego leżące ciało. Wciskał się w ten mroczny wilgotny azyl jak wielki robak i zapadał w sen, błogi i pożywny.

Owe nocne praktyki Antajosa można tłumaczyć symbolicznie – jako  powrót do łona matki lub nostalgiczną wędrówkę do źródeł. Ale po co mnożyć ukryte znaczenia, skoro wszystko da się wyjaśnić w sposób prosty, a mianowicie – cyklami wegetacji.

Każdy kto był na pustyni, zauważył na pewno toczone wiatrem wiązki gałązek i liści, zupełnie – z pozoru – obumarłe. Na pierwszy rzut oka – śmiecie stworzenia, okruchy ze stołu matki natury. Ale gdy tylko spadną pierwsze deszcze, następuje nagła metamorfoza, i to, co zdawało się być na zawsze odtrącone od życia, zapuszcza korzenie, kwitnie, pachnie oszałamiająco, wydaje owoce – słowem – żyje rozrzutnie,

mocno i wspaniale.

Istnieją powody, aby sądzić, że spotkanie Antajosa z Heraklesem było przypadkowe, niezaplanowane w kalendarzu herosa, ot, jeden z jego gościnnych występów. Dlatego nie zostało zapisane na spiżowej tablicy głównych prac bohatera. Wszystkie źródła są zgodne co do wyników zapasów, natomiast ich przebieg relacjonowany był różnie.

Diodorus Siculus opisuje pojedynek jako mecz zapaśniczy, połączony z zakładem, polegającym na tym, że pokonany musi zginąć (nie mówi jednak, czy własnoręcznie, czy też ma zostać przez zwycięzcę zgładzony). Jest to wersja wulgarnie płaska, przywodząca na myśl reguły walki gladiatorów lub, co gorsza, zasady rosyjskiej ruletki.

Inne przekazy, również mało budujące, mówią, że Herakles zasłonił własnym ciałem wejście do podziemnego azylu Antajosa, co w języku późniejszych strategów określa się terminem „wziąć miasto głodem”.

W istocie był to pojedynek otwarty, męski, mano nella mano, i morderczy.

Antajosa uczłowieczali nie tylko Pind ar, ale także sam Platon, który przypisał mu zasoby inteligencji zawodowej, w szczególności wynalazek pewnych chwytów zapaśniczych. Tak więc poezja, czas i filozofia pracowały nad tym, aby walce nadać cechy prawdziwego agonu, w którym przeciwnicy mieli szanse statystycznie równe.

Herakles pojął od razu, że stacza walkę bez precedensu. Zarówno bitwy, jak i zawody siłaczy, polegają na tym, że usiłuje się pozbawić wroga pozycji wyprostowanej, zredukować go do leżącego obiektu. Tymczasem Antajos obalony na ziemię podnosił się coraz bardziej krzepki i ochoczy, krzykliwy i agresywny.

Bohater musiał zatem porzucić normalną taktykę, co więcej, pokonać głęboko zakorzenione w nas wszystkich pojęcie tego, co nazywamy górą i dołem, wywyższeniem tryumfatora a rzuceniem w pył klęski. Bowiem każde uniesienie w górę oznaczało dla Antajosa śmierć.

Literackie przekazy na temat spotkania są skąpe, dlatego trudno odtworzyć dokładnie jego przebieg. Mozaiki, rzeźby, malarstwo – z samej swej natury utrwalają moment, a nie tok wydarzeń.

Myślę, że treść pojedynku, jego surowy ekstrakt, najlepiej oddał renesansowy malarz Antonio Pollaiuolo. Obraz jest mały, miniatura prawie, którą można zasłonić dłonią, ale o takiej nagromadzonej energii, że przerasta siłą wyrazu sążnie wielu przegadanych fresków.

Pollaiuolo nie uległ pokusie przedstawienia Antajosa jako olbrzyma. Reguły humanizmu zabraniały takich ekspresjonistycznych wybryków – więc obaj przeciwnicy mają proporcje ludzkie. Brak im także klasycznej urody; są raczej dobraną parą podobnych do siebie, barczystych, długowłosych dzikusów. To bardzo trafna intuicja. Pojedynek był bowiem w istocie brutalny, a finał naturalistyczny, pospolity, bez śladu szlachetnej prostoty i cichej wielkości.

Ręce Heraklesa zaciskają się jak żelazne obręcze wokół bioder przeciwnika. Oderwał go od ziemi i uniósł na wysokość swoich barków, na podobieństwo chłopa na rozkraczonych nogach, który mocuje się z workiem, aby zarzucić go na plecy.

Antajos już się nie broni. Oparł zaciśnięte pięści na łokciach Heraklesa. Głowę odrzucił do tyłu, podciągnął nogi. Jego bezradna defensywa przypomina miotanie się w sieci wielkiej ryby: wyrzut całego ciała w tył – wyrzut do przodu – aż do zupełnego spoczynku wahadła.

Usta szeroko otwarte, ale chyba nie krzyczy. Astmatycy, którzy z trudem zbierają okruszki powietrza, nie trwonią swoich sił na ryki i przekleństwa. Za chwilę będzie koniec.

Herakles zaczeka ostrożnie aż do chwili, gdy ręce przeciwnika opadną wzdłuż ciała i nogi zaczną bujać bezwładnie jak nogi wisielca. POsłucha wtedy uważnie milczącego serca Antajosa. Potem zrzuci z ulgą ciężar na ziemię. Chwilę będzie nad nim stał. Może pomyśli z odrobiną melancholii, że mitologia grecka nie znała słowa zmartwychwstanie.

A jednak Antajos powraca, dobija się do naszej pamięci. Już nie tamten dziki, elementarny, ale wyzbyty gwałtu, nostalgiczny prawie.

W Górnym Egipcie nadano mu pośmiertnie tytuł boga. Jedno z miast ochrzczono jego imieniem. Któż by pomyślał, że z chtonicznego potwora przemieni się w apostoła cywilizacji i mieszczaństwa.

W pobliżu mauretańskiego miasta Tingis odkryto wzniesienie, pod którym leżały – tak powszechnie sądzono – doczesne szczątki olbrzyma. Był to grobowiec, a także miejsce czarów. Wystarczy usunąć warstwę ziemi, aby sprowadzić opady atmosferyczne. Doprawdy zadziwiająca kariera – od rozbójnika do zaklinacza deszczu.

Można zaryzykować twierdzenie, że sensem mitu Antajosa jest przywiązanie – a więc uczucie raczej, niż ideologia, dlatego zapewne niepodobna tego przekazać innym. Naprawdę bardzo trudno przekonać kogokolwiek o tym, że warto kochać ubogi kawałek ziemi, mały jak cień osła, jak cień topoli, a także rozbity dom, zrujnowane miasto nad wyschłą rzeką, słowem miejsce, gdzie nas urodzono, i które nie mogło nas ani wyżywić, ani uchronić.

Dla nomadów cywilizacji, lokatorów samolotów odrzutowych, Antajos pozostanie na zawsze symbolem prymitywnego barbarzyńcy. Zdają się ulegać złudzeniu, że zerwanie więzów, chorobliwa ruchliwość, są koniecznymi warunkami postępu. Zapominają przy tym, że pogoń za słońcem, globalne utopie, muszą skończyć się katastrofą. Ostatecznie wszystko sprowadza się do wyboru lub przydziału miejsca na cmentarzu.

W cieniu rozłożystych ramion Antajosa znajdą miłościwe schronienie wszyscy owi dziwaczni uchodźcy, którzy w bezlitosnych oczach tubylców przybierają postacie niepojętych odmieńców, a nawet potworów.

Uratowali tylko dwa znikome skarby – własną mowę i imiona brzmiące w obcych uszach jak błazeńskie dzwoneczki. Wydarto im ziemię, zabrano wodę, w której oglądali twarze swojego boga i najeźdźcy.

Umierają teraz bezgłośnie w rozrzedzonym powietrzu cudzej wolności.”

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Jaroussky

24 sty
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

In The Butt

23 sty
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Kolekcja

21 sty

„Gazeta Wyborcza” za dwa tygodnie rozpoczyna kolekcję „Wielkie Opery”, w której wyda 20 oper – z książką, CD z nagraniem i DVD z nagranym spektaklem. Więcej:
http://kulturalnysklep.pl/OPE/prcl/-wielkie-opery–kolekcja-muzyczna.html
. Brawo, „Wyborcza”!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Ziemia niczyja

16 sty

Między jednym a drugim odśnieżonym kawałkiem chodnika istnieje ziemia niczyja. Zbyt daleko dla ciecia z bloku przed naszym, zbyt daleko dla naszego ciecia. Nikt nie wie co dzieje się na ziemi niczyjej. Chodzą pogłoski, że rozpełzła tam jakaś tajemnicza siła, nieznanego pochodzenia, która wchłania śmiałków próbujących przedrzeć się przez nieprzyjazne śniegi, które są pierwszym niebezpieczeństem jakie czyha na podróżników wkraczających w tę specyficzną atmosferę, jakby zawieszoną między życiem a nie-życiem. 

Wydział Polonistyki UJ znajduje się na ul. Gołębiej, toteż szybko zyskał miano gołębnika. Jest nawet kawiarnia o podobnej nazwie, która mieści się przy tej ulicy. Legenda twierdzi, że gołębie z krakowskiego Rynku są zaklętymi rycerzami. Ale to przeszłość. To znaczy – w przeszłości może byli to rycerze, ale w czasach, kiedy nikt już o rycerskości nie myślał. Reprezentowały te ptaki szlachetność, honor, cnotę, bohaterstwo – jakby zalety te zakluczono w ciałkach niewielkich, szarych ptaków. 
Dzisiaj to nie rycerze są zaklęci. To inteligenci. Reprezentują kilka zalet, które każdy sobie ceni, ale nie rozmnażali się jak należy, toteż wymierają. No, przynajmniej inteligenci pewnego rodzaju. Stworzyliśmy więc legendę, wedle której te gołębie powłoki przechowują inteligenckie zalety. Jak można to udowodnić?, zapyta ktoś. To postmodernistyczne brednie, neo-zmyślenia!, zawoła inny. Ale ja mam dowód. Oto on: przedstawia grupę ogrzewających się gołębi, które stoją przed osranym przez nie Empikiem i szydercze spojrzenie rzucają każdemu ośmielonemu do wejścia w bebechy empikowego stwora, który, jak wydaje mi się (po reakcji gołębi-inteligentów), działa całkiem nieźle jako układ pokarmowy wolnego rynku. Krakowski Empik na Rynku ma dwa wejścia. Jedno jest wejściem, przełykiem. A drugie? Przez drugie wejście/wyjście wszyscy wychodzą już na zawsze odmienieni.
 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS