RSS
 

Funny Games

17 paź

„Funny Games” to film dość niezwykły, chociaż zdawałoby się, że typowy. Trzyosobowa rodzina, wyższa klasa średnia, wysoka kultura (podczas jazdy puszczają utwory muzyki tzw. klasycznej i zgadują czyj i jaki to utwór) wybiera się do pięknego domku nad jeziorem na wakacje. Znają sąsiadów, z którymi umawiają się na golfa, pływają łódkami itd. Kiedy jednak pierwszego dnia widzą sąsiadów, tych od golfa, ci zachowują się zaskakująco – cicho, jakby wystraczeni. Sąsiadów odwiedza dwóch młodzieńców, nienagannie ubranych, wspaniale wysławiających się i dbających o uprzejmości. Szybko okazuje się, że z kalendarzowymi chłopcami coś jest nie tak – nie tylko ich piękne, białe rękawiczki budzą zaniepokojenie, ale sposób, w jaki mówią, wreszcie dziwna nachalność. Okazuje się, że szukają oni rozrywki, a zapewniają ją sobie zabijając ludzi. Przed popełnieniem morderstw bawią się z ofiarami w najróżniejszie gierki, a kiedy matka z rodziny opisanej na początku (naprawdę niezła w tej roli Naomi Watts) mówi, żeby „ich w końcu zabili”, jeden z maltretujących mówi: „Nie zapominajmy o koniecznym elemencie rozrywki”, w znaczeniu „Najpiew się z wami zabawimy”. 

Takich filmów powstało sporo, gdzie w zacisznym miejscu jakiś typ mordercy seryjnego wybija swoje ofiary. Jedne filmy są lepiej, inne gorzej nakręcone mimo podobnych fabuł. Tutaj jednak reżyser gra z widzem, nie chce go przestraszyć tanimi efektami – chce, by też czuł obrzydzenie do dwóch morderców. I my to obrzydzenie czujemy, a kiedy reżyser osiąga swój cel – sięga po następny, jeszcze bardziej męczący – pokazuje, że nie ma happy endu i być nie może. Brutalność napastników jest wciskania niemal w widza. Kiedy matka w chwili nieuwagi oprawców sięga po strzelbę i zabija jednego z zabójców widz mówi sobie w duchu: „Tak! W końcu! Teraz historia potoczy się jak zawsze, jeden z bohaterów przeżyje i pomści śmierć rodziny! Jesteśmy bezpieczni…”. Ale to nie takie proste. Film jest bardzo realistyczny, ale w kilku momentach właśnie by wymęczyć widza reżyser korzysta z nieralistycznych środków. Robi to szalenie świadomie, a kiedy jeden z morderców zwraca się dwa czy trzy razy prosto do kamery widz doskonale wie, że mówi do niego. Morderca jest bezczelny i wie, na co my czekamy. Uśmiecha się do nas i mówi: „Nie, nie tym razem. Miejcie się na baczności.” Co się dzieje z jego zabitym kolegą? Jak matce rodziny udaje się opuścić dom? No, tego już nie zdradzę, film bardzo dobry, warto więc przekonać się samemu. 
 
Komentarze (6)

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz

 

 
  1. Ewa Bieńczycka

    23 października 2008 o 14:33

    Tam na TP jest bardzo dobry dwustronicowy artykuł na temat twórczości Michael Haneke. Nie chciałabym się powtarzać, ale Ty jak Anita Piotrowska odnośnie tych „Edukatorów” zupełnie stępiłeś ostrość tego filmu.
    Ja tylko widziałam „Ukryte”, „Pianistę” i „Funny Games” tego reżysera i dla mnie to zupełna rewelacja kina.
    „Funy Games” to nie żaden ” Quentin Tarantino czy Oliver Stone nie żaden postmodernizm kinowy, to jest ostry i bezwzględny ton wcale nie zabawowy ani żadna gra z widzem, ani ruszanie sumień. Właśnie to zimo i chirurgiczna precyzja (w „Ukryte” kamera bardzo długo nieruchomo wpatruje się w jeden, nieruchomy kadr i nic się pozornie nie dzieje) daje tę egzystencjalną grozę, jaką jest ludzkie zło. W „Ukryte”, to bagatela, tylko denuncjacja i to „głupiego” dziecka. W „Funny games” sadyzm jest ekstremalny, ale kręcony też mimochodem i z jakimś takim niefrasobliwym lekceważeniem, jakby się powiedziało, że zło to nieskończoność, że zło to pestka na każdym etapie jego realizacji, bo przecież ból i cierpienie nie ma nigdy dna, jak boli, gdy się nie da wytrzymać, to jest zawsze ból ekstremalny. To mnożenie zła (powiedzenie Sade o liczbie) u Haneke jest tylko po to, by się tak tym złem nie dziwować i ani też nie bać się złych ludzi. Nie bać się, bo ich zło nie ma granic, jest w nieskończoności i jest obok nas, mimo, że dwaj młodzi ludzie być może do nas nie przyjdą nigdy. Gdyż nie jesteśmy już w czasach, gdy przychodziły do nas anioły śmierci. Przychodzą ludzie codzienni, zamazani, nie nihiliści z Dostojewskiego, ale tacy tuzinkowi, może wcielają w życie tylko gry komputerowe i nic więcej.
    Zło więc jest takie same, jak w obozach koncentracyjnych, nie podnieca, nie straszy i nie przeraża.
    Dla złaknionych mocnych przeżyć są inne filmy, tak jak dla pornografów też zupełnie inne kino.

    Tę samą opcję spojrzenia na zło podjął Rémy Belvaux w „Człowiek pogryzł psa” ( chyba ujawieniem tej prawdy o złu zapłacił życiem)

     
  2. n

    23 października 2008 o 16:47

    Zgadzam się co do chirurgicznej precyzji, z jaką Haneke pokazuje zło. Też tak odebrałem jego film, może inaczej to wyraziłem – moje notki są pisane zazwyczaj niedługo po projekcji, szybko i bez poprawek, rzadko więc precyzyjnie wyjaśniam jak film przyjmuję.
    Nie rozumiem jednak, dlaczego nie mogę się bać, bo zło, wg reżysera, nie ma granic. Chyba powinienem bać się tym bardziej?
    Zło nadal mnie przeraża i na pewno straszy. Ta dwójka filmowa nie jest, owszem, aniołem śmierci, ale są nietypowi – to nie zwykli opryszkowie spod budy, którzy zabijają dla jakiejś np. materialnej przyczyny. Często zwracają uwagę na rolę uprzejmości, wymieniają się z ofiarami tymi uprzejmościami, wypowiadają się subtelnym, kobiecym niemal głosem, delikatnie, lekko nawet. Ten kontrast, białe ubiory, fryzury chłopców z dobrych collegeów, mnie przeraża. Nie bardzo pasuje ich wygląd do zachowania – może to argument za „banalnością zła”, czy, jak piszesz, codziennością. Mnie, Ewo, ten film dał kilka mocnych wrażeń, chociaż to nie jest typowy thriller.
    I o stępieniu – masz rację, bo jakże pisać o złu? Nie da się, jak sądzę, całej grozy przenieść na papier. Jeszcze Littella nie czytałem, ale mam wrażenie, że nawet najbardziej przerażające fragmenty, o których tyle się pisze, nie pozwolą doświadczyć zła na sobie.
    Mam wrażenie, że w dyskursie zło jest i musi być stępione, bo to tylko dyskurs o złu.
    A czy zło podnieca? W końcy oglądałem ten film, chcę przeczytać „Łaskawe” – Augustyn pisał, że takie „rozrywki” są typowe: kiedy komuś stanie się krzywda, biegniemy zobaczyć co się dzieje i w tym też momencie żałujemy krzywdy, jaka się wydarzyła. Patrzymy np. na potrąconego przechodnia, mimo że nie nastraja nas to przecież pozytywnie, nie służy jakiemuś dobru. Augustyn się nad tym zastanawiał, a po nim wielu innych.

     
  3. Ewa Bieńczycka

    23 października 2008 o 17:47

    Patryku, uwierz mi, że to, co św., Augustyna zastanawia, nie jest wspólne wszystkim ludziom.
    Jak przejadą kota, to ja już jestem chora, a jak przed domem na wsi był wypadek motocyklowy i przed nasz dom przyszła niemal cała wieś oglądać to ja miałam atak płaczu i nie mogłam na nic patrzeć. To nie tak, jeżeli rynki średniowiecze gromadziły tłumy na egzekucjach to wcale nie znaczy, że wszystkich. Biegniemy przecież by pomóc, a nie by sie napawać.
    Ale zapewniam Cię, że zło podnieca.
    Cenne jest to, że mordercy z filmu są tajemnicą i nie jest ich intencja sformułowana. Ale z pewnością nie są to postacie z thrillerów. Są bardzo spektakularne i należą do środków artystycznych i do cudownych narzędzi dobrego kina.
    Ale czy zła nie ma mniej widowiskowego, takiego, którego za cholerę nie da się udowodnić, a człowiek czuje się jakby mu mózg wyleciał i rozprysnął się na białej, niewinnej ścianie?

     
  4. n

    24 października 2008 o 15:27

    Jeśli generalizowałem to mój błąd, nie sądzę, że wszyscy – ja np. nie podbiegłbym do ofiary wypadku motocyklowego, raczej mnie mdlą takie widoki. Ale podczas każdego z takich zdarzeń robi się tzw. zbiegowisko, w którym uczesnitczą tzw. gapie.

    Zło niespektakularne istnieje, jak sądzę. Np. niemądra kłótnia (sam taką miałem niedawno), której efekty są bolesne. Wiesz, zadajesz komuś cierpienie, świadomie-nieświadomie (bo w gniewie). Czy zadawanie cierpienia jest złem?

     
  5. Ewa Bieńczycka

    24 października 2008 o 17:57

    Tak, zadawanie cierpienia jest złem. Świadome, czy nieświadome zawsze skrzywdzenie drugiego człowieka jest złem. Jeśli bliźni czuje się skrzywdzony, gdyż go dotknięto, bo działał w grupie, która krzywdziła innych, to jego krzywda jest resentymentem. Odnosi się to do przede wszystkim do laureatów konkursów poetyckich, ale też może dotyczyć biznesmanów porywanych co jakiś czas przez tych pierwszych.

     
  6. tomasz

    12 listopada 2008 o 21:17

    no cóż fil godny polecenia.Nie ma co opowiadać o treści i o emocjach,które budzi.trzeba go po prostu obejżeć

     
 

  • RSS