RSS
 

„…jednak Chopin upił się i prześliczne rzeczy improwizował…”

29 wrz


Przypadki Fulgentego Rymgayłły


SIERŚĆ JAGNIĘCIA, SEN


- Oczy na uwięzi! Oczy! Otwórzcie oczy! Szymonie Piotrze! Kleofas, ty durniu, nie

widzisz, że to On? Poznajcie Go, zanim będzie za późno, dzień się już nachyla. Poznajcie

Go, zanim chleb połamie. To On, durnie! Chleb dziwnie pachnie, sierścią, sierścią

jagnięcia, spaloną skórą, dlaczego? Durnie! Pan zmartwychwstał!

- Juliuszu, obudź się!

- Durnie, uczeni durnie!

- Przebudź się!

- Ogień!

- Julek, to słońce czerwono zachodzi.

- To ty? Dzień się już nachyla. Czemuś się wtrącił? – Słowacki położył dłoń na

ręku Fulgentego Rymgayłły, który zaszedłszy do kolegi z Wilna na ulicę Neuve-Saint-

-Eustache pod numer piąty, potrząsał ramieniem śpiącego. Powietrze ciężkie od upału i

swądu z pobliskich drewnianych hal: nadpalona sierść jagnięcia, gnijąca nać, gotowane

pory i coś jeszcze: zapach rozcieranych w palcach margerytek.

- Która godzina?

- Dziewiąta.

- Wchodzą sobie na ramiona, łuskami się jeżą.

- Kto?

- Dachy.

- Ty niezdrów, Julek.

- Zdrów. Śnili mi się uczniowie z Emaus. Nie poznali Go. Dopiero jak chleb łamał.

Czas stanął, obrus skamieniał, to Go poznali.

- Jaki obrus?

- Biały i sztywny.

- Wybacz, Juliuszu.

- Pewno ci wybaczę, ale nie zapomnę.


DWOREK W POGRYŻOWIE, NIETZSCHE 

Fulgenty Rymgayłło zachodził do Słowackiego na ulicę Neuve-Saint-Eustache, do małego pokoiku z mahoniowymi mebelkami i z marmurowym kominkiem. O wizytach Fulgentego Rymgayłły Słowacki wspominał w listach do Matki w roku 1831 i 1832 i w Pamiętniku. Co wiemy o Fulgentym Rymgaylle? Niewiele.

Tak, nazywał się Rymgayłło. Fulgenty Lucjan Rymgayłło. Słowacki w liście do Matki z 20 października 1831 roku napisał: „Widziałem tu Rymgayłłę, tego, który w domu Podczaszyńskiego w Wilnie był jak domowy, teraz tu się uczy architektury”‚.

W Pamiętniku pod datą 22 lipca 1832 roku zanotował: „Z rana długo u mnie siedział Rymgayłło – potem Januszkiewicz – wieczorem byłem u Podczaszyńskiego – chciałem, aby nie drukować Ody, i natomiast dałem mu kilka strof o Paryżu, ale te zdawały mu się niepatriotycznymi”.

Wiemy, że Fulgenty Rymgayłło zdobył we Francji kilka nagród w konkursach architektonicznych. I jeszcze wiemy, że należał do paryskiego Towarzystwa Literackiego i że napisał list do Ignacego Domeyki:

„Paryż, 1834, mca stycznia 17 dnia piątku.

Szanowny Ignacy, znajdując się na posiedzeniu działu umiejętności Towarzystwa Literackiego Polskiego przeszłego wtorku, obecnym byłem dwom następnym postanowieniom. 1° Sesje tego działu na przyszłość odbywać się mają drugiego wtorku każdego miesiąca o godzinie 7 wieczorem celem nierozrywania zatrudnień dziennych członków. 2° Członkowie w rozebranych pomiędzy siebie przedmiotach wzmiankę o wyszłych lub wychodzących ważniejszych dziełach rozbiór ich zwięzły przynosić są obowiązani. Te postanowienia obiecałem Prezesowi komunikować członkom nieobecnym i od ciebie zaczynam prosząc byś mię wyręczył od dalszych także widzeń, to widzisz [?] Kopczyńskiemu i Grotkowskiemu Janowi jeśli widzisz [?]. Na przyszły sesji nastąpi wybór Prezesa i Sekretarza – posiedzenie w mieszkaniu H. Ludwika Platera rue d’ Agouleme no 23.

Sługa Twój F. Rymgayłło”.

I jeszcze w archiwach Towarzystwa Historyczno-Literackiego w Paryżu znajdujemy trzy zdawkowe listy Rymgayłły do Ludwika Platera, i z sumiennych, arcysumiennych ksiąg Towarzystwa czegoś się dowiadujemy – Ludwik Plater prowadził zestawy i statystyki z zamiłowaniem natchnionego biurokraty, bardzo niekiedy rozczulające: te tabele wszerz i wzdłuż starannie liniałem wyrysowane, te wyliczenia, co poszczególni członkowie Towarzystwa powiedzieli, napisali, wygłosili, uczynili lub skomponowali; na przykład w roku 1834 członek Chopin skomponował dwa mazurki i trzy nokturny, członek Mickiewicz wygłosił pogadankę o zadaniach narodu polskiego i polskiej emigracji, członek Słowacki Juliusz recytował utwór poetycki pt. Beniowski, a on, Ludwik Plater, wystąpił aż czterdzieści razy albo nawet więcej, zatem ze statystyk wynika, że członkowie Chopin, Mickiewicz i Słowacki specjalnie się nie popisali, co tu dużo gadać – lenili się, więc gdyby on, Ludwik Plater, wystawiał noty, to oni ledwo mierne dostaliby i gdyby nie on, Ludwik Plater, to co by się z Towarzystwem działo.

Z Platerowych zestawień wynika, że w Towarzystwie Literackim Fulgenty Rymgayłło wygłosił w roku 1834: „Zdanie sprawy z najnowszych dzieł matematycznych”, przedstawił „Dwa rysunki architektoniczne” oraz „Spis nowszych dzieł architektonicznych”. 


Fulgenty Rymgayłło powrócił na Litwę w roku 1857, o czym donosiły Wiadomości Polskie w rubryce o amnestiach z guberni kowieńskiej. Co na Litwie robił? To, czego się w Paryżu wyuczył. Budował domy. Stanisław Łoza w Słowniku architektów i budowniczych Polaków oraz cudzoziemców w Polsce pracujących, wydanym w Warszawie 1917, napisał: „Po ukończeniu szkoły 00 Bazylianów w Podubisiu, okazując wielkie zamiłowanie do budownictwa, udał się dla kształcenia w tej sztuce do Wilna, gdzie się nim zajął prof. Karol Podczaszyński, którego został pomocnikiem. W roku 1828 w celu uzupełnienia swego wykształcenia wyjechał do Paryża, gdzie przebywał do roku 1856 piastując, między innymi, urząd budowniczego budowanej drogi żelaznej z Paryża do Strasburga. W r. 1857 wrócił do kraju i osiadł na Żmudzi budując kilka domów, między któremi pałacyk w Pogryżowie (pow. rosieński) dla Hieronima Przeciszewskiego, fundowany przez Jana Szemiotha. Znany był oprócz tego jako pedagog i matematyk”.

W Słowniku geograficznym Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich wydanym pod redakcją Bronisława Chlebowskiego, magistra nauk filologiczno-historycznych b. Szkoły Głównej Warszawskiej, Władysława Walewskiego, obywatela ziemskiego, kandydata nauk dyplomatycznych Uniwersytetu Dorpackiego, według planu Filipa Sulimierskiego i z pomocą zgromadzonych przez niego materiałów. T. VIII. Warszawa, nakładem Władysława Walewskiego, druk „Wieku”, Nowy Świat, nr 61, rok 1887, zatem w tym nieocenionym słowniku czytamy: „Pogryżów, żm. Pogriżuwis, dwór nad rzeką Gryżową, powiat rosieński, o 29 wiorstw od Rossień, parafia katolicka Cytowiany, w okolicy górzystej, niedaleko rzeki Dubissy. W 1859 roku był tu l dm., 30 mk., młyn wodny. Posiada piękny pałacyk wzniesiony przez byłego dziedzica Hieronima Przeciszewskiego, według planu znanego na Żmudzi budowniczego Fulgentego Rymgayłły. Znajduje się tu wylęgarnia dla ryb łososiowatych do zarybiania trzech stawów, pstrągarni i jezior; dwa tarliska dla karpiów. Cztery jeziora: Gilis, Apuszis, Gaustwinis i Żerbówka o przestrzeni 390 mr. n.p. Największa głębokość w jeziorze Gilis dochodzi do 10 sążni. Własność dawniej Hieronima Przeciszewskiego, który w 1867 roku, w skutek ukazu z 1865 roku, zmuszony był sprzedać, należy dziś do Chrystianowicza”.

Już nie należy, z pałacyku została ruina. Stare fotografie dowodzą, że Fulgenty Rymgayłło budować potrafił, wyczuwał rytm przestrzeni nie gorzej niż Słowacki dukt frazy. Nie bez powodu Rymgayłło dostawał we Francji nagrody. W Paryżu uczył się architektury i odwiedzał ziomka. Słuchał jego opowieści. Chciał budować domy i pomóc Słowackiemu, bo go lubił.

Nietzsche: „Potrzeba nam historii, ale innej niż ta, którą uprawiają błądzący w ogrodach erudycji”.

Przepowieści mówią o faktach. Fakty są wydarzeniami, o których daje się coś powiedzieć. Historia istnieje o tyle tylko, o ile jest opowiedziana i daje się na nowo przepowiadać. Kronikarz to historyk, który nie chce sądzić opowiadanego, bo brak mu podstaw władzy sądzenia. Kronikarz średniowieczny opowiadał wypadki i nigdy nie rozdzielał wydarzeń wielkich od małych, bo pokora wobec prawdy uczy, że wszystko, co się wydarzyło, musi zostać w historii ocalone, i chociaż nikomu jeszcze nie udało się całej historii wykupić (odkupić), to znaczy w całości jej opowiedzieć, to jednak przez szacunek dla wydarzonego, z lęku przed śmiercią, z nadzieją na życie wieczne – historyk stara się opowiedzieć jak najwięcej, zaświadczyć, że to co było – było, bo daje się wysłowić. Pomiędzy faktem i faktem, jednym zdarzeniem opowiedzianym i innym zdarzeniem opowiedzianym rozciągają się galaktyki anty-faktów, czyli zdarzeń, o których niczego nie potrafimy (już/jeszcze) powiedzieć, więc zdarzeniami się nie stały. Historia przypomina nocne niebo: poszczególne gwiazdy dzielą miliony lat świetlnych. Tego i tego dnia wydarzyło się to i to. Ale pomiędzy tego i tego i to i to wydarzyło się jeszcze tamto i owo, i jeszcze tamto, i jeszcze owo, i tak przez dwadzieścia cztery godziny na dobę podniesione w nieskończoność przez poszczególne życia. Kronikarz mądry pokorą wobec czasu i słów powiedzianych, przyczajonych na końcu języka i słów nie dających się jeszcze wypowiedzieć, kronikarz-historyk marzy, by każda przeżyta chwila odnalazła się w porządku dnia jako cytat, i wie, że takie marzenie ziści się w chwili, w której zatrzyma się czas i otworzy wieczność, obrus na stole, wokół którego zasiadł On i uczniowie w Emaus, zajaśnieje nieziemską bielą i poderwie się do lotu, każda rzecz wróci na swoje miejsce i odzyska właściwą nazwę, a będzie to dzień Sądu Ostatecznego. 

Pisarz piszący przepowieści pokornie wsłuchuje się w znaki.


OKO DZIECIĘCIA, GRA


- Zajdź do Świętego Eustachego, wnijściem co z mego okna widzisz. W kaplicy po północnej stronie znajdziesz Rubensa Uczniów z Emaus. Na obrazie moment pochwycony, na wieczność się otwierający. Uczniowie Go poznali, kiedy chleb łamał. I obrus, który stół przykrywa, całunem się wydaje, chustą Weroniki. Bieleje, do lotu się zrywa.. Sodoma ten Paryż.

- Ładne miasto. Ciekawe.

- Londyn dobry. Paryż niedobry. Widziałeś go potem?

- Kogo, Julku?

- Mickiewicza.

- Nie. Po co? Korę widziałem. Kora płacze. Trzy siostry płaczą.


Mamo Kochana, wiesz jak szczerze piszę mój dziennik i w listach go do Ciebie szlę, piszę nawet głupie moje marzenia i nie raz śmiać się z nich musicie: Ty Matko moja i Babunia, i Dziadunio, i Hersylka. Rymgayłło znów siedzi u mnie, ze snu mię przebudził, w śnie moim ciało Słowem się stawało.

O przebaczenie prosił. Ja wybaczyć mu nie mogę, jako i uczynku jego z imieniem potąd złączyć piórem nie zdołałem i nie napisałem, Mamo Kochana, że Rymgayllo pobyt mi w Paryżu obrzydził i niczego w tym mieście dobrego już nie znajdę. Może Ci kiedyś o nim napiszę, a teraz oczy zamknąwszy, w myślach dziennik układam i na promieniach słońca krwawo za dachy odchodzącego Tobie posyłam.

Rymgayłło stoi przy kominku i milczy. Czuję, że chce mówić, lecz nie wie, czy go słuchać będę.

Pamiętasz, Matko moja, że kiedy Mickiewicz do Paryża zjechał napisałem Tobie, że nie pójdę do niego pierwszy, a było kilka osób którym mówił, że mnie chciałby widzieć, starano się sprowadzić nas gdzie razem i na wielkim obiedzie na Elizejskich Polach zeszliśmy się… On improwizował, ale dosyć słabo, a wyglądał jak to Mickiewicz, opuszczony i niedbały, w chustce źle zawiązanej, po liderlichowsku, z pomiętym od koszuli kołnierzem i we fraku zasmolonym, a ja chcę ujść powszechnej nagany, która nasz ród wystawia jako opuszczony i niedbały i nie chcę żeby mnie, jak jego, służący wzięli za lokaja i do domu gry nie wpuścili, a winienem dodać, że ja nigdy do domów gry nie chodzę – byłem tylko dwa razy.

Po obiedzie towarzystwo chodziło po ogrodzie, Mickiewicz do mnie przystąpił i zaczęliśmy sobie nawzajem mówić komplimenta. Mówił, że mnie znał dzieckiem i śmiał się na wspomnienie zejścia u nas w salonie z Janem Śniadeckim, który z wierszy jego na głos żartował na obecność Mickiewicza nie zważając, i że mu Malewski mego Szanfarego do oceny przysłał i tak zabrnęliśmy w komplimenta, a kiedy mu mówiłem, że go uważam za pierwszego poetę, jeden z Polaków stojący za mną i podchmielony powtarzał jak echo: „nadto jesteś skromny” i nachylając się ku nam bezustanku, pomięszał zupełnie rozmowę naszą.

Plater biegał i prosił nas artystów na wieczór do siebie, Chopin, sławny fortepianista, grał nam, gadaliśmy różne poezje, ale z Mickiewiczem już nie zeszliśmy się, ani tamtej nocy, ani później u Straszewicza, gdzie nudno było do drugiej w nocy, pod koniec jednak Chopin upił się i prześliczne rzeczy improwizował na fortepiano, a po kilku dniach na wieczorze, kiedy Stefan Witwicki przyjechał, pan Barateau, kuzyn męża nastarszej siostry Anals, którego tu uważają za wyrocznię, poezje moje francuskie przeczytawszy, głośno w towarzystwie wykrzyknął: Ak! si je savais ecrire des vers franfais comme vous! Mickiewicz jak zwykle z pomiętym kołnierzem zbliżywszy się do mnie, powiedział: „Jeżeli teraz co porodzę, to będzie zapewne o oku dziecięcia, którego dziś widziałem – na oku tym jest napis: Napoleon Empereur – i to oko ciągle tkwi w mojej pamięci”. Zdziwiłem się niezmiernie, że się jego imaginacja tak tym okiem, zapewne udanym, a może szklanym, dla wyłudzenia pieniędzy wsadzonym, zapaliła. W Paryżu gadają, że dziewczynkę podczas fet w jarmarcznej budzie od dawna pokazują: na jej powiekach daje się dostrzegać litery układające się w napis monety pół franka i że matka tej dziewczynki, będąc z nią w ciąży, zmuszona była konieczną potrzebą wydać dwa pieniądze: frank i pół franka, które długo i starannie chowała i wcale nie chciała się z nimi rozstawać. Ojciec, strażnik celny, z bojaźni długo ukrywał to zdarzenie. O tym udawaniu, grze, Kurier Wileński donosił, wolałbym, żeby Mickiewicz pisał o dziecku ze złotymi zębami, nudzą mnie ziomkowie, resztę wieczoru przegadałem z panienkami. Anais, Kora i Nelly wydają w tych dniach tom czwarty Mickiewicza zawierający trzecią część Dziadów. Jeszcze jej nie znam – ale Mickiewicz bardzo już ostygł w poezji. W rozmowach ciągle religią na plac wyprowadza – uniewinnia papieża, nawet bullę – słowem, że mi się jako obecnie żyjący człowiek nie podoba. Jeden z Polaków powtórzył mi zdanie Mickiewicza o moich dwóch tomikach … on powiedział, że moja poezja jest śliczna, że to gmach piękną architekturą stawiony, jak wzniosły kościół, ale w kościele Boga nie ma… Prawda, że śliczne i poetyczne zdanie? Podobne do jego sonetu Rezygnacja:


I serce ma podobne do dawnej świątyni,

Spustoszałej niepogód i czasów koleją,

Gdzie bóstwo nie chce mieszkać, a ludzie nie śmieją.


A on mi o oku dziecięcia. Złote zęby lepsze. I poszedł.

Ty chcesz, Rymgayłło, wybaczenia? Wyjeżdżam, chociaż mnie w jednym zgromadzeniu ziomków, moja Mamo, proszono na klęczkach, żebym został, ale już za późno. Kora płakała w drugim pokoju i słychać było łkanie, a kiedy weszła do salonu, czerwone miała oczy i siostry za rzecz potrzebną uznały powiedzieć, że ma mocny katar mózgowy. Bardzo ubolewałem.


KORA, KASZTY


Po co mi ten ambaras? Ja domy budować chcę. On na szezlągu leży. Oczy zamknął, ale przecie nie śpi. Taki silny, zdrowy, aż zazdrość bierze. Mówił, że z jednym szybkobiegaczem w zawody chodził, wszyscy dech stracili, a on mu kroku dotrzymał. Zienkowicza dogląda, co go suchoty całkiem na morybunda wyssały. Nie wiadomo co gorsze: suchoty czy franca. Na suchoty świeże powietrze pomaga, a franca mózg rozmiękcza. Kiedy zapalenie silne, na przeczyszczenie brać trzeba, a potem za dwa trzy dni kapsułki z kopaiwiany i wina nie wolno pić, mięsa mało jeść, tylko ciasto i kartofle, kawy nie wolno, tylko herbatę, ale potem zapalenie wraca i we łbie się miesza.

O swoich poezjach ciągle gada, owszem zgrabne, tylko trochę długie. Skąd on pieniądze bierze na przyodziewek modny ja się zastanawiam. Żeby caban sarde mieć z niebieskim podszyciem, co go na Sardynii robią, trzy tygodnie nie jadłem prawie. Taniej trochę wyszło, bo dwa kazałem robić, dla siebie i dla Ordona, ale Słowacki się nosi jak dandys! Szarawarki, trzewiczki, jedwabie, jak podszedł do nas w Ogrodzie Tuleryjskim w kamizelce w wielkie kwiaty, to się siostrom mocniej jeszcze spodobał, tylko mąż Anais wargę zagryzł ze śmiechu. Wręczył Korze sztambuch z miną taką, jakby jej worek tych ludwików wciskał, podjął pod ramię i coś jej szeptał pod pomarańczami, ona słuchała, głowę przekrzywiwszy, taką ją najbardziej lubię. Potem skłonił się i odszedł. Kora wróciła zamyślona, sztambuch pokazała, że wiersze po francusku wpisał. Mąż Anais kuzyna obiecał spytać, czy dobre. Kuzyn żurnalista.

Miłe te siostry, Polakom przyjazne. Sieroty, po ojcu zakład prowadzą, polskie książki składają. Kora ma czarne włosy, Anais rude, Nelly złote, w loki poskręcane. I czytają dużo romansów. O Julku najczęściej Kora gada, że on podobny do Oswalda. Ja  jej rzekłem, że nikt z naszych Litwinów ani Wołyniaków takiego imienia nie nosi, to ona w śmiech, że bohater powieści pani de Stael tak się nazywa i że to romans z wyższych sfer o prawdziwym dżentelmenie angielskim. Wstyd mię trochę zdjął, że o powieści nie słyszałem, bo romansów mało czytam, domy budować chcę, ale mnie Kora za rękę uścisnęła i poszliśmy z Tulerii przez Sekwanę do warsztatu, gdzie pusto przy niedzieli jakby na mogiłkach i farbą pachnie i ołowiem. Opuściła zasuwkę i znowu nam było inaczej niż zawczora, chociaż znowu na kasztach, bo ona na kasztach najbardziej lubi; na czcionkach w króbkach rozłożonych, na justunkowym materiale, mówi że to ją rozciąga, ach jak ją to rozciąga, fa m’itire! fa m’allonge! powtarza, ona Julka bardzo lubi, bardzo, za bardzo może nawet, bo niedawno jak w króbkach jego tomik leżał, farba nieobeschła na jej plecach odcisnęła wers: „Z tententem konia leci przez wrzosy … „. Najpierw prosiła, żebym tłumaczył, a potem do czysta wycałował.

A kiedy trzy siostry do warsztatu przychodzą, to się szarfami biało-amarantowymi przepasują i wtedy jeszcze bardziej domy chce mi się budować. Wybacz Julek, ja na tal obiad poszedłem dla ciebie, siostry prosiły, Kora szczególniej, sam mi gadałeś, że przez ciebie dostają panny gorączki z maligną, topią się, wariują, oczy wypłakują, a ty nadto jesteś skromny. Cały czas patrzyłeś na tego Mickiewicza, jakiś dziwny on i brudnawy, wszyscy się do niego pchali, ty się nie pchałeś, ale z nikim nie gadałeś i nic nie słyszałeś, ja podchodziłem do ciebie i cóżem gębę otworzył, ty nic – głuchy jak pilaster.

Pili my, naród pił, bo i na co mu przyszło, ten Mickiewicz też pił, a jak Plater zaczął biegać i na wieczór do siebie spraszać, już zdzierżyć nie mogłem, bo tam sami mężczyźni być mieli i chociaż z tym Mickiewiczem zacząłeś gadać, podszedłem i rzekłem, że nadto jesteś skromny i jeszcze rzec chciałem, że na ciebie czekają w warsztacie, żebyś ze mną szedł i żebyś się nie lękał, zdrowy jesteś, silny, kapsułki z kopaiwiany skuteczne, mnie

zapalenie przeszło, Kora płacze, ale jej też pomogą, złe smutki odgonimy, a tyś spojrzał na mnie, aż mi ciarki po plecach przeleciały …

Otwórz oczy, Julek, wybacz. Niepotrzebny ambaras.


KSIĄŻĘ NIEZŁOMNY, BUNT


- Umiesz po hiszpańsku, Rymgayłło?

- Nie umiem. Domy chcę budować.

- Calderona znasz?

- Nie znam.

- Po coś się wtrącił?

- Julek, ja…

- Już dobrze. Za późno. Kufry spakowane. Zienkowicz mnie pożegna, jeśli jeszcze zipie.


On ciągle stoi przy kominku, Kochana Mamo, ale nogami przebierać zaczyna. Powiek nie odmykam, wnętrznym okiem widzę. Spieszy się. Do Świętego Eustachego nie zaglądnie, bo po co wzrok przywykły do rachowania i rysunku wysilać. Zdrów jestem i czasem mam dnie wesołe, wtenczas idę do panienek wieczór pogawędzić i niestworzone o sobie – a najczęściej kłamane – zręcznie prawię anegdoty. Lubią mnie wtenczas i zdaje mi się, że wszystkiemu wierzą. Muszę się przyznać Mamie, że darowałem Korze prześliczny sztambuch, ma krew hiszpańską, imię amerykańskie – imię znajdziesz w romansie Coopera Ostatni Mohikanin. Ona mnie często zapytuje o Mamę. Kiedy jej mówiłem, że miłość chłopców ukształca, odpowiedziała mi że i panny bardzo się wykształcają. W Paryżu nie znają sztambuchów tak jak u nas dla przyjaciół poświęconych, starają się tylko o napisy ludzi sławnych, imię w świecie mających. Nawet rysunki powinny być szkicami przez sławnych malarzów zrobionymi. Jak to doskonale maluje próżność Francuzów – ten brak uczucia, nawet w kobietach. U tych panien mam opinią niepospolitego poety, stąd silnie napierały się, abym co napisał po polsku w sztambuch, ale ja go odniosłem z wierszami francuskimi. Nie mogły panienki same zgadnąć czy te wiersze są dobre czy nie, dopiero kiedy je pokazały jednemu z francuskich poetów, kuzynowi męża Ana’is, i gdy ten je pochwalił, panny tysiąc komplimentów, tysiąc ekstazji z powodu wierszy powiedziały mi…

Jadę, Kochana Mamo, do Szwajcarii, jak w Paryżu było – wiernie Ci opiszę. Ty gniewasz się na mnie, że nic o pannie Korze nie wspominam, milczenie moje nie dowodzi, abym się szczerze zakochał. Przez grzeczność kiedyś powiedziałem, że ją kocham, ona mi przyznała, że mnie także kocha, a wtedy zapytałem ją co zrobi kiedy ją kochać przestanę, odpowiedziała mi że się utopi, a kiedy przechodziliśmy z Tuleryjskiego Ogrodu królewskim mostem przez Sekwanę z siostrami i z panem Barateau, zatrzymawszy się, spytała: Z którego mostu la duchesse de Guiche rzuciła się w Sekwanę? Ona dużo czyta, Mamo, młoda, ma lat piętnaście i coś hiszpańskiego w twarzy. Postanowiłem dowieść jej, że się ani nie zabije, ani nie utopi, chociaż ją kochać przestanę. I zacząłem kaprysić, przyprowadzałem do gniewu, dawałem uczuć, że jeszcze dziecko – słowem mściłem się na niej za wszystko, co kiedykolwiek od wietrznic, jak mówi Bohdan Zaleski, ucierpiałem. Nie wiem z jakiej przyczyny, ale wpadła w gorączkę, w gorączce miała delire. Ona płakała, gdym się żegnał.

Oko dziecięcia! Złote zęby lepsze, on ostygł w poezji. Ostygł. Co tak pachnie? Sierść jagnięcia przypalona? Targowisko pode mną, hale.

- Muszę …

- Idź. I buduj domy.


CUDZYSŁOWY, PŁOT


Gdzie tu wcisnąć cudzysłów? Słowa Słowackiego przepowiedziane przeze mnie tej przepowieści to „prawdziwe” cytaty z listów do Matki. Tylko że Słowacki też cytował i cytował. Siebie cytował przede wszystkim, to znaczy budował słowami przepowieść o sobie dla Matki, dla Babuni, dla Dziadunia, dla Hersylki i dla kogoś jeszcze. Przepewiadając siebie, opowiadał, jakim chciał być w oczach Salomei Becu. Jakim? Wielkim.

Pod każdym względem: wielkim poetą języka polskiego, którego wszyscy ziomkowie kochają i poważają, i proszą, by „największy z poetów polskich” zechciał coś deklamować, a kiedy już ten poeta się zgodzi, jak na przyjęciu u Juliena, to poeta „rzuca całym zgromadzeniem” i takie wrażenie robi, że „trudno opisać”. Wielkim poetą języka francuskiego, któremu francuscy poeci zazdroszczą, że on lepiej od nich po francusku wiersze składa, wielkim poetą języka angielskiego, którego w Londynie potrafili docenić. Wielkim poetą – po prostu, który dowiedziawszy się o śmierci Goethego pomyślał sobie, li Pan Bóg zabrał Goethego z tego świata, „aby dla mnie, wydającego poezje, miejsce zrobił na świecie”.

Ale od razu pojawia się cudzysłów. Mocniej lub słabiej zaznaczony, ale jednak wciśnięty. W wypadku śmierci Goethego mocniej: „Matko moja, widzisz jak szczerze piszę ten dziennik, piszę nawet głupie moje marzenia”. Dwuznaczny ten cudzysłów: odgradza i oddala, ale też ukrywa. Co? „Głupie marzenia”, żeby przepowiedziane się ziściło,  czyli żeby cudzysłów zniknął niepotrzebny , żeby wyłamać sztachety oddzielające od zakazanego sadu, łąki, trawy. Jabłoni? Sztachety cudzysłowów odgradzają, ale i odsłaniają – prześwit. Do niego ciągnie, ten prześwit rozciąga, turbuje. Za płotem z cudzysłowów wzywa – skoro padło imię Goethego, to niech będzie dopowiedziane, że nie  padło przypadkowo, bo żadne słowo nie pada przypadkowo w tej przepowieści – „złote żywe drzewo życia”. To cytat.

Słowacki ustawiał w listach do Matki słowa w cudzysłowiach. „Zdobywał się na dystans” – pozostawiając w wymownym pozasłowiu, w przemilczeniu, błagalny jęk o siebie. Pani Salomea tę grę najprawdopodobniej rozumiała, jestem pewien, że rozumiała, co chciał jej syn powiedzieć, a raczej czego powiedzieć się lekał lub – choć tak wybornie składał słowa – wysłowić (jeszcze) nie umiał. Co pragnął przed nią ukryć, co zasłaniają powtarzane zapewnienia o absolutnej – wobec „Kochanej Mamy” – szczerości? Kochana Mamo – nie-pisał, to znaczy pisał przemilczeniem, bo jedynie milczenie, zapomniana „przez panów gramatyków” (to Norwid) część mowy cudzysłowem się nie kazi – ja wiem, że Ty wiesz, że ja się przepowiadam lepszym niż jestem w rzeczywistości, sławniejszym, zdrowszym, piękniejszym, ale ja takim jakim się przepowiadam chcę być naprawdę.

Ja chcę być naprawdę!

Mamo Kochana jak być naprawdę?

Słowacki wciskał cudzysłowy licząc po cichu na cudzo-słowny cud.

Naprawdę było tak, że nikt go nie kochał, współcześni uważali Słowackiego (z nielicznymi wyjątkami) za marnego, najwyżej przeciętnego poetę i za człowieka nie bardzo dobrego, czyli pyszałka. I jeszcze ten stosunek do kobiet! W listach do Matki (i da Odyńca) Słowacki przepowiadał siebie w roli wielkiego uwodziciela, przed którym kobiety mdleją, do którego wzdychają i zakochują się w nim do nieprzytomności, pragną się dla niego zabijać, a on – nic. Słowacki przepowiadał, że gdziekolwiek się pojawiał – siał pośród kobiet spustoszenie. Swoje cudzysłowy odgradzające słowa od życia upychał w listach do Matki bardzo nieudolnie, naiwnie – aż wstyd. Ale się nie wstydził, bo prezentując się pani Salomei jako największy w Paryżu uwodziciel, więcej nawet – jako uwodziciel nikczemny, macho, Tarzan, pierwszy Casanova i Ostatni Mohikanin, potwór, diabeł wcielony wiedział lub przeczuwał tylko, że Matka nigdy nie potraktuje jego przepowieści poważnie, bo Juliusz Słowacki kochał tylko Matkę i słowa o erotycznych podbojach utwierdzały ją i jego w przekonaniu o głębinowej i niepodważalnej mocy ich wzajemnego związku. Myśl o ożenku przerażała zresztą Słowackiego nie mniej, niż widmo stosunku płciowego. Zakochane w nim – jak opowiadał – panny uczył najwyżej języka: francuskiego – w Dreźnie, polskiego – w Paryżu. Słowacki wybrał słowa. O tym przerażeniu pisał do Matki prawie wprost: „Życie moje [w Paryżu], jak mówiłem, jest bardzo jednostajne. Z rana wstaję o godzinie 10, piję herbatę w domu i idę czytać gazety. O czwartej idę na obiad, gdzie się schodzi wielu Polaków, tam się zawsze widzę i gawędzę z godzinę z Antonim Goreckim, dawniej pierwszym poetą, jest on teraz w Paryżu, przyjechał z Drezna, zrobił mi wielką przyjemność przywożąc ukłony od ładnej Saksonki, córki mojej gospodyni; trzeba wam wiedzieć, iż Gorecki mieszkał w tym samym co ja pomieszkaniu i ta panienka zamiast odpowiadania mu na jego sentymenta, o mnie mu ciągle robiła pytania; znudzony tem powiedział jej, że ja się żenię w Paryżu. Bojąc się zatem, aby ta plotka do was nie doszła i nie przeraziła was, muszę jej tu zaprzeczyć”.

Przepowieść dla Odyńca brzmiała znacznie drapieżniej, ale Słowacki otoczył ją cudzysłowem gęstym jak ostrokół: „A teraz wstydzę się powiedzieć co robię – oto jak szatan obłąkiwam młodą, 16 letnią panienkę – która już od dwóch dni ma gorączkę z maligną. – Otóż to jeszcze diament do moich wspomnień – brakuje tylko, żeby zwariowała. – Bogdaj to zawsze Saksonki po francusku uczyć – dobre stworzenia, a ta, co teraz w moje szpony popadła, urodzona w Bordeaux, ma twarz Hiszpanki i krew hiszpańską, i imię amerykańskie – imię znajdziesz w romansie Coopera Les Mohicans.

- Ale dosyć tych bredni – oto pytałeś się, co tu druk kosztuje”.

Maska, cudzysłów, gra. Kamizelka w wielkie kolorowe kwiaty, szarawarki jedwabne, buciki, laska, itd. to też obce słowa przepowiadane, czyli pokazywane i obnoszone w Ogrodzie Tuleryjskim jako cytat z niedokończonej, bo nie dającej się zapisać, opowieści. Słowacki grywał role również strojem: partie angielskiego dżentelmena lub dandysa; ubierał się w przyodziewek z dystansem, jakby cytował cudzy tekst. Przepowiadał i mnożył cudzysłowy, a kiedy się mu wydało, że trochę z mnożeniem cudzysłowów przesadza – smak poetycki i gust raczej go nie zawodził – wtedy dopisywał, jak w wypadku przepowieści o tajemniczej i kulawej dziewczynie z cmentarza Pere-Lachaise lub w wypadku opowieści o dziewczynce z bukietem groszków, która usługiwała Słowackiemu i Zienkowiczowi w Wersalu – „pewno śmiać się ze mnie będziecie”.

O cudzysłowie – w listach do Matki – zapomniał dwukrotnie. Zapomniał albo chciał zapomnieć. Po raz pierwszy – gdy w czwartek, 12 kwietnia 1832 roku z drukarni Pinarda (właściciel zmarł, zakład prowadziły trzy córki Pinarda) wyszły jego tomiki poezji. Tego dnia Słowacki czuł się w pełni sobą i nie potrzebował cudzysłowów. Zdawało mu się przez krótką chwilę, że wyrwał wszystkie kołki w płocie, wybiega na łąkę i obejmuje drzewo, więc pozwolił sobie nawet na niewinne, ale oczywiste kłamstwo: „Mam Poezje moje i pierwszy dzień ich wyjścia, był dla mnie źródłem nieskończonych przyjemności [...] Dziś zobaczyłem u Pinarda rejestr ludzi sławnych zawartych w biografii Contemporains, a pod literą S. taki porządek: Skrzynecki Jan, Słowacki Euzebiusz, Słowacki Juliusz, Smuglewicz Franciszek, Śniadecki Jan, Śniadecki Jędrzej; widzicie że w dobrym jestem towarzystwie. Ucieszyło mnie to bardzo. Jest to nasławniejsza biografia. [...] Wiem, Kochana Mamo, że Tobie to zrobi przyjemność, że kiedy będą chwalić Julka, to wreszcie uwierzysz, że to nie czynią osoby dla oszukiwania łatwowiernej kochającej Matki”. I Słowacki zaszedł do warsztatu, by bawić trzy siostry słowem.

Skłamał. W biografii sławnych ludzi wydanych onego czasu w Paryżu jego nazwiska brak. Co prawda Rodacy planowali jakieś uzupełnienia, ale nic z tego nie wyszło. Wstarczy zajrzeć do przypisów Eugeniusza Sawrymowicza w Korespondencji. Nazwiska nie było, ale on go Matce nie przepowiedzić nie umiał.

Drugi raz zapomniał cudzysłowu, gdy pisał o Kutasie, a pisał kilkakrotnie: „Matko Kochana widząc jak to wiele ludzi teraz mnie lubi i mnie kocha, i mogę powiedzieć uwielbia, nie wstydziłabyś się swego syna. Kłaniałem się kutasom u butów, które mnie przyjęły; wy je uwielbiacie, szczęśliwi. Nie wiecie, co to jest bliższe poznanie ludzi, jest to Zeprophete voili de Karashan tak go nazywamy ze Skibickim. [...] Przez cały czas bardzo dobrze się prowadzę, żadnych zbytków i wyboczeń. Nie mam czasu nic czytać. Nic nie piszę, to dowodzi, żem zdrów i silny. [...] Przyszedł wieczór; ogromne zgromadzenie, mnóstwo dam polskich i francuskich, młodych i ładnych. La Fayette prezydował; wszyscy czytali po francusku, kutasy także, czytano wiersze francuskie, potem  na końcu wiceprezes obracając się do zgromadzenia rzekł, że towarzystwo uprosiło największego z poetów polskich [podkreślenie Słowackiego], aby po polsku deklamował, a stąd wzywa pana S., aby zasiadł miejsce. Pan S. nie zasiadł, lecz stojąc mówił… Cóż, trudno opisać; rzucałem całym zgromadzeniem, potem rozłamałem wiersz ody i powiedziałem jedną śliczną historyczną powieść w trzynastu wierszach, znów wróciłem do ody i zakończyłem myślą z Lambra wyjętą. [...] Francuzi mówili, że z taką duszą deklamowałem, że wszystko zrozumieli prawie. Kiedy po skończeniu spojrzałem na tłum dam, obaczyłem oczy jednej ślicznej tak impertynencko zwrócone ku mnie, że moje musiałem odwrócić, i znów spojrzałem, i jeszcze to samo spojrzenie; żeby tak długo, to bym zwariował”.

Salomea Becu przy słowie „kutas” dopisała wyraźnie: „Lelewel”. „Le prophete  voile de Korashan” – to (jak ustalił Eugeniusz Sawrymowicz) aluzja do tytułu pierwszą opowieści z poematu Moora Lalla Rookh pt. The Veiled Prophet oj Khorassan. Bohaterem opowieści jest potwór odgrywający rolę bóstwa, mający stale zasłoniętą twarz. Stosunek Słowackiego do Lelewela cudzysłowu nie wymagał, ale był cytatem z wiersza Mickiewicza: Popas w Upicie. (Zdarzenie prawdziwe):


Obok siedział młody,

We fraku z samodziału, krojem nowej mody,

Fryzował sobie czubek, kołnierzyk, a czasem

Bawił się pływającym u buta kutasem,

Lub żartował z sąsiada, którego płaszcz długi

I krzyż czerwony znakiem kościelnego sługi.


Słowacki nie potrafił się od cytatów wyzwolić nawet wtedy, kiedy pisał Matce wprost prawdę (swoją prawdę) o ludziach, którzy – zgodnym zdaniem autora i czytelniczki stale nosili na twarzy maskę.


A Fulgenty Rymgayłło? Cudzysłowu nie wciskał. Co napisał – cytowałem. Dla niego drzewo – to drzewo. Obrus – to obrus: biały albo haftowany, wykrochmalony lub brudny. Fulgenty Rymgayłło miał szczęście: żył najlepiej i najgodniej, jak umiał, chociaż musiał żyć w Paryżu jak większość emigracyjnego bractwa skazanego – jak pisała Alina Witkowska – na „wspólnotę samotnych mężczyzn” dziesiątkowaną przez nędzę, pojedynki, suchoty i francę. Fulgenty Rymgayłło się nie poddał: wyuczył architektury, pewno spotykał panny, mężatki lub wdowy, które starały się go pocieszać jako Polaka i mężczyznę, a on – pocieszał bardziej strapionych od niego. I wybiegł na łąkę, objął pień.

Fulgenty Rymgayłło serce miał dobre i rękę pewną: budował domy. Wzniósł dwór w Pogryżowie.

Tekst ukazał się w „twórczości” w sierpniu 2000 roku, autorem jest Krzysztof Rutkowski.

 

 
Komentarze (2)

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz

 

 
  1. magrela

    11 listopada 2008 o 01:28

    skąd taki wybór? skąd Rymgayłło?

     
  2. dictaphone

    11 października 2012 o 07:45

    dictaphone…

    „…jednak Chopin upił się i prześliczne rzeczy improwizował…” | nacodzien blog…

     
 

  • RSS