RSS
 

Elegia

30 sie


elegia
poet. muz. utwór liryczny o charakterze poważnym, melancholijnym. Etym. - gr. elegeía ‚pieśń żałobna; elegia, utwór pisany dystychem (elegijnym)’ od élegos ‚pieśń żałobna a. lamentacja z towarzyszeniem fletu’. (Kopaliński)

„Elegia” Isabeli Coixet to sprawnie nakręcony film. Historia oparta na ksiażce Philipa Rotha, pono najlepszego pisarza amerykańskiego ostatnich lat (wstyd przyznać, ale jeszcze nic z Rotha nie czytałem; kiedyś dostałem jego książkę na urodziny, chyba komuś pożyczyłem, bo na półce nie mogę znaleźć). To film trochę przegadany, z prawie hollywoodzkim zakończeniem. Film nierówny – momentami opowiada, żeby prosto napisać, minusy życia w „naszych czasach”. Innym razem to dość sprawna właśnie historyjka -szanownay profesor, publikujący z „The New Yorkerze” (który w Stanach ciągle jest tym, czym w Polsce kiedyś był „Tygodnik Powszechny”) zakochuje się w swojej studentce, młodszej o trzydzieści kilka lat. Ona dość trzpiotowata, ale dojrzała. W tej roli Penelope Cruz która, niestety, wypada w pierwszej części filmu dość nieprzekonywająco. Problem mam taki: o ile wiemy, jaka jest Penelopa i za co uwielbił ją Almodovar, o tyle te właśnie cechy musi grać. Inaczej: Cruz jakby straciła swoją spontaniczność, za którą ją pokochaliśmy, teraz musi ją nadrabiać aktorstwem, ale sztuczka jest wyczuwalna. Inaczej z Benem Kingsleyem w roli profesora. Mam do niego słabość, nic dziwnego więc, że uznałem jgo rolę w filmie za niemal fenomenalną. Gra w gruncie rzeczy człowieka zagubionego i samotnego. Oczywiście po rozwodzie, syn go nienawidzi (sam jest zresztą dość ciapowaty – kiedy nawiązuje romans, od razu mówi o tym żonie, bo przecież „nie mógłby jej okłamać”, jakby takie sprawy były czarno-białe). Kiedy nawiązuje znajomość ze studentką, z dużym zdziwieniem zauważa, że się zakochuje. Ta myśl go przeraża, martwi też fakt dużej różny wieku. W końcu sabotuje swoje szczęście (co widać jest popularniejsze niż sądziłem), niszczy związek. Kiedy niedługo później umiera jego najbliższy przyjaciel wydaje się, że żyje tylko siłą rozpędu. Ze swoją od 20 lat kochanką w końcu szczere rozmawia, po raz pierwszy. I to jest przykra rozmowa, ukazująca, że siedzi w każdym z nas przyczynek do depresji, rzecz polega na tym, by jej nie rozwijać, siłą woli i okłamywaniem. Bo profesor sam siebie okłamuje – jest bardzo słabym kłamcą, a kłamie często, ze strachu. Okłamuje też siebie, np. kiedy mówi, że jego ze studentką związek kończy się, bo „ona chciała pójść dalej”, już bez niego.
W filmie, a pewnie i książce Rotha („The Dying Animal”), jego postać prezentuje przeciętnego „ja”. Który boi się szczęścia, więc sam je niszczy, który okłamuje się by nie popaść w depresję, chociaż już od dawna w niej jest zatopiony. Który chciałby być dobrym człowiekiem, uczuciowym, ale ma skazy, które dla świata przedstawić chce jako zalety, coś pożądanego i błahego zarazem.
Roth mógł napisać taką książkę, a Croixet nakręcić ją też z tej prostej przyczyny, że to dobrze się sprzeda. Nie zarzucam im, że tylko chęć zysku nimi kierowała, ale to tematy oklepane i tzw. cheesy. No bo zastanówcie się – stary profesor zakochuje się w studentce… Nic nowego. Rzecz polega na tym, by sprawnie taką historię opowiedzieć. Ten film robi to sprawnie.


 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz

 

 
 

  • RSS