RSS
 

Archiwum - Sierpień, 2008

Międzynarodowy Dzień Bloga

31 sie





Podobno w zwyczaju jest podczas Międzynarodowego Dnia Bloga (dzisiaj) zaprezentować na swoim blogu pięc adresów blogów, które się czyta. No więc zrobię to, niespecjalnie siląc się na oryginalność, ponieważ adresy w większości mieszczą się w linkach po prawej.

Pierwszy to na pewno blog Lecha Bukowskiego,
http://lechbukowski.blog.onet.pl/
, na którym znajdziecie ciekawe eseje na temat sztuki, czasem filozofii, często też bardzo żartobliwe kompilacje np. zdjęć czołowych polityków i piosenki a to operowej, a to ulicznej. Rzadko spotykane, skanowane chyba, eseje są największą nagrodą która spotka czytelnika po wklikaniu się w powyższy adres.

Blog drugi, na który zaglądam może o wiele rzadziej, ale który z pilnością czytam (wpisy nie są regularne). To blog Artura Sporniaka, który bardzo interesująco pisze o przecięciu się rzeczywistości Kościoła, seksu i moralności, ale nie sucho i odstręczająco pojmowanej. Sporniak pod adresem:
http://sporniak.blog.onet.pl/
.

Kiedyś częściej przeglądałem Archeowieści, ostatnio po dłuższej przerwie wróciłem do tego obyczaju. Niedługie, ale bardzo interesujące notki ze świata archeologii, paleontologii, historii. Wszystko to pod adresem:
http://archeowiesci.blox.pl/html
.

Nierzadko lubię posłuchać Janusza Korwin-Mikkego. Oczywiście jest on niemałym oszołomem, choć to wyprane słowo, ale od czasu do czasu bardzo trafnie punktuje absurdy naszej codzienności. Jego spostrzeżenia tutaj:
http://korwin-mikke.blog.onet.pl/
.

Od niedawna istnieje blog, na którym bardzo bliska mi osoba pokazuje jak przebiega jej wojaż przez najpotżęniejsze państwo świata. Państwo mocne też swoim pięknem. Zakochany jestem w wyimaginowanym i wyidealizowanym świecie tzw. pasa biblijnego w Stanach, czyli małe miasteczka na zboczach ogromnych masywów górskich, a w miasteczkach ludzie przyjaźni, religijni i ciężko pracujący. Takie miejsca otaczają najstarszy na świecie park narodowy, Yellowstone. Zdjęcia z parku i okolic, bardzo ładne zdjęcia bardzo ładnych okolic pod adresem:
http://teskniezapatrykiem.blog.onet.pl/
.

Jest jeszcze kilka innych blogów, które przeglądam rzadziej. Część z nich wymarła, kiedyś często uakutalniane teraz nie mają nowych notek od miesięcy. Niektóre czasem powracają do życia, jak blog Ewy Bieńczyckiej, który lubię czytać ze względu na niepopularne poglądy na sztukę i literaturę. Raczej nie szukam blogów, znajujduję je więc przypadkowo.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Elegia

30 sie


elegia
poet. muz. utwór liryczny o charakterze poważnym, melancholijnym. Etym. - gr. elegeía ‚pieśń żałobna; elegia, utwór pisany dystychem (elegijnym)’ od élegos ‚pieśń żałobna a. lamentacja z towarzyszeniem fletu’. (Kopaliński)

„Elegia” Isabeli Coixet to sprawnie nakręcony film. Historia oparta na ksiażce Philipa Rotha, pono najlepszego pisarza amerykańskiego ostatnich lat (wstyd przyznać, ale jeszcze nic z Rotha nie czytałem; kiedyś dostałem jego książkę na urodziny, chyba komuś pożyczyłem, bo na półce nie mogę znaleźć). To film trochę przegadany, z prawie hollywoodzkim zakończeniem. Film nierówny – momentami opowiada, żeby prosto napisać, minusy życia w „naszych czasach”. Innym razem to dość sprawna właśnie historyjka -szanownay profesor, publikujący z „The New Yorkerze” (który w Stanach ciągle jest tym, czym w Polsce kiedyś był „Tygodnik Powszechny”) zakochuje się w swojej studentce, młodszej o trzydzieści kilka lat. Ona dość trzpiotowata, ale dojrzała. W tej roli Penelope Cruz która, niestety, wypada w pierwszej części filmu dość nieprzekonywająco. Problem mam taki: o ile wiemy, jaka jest Penelopa i za co uwielbił ją Almodovar, o tyle te właśnie cechy musi grać. Inaczej: Cruz jakby straciła swoją spontaniczność, za którą ją pokochaliśmy, teraz musi ją nadrabiać aktorstwem, ale sztuczka jest wyczuwalna. Inaczej z Benem Kingsleyem w roli profesora. Mam do niego słabość, nic dziwnego więc, że uznałem jgo rolę w filmie za niemal fenomenalną. Gra w gruncie rzeczy człowieka zagubionego i samotnego. Oczywiście po rozwodzie, syn go nienawidzi (sam jest zresztą dość ciapowaty – kiedy nawiązuje romans, od razu mówi o tym żonie, bo przecież „nie mógłby jej okłamać”, jakby takie sprawy były czarno-białe). Kiedy nawiązuje znajomość ze studentką, z dużym zdziwieniem zauważa, że się zakochuje. Ta myśl go przeraża, martwi też fakt dużej różny wieku. W końcu sabotuje swoje szczęście (co widać jest popularniejsze niż sądziłem), niszczy związek. Kiedy niedługo później umiera jego najbliższy przyjaciel wydaje się, że żyje tylko siłą rozpędu. Ze swoją od 20 lat kochanką w końcu szczere rozmawia, po raz pierwszy. I to jest przykra rozmowa, ukazująca, że siedzi w każdym z nas przyczynek do depresji, rzecz polega na tym, by jej nie rozwijać, siłą woli i okłamywaniem. Bo profesor sam siebie okłamuje – jest bardzo słabym kłamcą, a kłamie często, ze strachu. Okłamuje też siebie, np. kiedy mówi, że jego ze studentką związek kończy się, bo „ona chciała pójść dalej”, już bez niego.
W filmie, a pewnie i książce Rotha („The Dying Animal”), jego postać prezentuje przeciętnego „ja”. Który boi się szczęścia, więc sam je niszczy, który okłamuje się by nie popaść w depresję, chociaż już od dawna w niej jest zatopiony. Który chciałby być dobrym człowiekiem, uczuciowym, ale ma skazy, które dla świata przedstawić chce jako zalety, coś pożądanego i błahego zarazem.
Roth mógł napisać taką książkę, a Croixet nakręcić ją też z tej prostej przyczyny, że to dobrze się sprzeda. Nie zarzucam im, że tylko chęć zysku nimi kierowała, ale to tematy oklepane i tzw. cheesy. No bo zastanówcie się – stary profesor zakochuje się w studentce… Nic nowego. Rzecz polega na tym, by sprawnie taką historię opowiedzieć. Ten film robi to sprawnie.


 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Summer Love

29 sie

Polski western Piotra Uklańskiego, w którym pojawili się między innymi Bogusław Linda, Katarzyna Figura, znakomity Karel Roden i Val Kilmer w roli trupa. Niezwykłe dzieło. Pierwszy film pełnometrażowy artysty, który mieszka w Stanach Zjednoczonych od początku lat 90.
Jeden z dziwniejszych filmów, jakie ostatnio widziałem. Ni to groteska, ni to prześmiewcze względem westernów dzieło. Trochę jakby wyśmianie polskiego ciążenia ku Zachodowi, sugerowania się Zachodem. Pod względem intelektualnym i, rzekłbyś, duchowym, Polacy z marazmu lat 90., kiedy jeden ośrodek myślenia miał duży wpływ na wyobraźnię Polaków (ale nie monopol, jak chcą niektórzy), wyszli. Zachód już nie jest mityczny. Coraz więcej Polaków widziało plusy i minusy pędzącego kapitalizmu, film Uklańskiego jest więc trochę spóźniony. To taka trochę trawestacja filmu z czasów PRL-u o tytule „Karate po polsku”. Oglądamy tamten film z uśmiechem na twarzy, może trochę z rzewnym sentymentalizmem. Uklański jest ostrzejszy, ale też zabawny – celowo, w odróżnieniu od polskiego karateki rewolwerowcy Uklańskiego to postaci cokolwiek tragiczne.
Szeryf, który mieszka w miasteczku z trzech budynków (i szaletu) się składającego dni spędza w saloonie, gdzie miejscowa gawiedź leje go po gębie (szeryf ma zakryte oczy). Kogo zaczerwieni krew z szeryfowych ust ten przegrywa. W tej roli znakomity Bogusław Linda, który w kaburze zamiast rewolweru ma oczywiście flaszkę whiskey (swoją drogą podejrzanie jasnej, u Uklańskiego wygląda raczej na samogon). Katarzyna Figura, żona (?) szeryfa, oddaje się od razu Rodenowi, tajemniczemu rewolwerowcowi, który przybywa do miasteczka po nagrodę (przywozi z sobą właśnie trupa, w tej roli fantastyczny Val Kilmer). Nie ma tu bohaterszczyzny czy niesamowitych pojedynków najszybszych zabójców. Tropienie zbiegłego Rodena czy próba zabicia go w komicznej scenie rozbrojenia nie tylko budzą szczerą radość widza, ale także troszkę martwią – to tak zrobilibyśmy polski western? Wyglądałby jak angielski w wykonaniu polskich aktorów, słowa wypowiadane koślawo, niewyraźnie, czasem niezrozumiale. Fakt, że Uklański zdecydował się na angielski też ma duże znaczenie. Czy to obraz Polaków czy może Polacy w jakimś krzywym i przybrudzonym zwierciadle, to dyskusja dla antagonistów z „Gazety Wyborczej” i „Rzeczpospolitej”, film natomiast oryginalny, ciekawy, dodatkowo wsparty świetną muzyką Indii Czajkowskiej.


 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

„Lala”, rozdział 6, czyta Jacek Dehnel

27 sie

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Thérèse reveillée – Baltazar Kłossowski

26 sie

Balthus znał angielski, francuski, niemiecki, japoński i włoski. Nie znał polskiego, czym rozczarował Jana Pawła II podczas audiencji w Watykanie.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Witkacy się nie zabił

26 sie

Część rozmowy z Jackiem Koprowiczem, która opublikowana została w „Dużym Formacie”, reporterskim dodatku do „Gazety Wyborczej” z dnia 25 sierpnia.

W latach 80. w Zespole „Tor” Krzysztofa
Zanussiego nakręcił pan trzy filmy: „Przeznaczenie”, „Medium” i
„Alchemika”. Po latach wraca pan z nowym projektem – „Mistyfikacją”. O
czym to będzie?

- Od dawna jestem zafascynowany
Witkacym. Zaraz po „Przeznaczeniu”, o Kazimierzu Przerwie-Tetmajerze,
miałem robić film o Witkacym. Ale ponieważ już pierwsza scena była,
delikatnie mówiąc, skandaliczna, od razu mi powiedziano, żebym dał
sobie spokój. Scenariusz zaczynał się od zabawy między Witkacym, jego
narzeczoną Janczewską i Szymanowskim. Witkacy wystawił Janczewską
Szymanowskiemu, a ta dowiedziała się, że między Witkacym i mającym
homoseksualne predyspozycje Szymanowskim także istnieje intymna więź.
Bo Witkacy, z ciekawości, musiał dotknąć wszystkiego.

Potem
Witkacy cynicznie wyrzucał Janczewskiej zdradę z Szymanowskim. I
zapowiedział, że idzie się zabić w góry. Tymczasem ukrył się z
Szymanowskim w pensjonacie matki, gdzie przez trzy dni pili i zabawiali
się z panienkami. Ponieważ Staś nie wracał, Janczewska, przekonana o
jego śmierci, trzeciego dnia sama poszła w Tatry i strzeliła sobie w
głowę.

Do Witkacego próbowałem wrócić w roku 1988, gdy odbyła
się słynna ekshumacja jego zwłok, które ostatecznie okazały się
prochami 30-letniej ukraińskiej kobiety. Autentyczność szczątków musiał
potwierdzić ktoś z rodziny. Ministerstwo Kultury zwróciło się o to do
kuzyna z linii brata ojca Witkacego – wówczas znanego śpiewaka
operowego. On się od razu zorientował, że to nie Witkacy, ale zagrożono
mu, że jeżeli nie podpisze, że to jednak Witkacy, to więcej nie
zaśpiewa. No i podpisał.

Dlatego w Zakopanem, w grobie matki
Witkacego, złożono szczątki Ukrainki. Wtedy zacząłem interesować się
osobą, która była z Witkacym do 17 września 1939 roku – jego muzą i
ostatnią wielką miłością Czesławą Oknińską.

Wtedy mieli popełnić samobójstwo, jednak muza przeżyła.

-
Tak, ale w tej historii istnieje luka. Dlatego na użytek filmu można
stworzyć rzeczywistość mityczną. Domniemywać, co tak naprawdę się wtedy
wydarzyło. W 1939 roku Witkacy był człowiekiem zniszczonym – chorował
na wątrobę, nerki, był otyły, nie miał zębów. Uciekając na wschód,
Witkacy i Oknińska dotarli na Polesie, do miejscowości, która nazywa
się dziś Wielkie Jeziora. Zamieszkali w domu rodziny nauczycielskiej,
fanów Witkiewicza. Ci byli gotowi zrobić dla niego wszystko. 17
września Witkacy, dowiedziawszy się o wkroczeniu wojsk sowieckich,
postanawia odebrać sobie życie. Wraz z Oknińską, która też zamierza
popełnić samobójstwo, wyrusza na wielokilometrowy spacer w głąb lasu.
Oknińska wraca z niego sama. Twierdzi, że zwymiotowała środki nasenne,
które połknęła, bo popiła je wodą z kałuży. Jest w malignie, budzi się
dopiero dwa czy trzy dni później. Wtedy jest już po pogrzebie
Witkacego. Oknińska nigdy nie widziała zwłok. Raz twierdzi, że była
świadkiem tego, jak Witkacy poderżnął sobie żyły. Innym razem
zaprzecza. Wielokrotnie zmienia zeznania na ten temat. Jedno jest
pewne: gdy odkopano grób Witkacego, w trumnie nie było jego ciała.
Czyżby kopano w niewłaściwym miejscu? A może…?

Przyjmuję w scenariuszu, że samobójstwo Witkacego to mistyfikacja.

putBan(62);

Co jeszcze na to wskazuje?

-
W latach 50. pojawia się pierwsza kartka pocztowa, którą Witkacy wysyła
do Zuzy, swojej kochanki z Zakopanego, narzeczonej fryzjera. Gdy
Witkacy ją uwiódł, fryzjer biegł za nim z brzytwą, żeby pozbawić go
męskości. Kartka sprawia, że Zuza zastanawia się, czy Witkacy żyje i
ukrywa się u Oknińskiej. Na kartce jest napisane: „Ratuj, błagam cię,
jestem u kresu”. Po paru latach pojawia się następna kartka, i kolejna.
Wtedy jeszcze nikt nie wie, że Witkacy antydatował kartki. Przekazywał
je przyjaciołom w formie rozkazu – rozerwać kopertę, w środku jest
kartka, masz ją wrzucić do skrzynki w określonym roku. Podobno są
kartki Witkacego do wysłania w 2000 którymś roku.

Więcej dowiedziałem się po spotkaniu z historykiem z IPN. Rozmawialiśmy o śmierci pisarza Jerzego Zawieyskiego.

Zawieyski w kwietniu 1968 roku wystąpił w Sejmie w obronie wieców studenckich.

-
SB zaczęła go inwigilować. Zawieyski od 30 lat był związany ze
Stanisławem Trębaczkiewiczem. SB robi im intymne zdjęcia, które wysyła
Zawieyskiemu. Gdy otwiera przesyłkę na poczcie, dostaje wylewu.
Zabierają go do lecznicy rządowej, nieprzytomnego i sparaliżowanego.
Mimo to, ma potem dość sił, by przejść 100 metrów do toalety, otworzyć
okno i skoczyć z trzeciego piętra.

Podobno człowiek z IV
Departamentu, śledząc Zawieyskiego w Zakopanem, spotkał się z Zuzą,
która pokazała mu kartkę od Witkacego. SB postanowiła to wykorzystać.
Mieli problem, bo lekarz, który powinien potwierdzić, że Zawieyski
popełnił samobójstwo, odmówił i uciekł do Austrii. Więc gdyby udało im
się udowodnić, że żyje ich słynny wróg – Witkacy – mogliby odwrócić
uwagę opinii publicznej od Zawieyskiego. Tak zaczyna się operacja
„Metresa”. Agent prowadzący sprawę ma coraz więcej dowodów na to, że
Witkacy żyje i ukrywa się u Oknińskiej. Zaczyna ją śledzić. Oknińska
idzie do dentysty Witkacego, nazwanego przez twórcę „Szewców” von
Piegiem. Von Pieg opłacany obrazami leczył mu zęby. Zrobił mu też
sztuczną szczękę, ale Witkacy nie zdążył jej odebrać przed opuszczeniem
Warszawy, we wrześniu 1939 roku. Nieoczekiwanie po wojnie u dentysty
zjawia się Oknińska i odbiera sztuczną szczękę Witkacego. Pytanie: po
co człowiekowi, który nie żyje, sztuczna szczęka?

Kolejny trop.
Oknińska sprzedaje w Desie swoje portrety. Potrzebuje pieniędzy, bo
chce zamienić mieszkanie na większe. Agent zauważa, że na portretach
60-letnia Oknińska wygląda na 35 lat. Tak jest też w rzeczywistości.
Problem w tym, że te portrety spłonęły w mieszkaniu Oknińskiej w czasie
Powstania Warszawskiego. Agent podejrzewa, że nowe wersje Witkacy
maluje w latach 60. i antydatuje je na lata 30.

Nadmierne
zaangażowanie w sprawę Witkacego okazuje się dla agenta tragiczne -
zostaje wylany ze służby i uznany za szaleńca. Wraca po latach jako
najwybitniejszy specjalista od Witkacego. To on jest bohaterem filmu
mającego formę śledztwa. Agenta zagra Maciek Stuhr, Jerzy Stuhr będzie
Witkacym. Mam nadzieję, że zdjęcia zacznę wiosną 2009 roku. Film
wyprodukuje Yeti Films Piotra Mularuka. To oni robili „Nocną straż”
Greenawaya i „Wichry Kołymy” z Emily Watson. Scenariusz ma dobre
recenzje. Sławomir Jóźwik, szef telewizyjnej Agencji Filmowej, jest nam
przychylny. Jeśli TVP da pieniądze, powstanie film kinowy i
czterogodzinny serial.”

Całość pod adresem:
http://wyborcza.pl/1,75480,5622181,Witkacy_sie_nie_zabil.html

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Naughty Baby George’a Gershiwna w wykonaniu Adam Makowicz Trio

25 sie

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

„Równanie: Wiedza + Oko; Rozwiązanie = Gombrich”

25 sie
Fantastyczny dostałem prezent w pracy. Na razie kopiuję informację ze strony wydawcy. Tytuł notki to cytat z Cartier-Bressona.

„Najsłynniejsza i najpopularniejsza książka o sztuce, wydana na świecie
w łącznym nakładzie ponad 7 milionów egzemplarzy i przetłumaczona na
ponad 30 języków

O sztuce jest najpopularniejszą na świecie i niezwykle
cenioną książką poświęconą zagadnieniom sztuki. Trudno znaleźć dzieło,
które równie dobrze wprowadzałoby do tego tematu, poczynając od
malarstwa jaskiniowego, a kończąc na eksperymentalnej sztuce
współczesnej. Wszyscy jego czytelnicy uważają Gombricha za prawdziwego
mistrza, który łączy wiedzę i mądrość z niepowtarzalnym darem
przekazywania wielkiej miłości do opisywanych przez siebie dzieł sztuki.

Książka
ta zawdzięcza swoją popularność szczerości i prostocie przekazu, a
także doskonałemu stylowi pisarskiemu autora. Jak mówił on sam, jego
celem było „wprowadzenie jasnego porządku w bogactwo nazwisk, okresów i
stylów, które zapełniają strony dzieł bardziej ambitnych”, i pokazanie
dziejów sztuki jako procesu nieustannego splatania się i przeobrażania
tradycji, który sprawia, iż każde dzieło odwołuje się do przeszłości, a
jednocześnie wytycza przyszłość, jako żywego łańcucha, który łączy
nasze czasy z epoką piramid.

Ta edycja oparta jest na szesnastym (!) wydaniu brytyjskim, poprawionym, poszerzonym i wzbogaconym o nowe opracowanie graficzne.

E.H.
Gombrich (1909-2001) urodził się w Wiedniu, ale większość życia spędził
w Anglii. Od 1936 r. pracował w Instytucie Warburga w Londynie, którego
z czasem został dyrektorem. W latach 1959-1979 wykładał na
Uniwersytecie Londyńskim jako jego profesor. W 1972 roku otrzymał tytuł
szlachecki, później także Order Zasługi. Był Komandorem Orderu Imperium
Brytyjskiego. Wśród wielu nagród, jakie otrzymał, była m.in. Nagroda
Goethego oraz Złoty Medal miasta Wiedeń. Spod jego pióra wyszły
książki, zbiory esejów i liczne artykuły. Największą sławą wśród nich
cieszy się O sztuce – przełożone na ponad 20 języków, oraz Sztuka i złudzenie: o psychologii przedstawienia obrazowego.

„Dzieło
to będzie z pewnością nie tylko powszechnie czytane, ale wpłynie także
na nasz sposób myślenia. Gombrich pisze stylem gawędziarskim i
bezpośrednim. Przekazuje swoją wiedzę w sposób doskonale zrozumiały dla
odbiorców zorientowanych w tej dziedzinie, a jednak ma zawsze coś
nowego do powiedzenia na każdy temat. Znakomicie potrafi naświetlić
atmosferę każdego okresu w sztuce. O sztuce to lektura, która dostarcza intelektualnej i fizycznej rozkoszy”.

prof. H.W. Janson, New YorkUniversity, 1950

„Moje
myślenie  o sztuce, tak jak większości historyków sztuki mojego
pokolenia, zostało w dużej mierze ukształtowane przez Ernsta Gombricha.
Miałem 15 lat, kiedy przeczytałem jego dzieło, i podobnie jak miliony
innych czytelników, czułem, że ofiarowano mi mapę jakiegoś wielkiego
terytorium i razem z nią podstawy do spenetrowania go głębiej bez
strachu, że sobie nie poradzę”.

Neil MacGregor, dyrektor National Gallery, Londyn, 1995

„Podchodzę
z ogromnym entuzjazmem do nowego wydania tego przełomowego dzieła,
które tak bardzo pomogło zbliżyć ludzi i sztukę. (…) O sztuce Gombricha to książka, do której się wraca; w tym wydaniu można ją smakować jako dzieło klasyka”.

J. Carter Brown, National Gallery of Art, Waszyngton, 1995

„Trudno znaleźć inne dzieło, które by lepiej przybliżało ludzi – artystów, studentów i naukowców – do świata sztuki. O sztuce
Gombricha to wspaniała opowieść, napisana przez wielkiego historyka,
którego bezpośredniość, indywidualny styl i entuzjazm pozostają
nieodmiennie zaraźliwe dla czytelnika”.

Christopher Frayling, Royal College of Art, Londyn, 1995

O sztuce
była pierwszą książką na ten temat, którą przeczytałam jako
dziewiętnastoletnia studentka. Była dla mnie objawieniem i nie
potrafiłam się od niej oderwać, bo otworzyła przede mną drzwi do
największych osiągnięć ludzkiego ducha. Napisana z miłością i wielką
erudycją, przejrzyście i z wielką przenikliwością, stanowi przełomowe
dzieło w dziedzinie historii sztuki”.

Bridget Riley, artystka, 1995

„Mam
wielki dług wdzięczności wobec Ernsta Gombricha. Jego historię sztuki
przeczytałem w wieku piętnastu lat, z ciekawością i narastającym
uzależnieniem. Ukorzeniła we mnie przeświadczenie o głównej roli sztuki
w ludzkim doświadczeniu. Owo połączenie erudycji z osobistymi osądami
zachęciło mnie do jak najdokładniejszego przyglądania się malarstwu i
rzeźbie. Niedawno jeszcze raz przeczytałem tę książkę i znowu wywarła
na mnie ogromne wrażenie”.

Antony Gormley, rzeźbiarz (laureat Nagrody im. Turnera za rok 1994), 1995″


http://www.rebis.com.pl/rebis/public/books/books.html?co=print&id=K3641

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Remont, dzień piąty

25 sie

Pewna bardzo ograniczająca przestrzeń bariera dzisiaj zniknęła, przez co w końcu można oddychać w kuchni.


Kuchnia od strony pokoju dziennego


Pokój dzienny (po lewej) od strony kuchni

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Spinoza

24 sie


Zbigniew Herbert

„Łóżko Spinozy”

Jest
rzeczą zastanawiającą, że w naszej pamięci najmocniej utrwalają się
postacie wielkich filozofów z okresu, kiedy ich życie miało się ku
końcowi. Sokrates podnoszący do ust kielich cykuty, Seneka, któremu
niewolnik otwiera żyły (jest taki obraz Rubensa), Kartezjusz  błąkający
się po zimnych pałacowych pokojach i przeczuwający, że rola nauczyciela
królowej szwedzkiej będzie jego rolą ostatnią, stary Kant, który wącha
tarty chrzan przed udaniem się na codzienny spacer (laska idzie przodem
i coraz bardziej zagłębia się w piasek), Spinoza trawiony przez
suchoty, szlifujący cierpliwie soczewki, tak już słaby, że nie będzie
mógł skończyć Traktatu o tęczy… Galeria szlachetnych moribundów, blade maski, odlewy gipsowe.
W
oczach biografów Spinoza uchodzi nieodmiennie za ideał mędrca —
skupiony bez reszty nad precyzyjną architekturą swego dzieła, doskonale
obojętny wobec spraw materialnych, wyzwolony od namiętności. Istnieje
wszakże pewien epizod w jego życiu, który jedni pomijają milczeniem,
dla innych zaś jest niezrozumiałym wybrykiem młodości.
Otóż w roku 1656 umarł ojciec Spinozy. Baruch miał w rodzinie opinię
dziwaka, młodzieńca bez zmysłu praktycznego, który trawi cenny czas
studiując niezrozumiałe księgi. Dzięki sprytnym machinacjom (główną
rolę grała w tym przyrodnia siostra Rebeka i jej mąż Casseres)
pozbawiono go spadku, żywiąc nadzieję, iż roztargniony młodzieniec
nawet tego nie zauważy. Tymczasem stało się inaczej.
Baruch
wytoczył przed sądem proces z energią, jakiej nikt u niego nie
podejrzewał; zaangażował adwokatów, powołał świadków, był rzeczowy i
namiętny, doskonale zorientowany w najsubtelniejszych szczegółach
procedury i przekonywający jako wyzuty z praw, skrzywdzony syn.
Uporano
się stosunkowo szybko z podziałem nieruchomości (istniały w tej materii
jasne przepisy prawne). Ale teraz nastąpił niespodziewanie akt drugi
procesu, budząc powszechny niesmak i zażenowanie.
Baruch, jakby wstąpił w niego szatan posiadania, zaczął się spierać o każdy
niemal przedmiot pochodzący z ojcowskiego domu. Zaczęło się od łóżka,
na którym umarła jego matka Debora (nie zapomniał także o
ciemno-oliwkowych zasłonach). Domagał się potem rzeczy pozbawionych
wartości, tłumacząc to emocjonalnym przywiązaniem. Sąd nudził się
potężnie i nie mógł pojąć, skąd bierze się u tego ascetycznego
młodzieńca nieprzeparta chęć odziedziczenia pogrzebacza, cynowego
dzbanka z oderwanym uchem, zwykłego kuchennego stołka, fajansowej
figurki przedstawiającej pasterza bez głowy, zepsutego zegara, który
stał w sieni i był siedliskiem myszy, czy też obrazu wiszącego nad
kominkiem, tak dokładnie szczerniałego, że wyglądał jak autoportret
smoły.
I Baruch wygrał proces. Mógł teraz z dumą usiąść na piramidzie swoich
łupów, rzucając pogardliwe spojrzenie na tych, którzy usiłowali go
wydziedziczyć. Ale nie zrobił tego. Wybrał tylko łóżko matki (z
ciemnooliwkową zasłoną) — resztę darowując pokonanym przeciwnikom
procesowym.
Nikt
nie mógł zrozumieć, dlaczego tak postąpił. To wszystko wydawało się
jawną ekstrawagancją, w istocie jednak pełne było głębszego znaczenia.
Tak jakby Baruch chciał powiedzieć, że cnota nie jest wcale azylem
słabych, zaś akt wyrzeczenia jest aktem odwagi tych, którzy poświęcają
(nie bez żalu i wahania) rzeczy powszechnie pożądane dla spraw
niezrozumiałych i wielkich.

Leon Poliakov
„Historia antysemityzmu”, ss. 179-186

   W XVII w. Amsterdam,
metropolia handlowa Zachodu, stała się siedzibą najliczniejszej kolonii
marranów w Europie. Mimo że „Portugalczycy” nie odegrali
przypisywanej im nieraz decydującej roli w rozwoju gospodarczym Holandii,
przodowali w pewnych dziedzinach, takich jak import z kolonii cukru, przypraw,
tytoniu i handel szlachetnymi kamieniami.
Utrzymywali szczególnie ścisłe
związki z nowym światem, z koloniami holenderskimi, albo nawet z posiadłościami
hiszpańskimi, w których tylu ich braci w tym okresie starało się, aby o nich
zapomniano. W samym Amsterdamie stworzyli przemysł wydawniczy publikujący
żydowskie książki, nie mający sobie równych w diasporze i wydawali tłumaczenia
Biblii na użytek protestantów. W 1675 roku zaczęła wychodzić gazeta żydowska Gazeta
de Amsterdam. Dziennik ten podejmował w charakterystyczny dla swoich
czytelników sposób wszystkie tematy, z wyjątkiem tematów żydowskich.
Wspominaliśmy o tym, że „Portugalczycy” traktowali z wyższością
skromnych Żydów niemieckich, którzy w ślad za nimi przybyli do Amsterdamu, aby
się tu osiedlić i starali się trzymać od nich z daleka. Żydzi niemieccy
natomiast podważali ich wiedzę i pobożność zapewniając, że „łatwiej
Sefardyjczykowi rozchorować się, okuleć, oślepnąć aniżeli stać się uczonym
Żydem”. Z pewnością przesadzali, bo w „Jeruzalem holenderskim”
wykształcono doskonałych znawców prawa mojżeszowego. Musiało jednak upłynąć
kilka pokoleń, zanim dawni marrani powrócili całkowicie do judaizmu.

Kluczowy problem
stawiała sama dialektyka powrotu do judaizmu. O ile apostazja była dla marranów
źródłem wyrzutów sumienia i złego samopoczucia, o tyle powrót do prawa
mojżeszowego i przestrzegania przedwiecznych nakazów po kilkupokoleniowej
przerwie nie był dla nich sprawą łatwą· Wynikały stąd konflikty, które cechują
życie ich gmin, dbających o dobre obyczaje swoich członków zarówno przez wzgląd
na gorliwość religijną, jak i na zwykłą ostrożność, aby nie dawać władzom
chrześcijańskim podstaw do niebezpiecznych oskarżeń o brak pobożności.
Przekonaliśmy się, w jaki sposób sprzeczności w życiu marranów doprowadziły
niektórych z nich do herezji sabataistycznej, do gloryfikacji własnej
apostazji. Inni, zapożyczając z dwóch teologii (chrześcijańskiej i
judaistycznej) argumenty kwestionujące je nawzajem, dochodzili do wątpliwości i
utraty wiary. Było to tym łatwiejsze, iż mimo zmiennych kolei losu wspomnienie
sceptycznej tradycji Żydów hiszpańskich nie wygasło, stając się pożywką do
dyskusji i ścierania się poglądów, które niezmiennie budziły emocje ich
wykorzenionych potomków.

   Jaka jest
prawdziwa natura Boga? I czym jest sam człowiek? Co należy rozumieć pod
pojęciem duszy? Czy istnieje życie pozagrobowe? Być może w całej historii nie
było grupy, która poszukiwałaby absolutu z większym zapałem aniżeli
inteligencja marrańska. Dyskusje te nie urywały się przed drzwiami synagogi i
być może żadnego młodego człowieka nie fascynowały bardziej, niż młodego
Barucha Spinozę, ucznia szkoły rabinackiej „Ec chajim” w Amsterdamie. Nic nie wskazywało na to, że
młody talmudysta naruszy podstawy wszystkich tradycyjnych wierzeń i stanie się
pierwszym z „demistyfikatorów żydowskich” czasów nowożytnych. Urodził
się w Amsterdamie w 1633 roku w rodzinie podobnej do wielu innych. Jego ojciec
praktykował katolicyzm w Nantes, zanim osiedlił się w „holenderskiej
Jerozolimie”, gdzie powrócił do judaizmu i założył firmę handlową. Często
przedstawiano Spinozę oglądającego jako dziecko upokarzające ukaranie Uriela da
Costy w synagodze, ale brakuje dokładnych informacji na ten temat. Jego rodzina
była zamożna i poważana. Po osiągnięciu dorosłości młody Baruch pomagał ojcu w
prowadzeniu interesów, a nawet kierował firmą po jego śmierci w 1654 roku.
Jeszcze w 1655 roku przekazał darowiznę dla biednych z synagogi. Jak dowodzą
jego pisma, otrzymał doskonałe wykształcenie żydowskie. Prawdę mówiąc
informacje, które posiadamy na temat jego młodości, są bardzo skąpe, ale wiemy
już, jak to się stało, że w jego życiu wybuchł wielki kryzys po okresie wolnego
dojrzewania w cieniu szkoły rabinackiej.

   Około 1655 roku
w Amsterdamie pojawiła się ujmująca postać, człowiek „odważny w słowach,
przyjaciel nowinek, niekonwencjonalny w sposobie rozumowania, poszukiwacz
paradoksów, a, co najgorsze, nieprawych obyczajów”, jak wielu jemu
podobnych. Człowiek ten, lekarz Juan de Prado, urodzony w Kordobie i
wykształcony na uniwersytetach hiszpańskich powrócił do judaizmu w Holandii w
1638 roku i od tego czasu wiódł tułacze i nieustabilizowane życie, starając się
siać wątpliwości filozoficzne w duszach młodych Żydów. Nie przeszkadzało mu to
korzystać ze wsparcia finansowego gmin. Gmina w Amsterdamie grożąc mu
pozbawieniem środków do życia zażądała, aby publicznie odwołał swoje poglądy,
co elastyczny marran chętnie uczynił, aby następnie głosić je nadal. Była nawet
mowa o wysłaniu go do kolonii, „udzielając mu w tym celu hojnego
wsparcia”. Juan de Prado nie wprowadził z
pewnością Spinozy w tajniki filozofii, ale był przyczyną zgorszenia, a dusza
młodego Barucha różniła się od duszy jego nauczyciela. Odrzucając wszelkie
kompromisy, gardząc pensją, którą proponowano mu, aby „odwieść go od złych
uczynków”, pozwolił, aby nałożono na niego zaocznie klątwę, został
„oddzielony od narodu izraelskiego” i musiał zerwać kontakty ze
swoją rodziną i środowiskiem, z którego pochodził. Następnie jako wolny
słuchacz uczęszczał na wykłady na uniwersytecie w Lejdzie i bywał „w domu
don Josepha Guerry, rycerza z Wysp Kanaryjskich, który mieszkał w Amsterdamie
lecząc się z trądu”, gdzie zbierało się towarzystwo złożone z mniej lub
bardziej libertyńskich Żydów i Hiszpanów odurzonych powietrzem wolnych
Niderlandów. Dwóch Hiszpanów po powrocie do Madrytu przekazało inkwizycji kilka szczegółów na temat Spinozy, jak
również jego słowa. Żałował, że nie zna Hiszpanii i mówił, że ma ochotę ją
odwiedzić. Zarówno Prado, jak i on sam „żałowali, że nie dostają już jałmużny w
synagodze i nie mają kontaktów z innymi Żydami”, co nie przeszkadzało im
„być zadowolonym, że tkwią w ateistycznym błędzie, ponieważ uznają, że Bóg
istnieje tylko w kategoriach filozoficznych, a dusze umierają z ciałem, a zatem
wiara jest niepotrzebna”. Z pewnością w tym właśnie okresie Spinoza
napisał swoją Apologię, która zaginęła, pełną ataków na Żydów i judaizm
(pewne jej fragmenty włączył do Traktatu teologiczno-politycznego). Przede
wszystkim jednak uzupełnił wykształcenie przyswajając sobie całą wiedzę swojego
czasu, począwszy od klasyków starożytności do Kartezjusza, którego w
dzieciństwie mógł spotkać na ulicach Amsterdamu.

Niejasny
incydent, podobno cios nożem zadany mu przez fanatycznego Żyda, zachęcił go do
opuszczenia Amsterdamu i schronienia się najpierw w okolicach Lejdy, a
następnie w Voorsburgu, niedaleko Hagi. Od tej pory jego kontakty ograniczały
się do wąskiego grona przyjaciół i wielbicieli niderlandzkich, jak również
cudzoziemców przybywających przejazdem, których przyciągała rosnąca sława
Spinozy jako erudyty i mędrca. Po wizycie u niego Leibniz określił go mianem
„Żyda z Hagi, który zapowiada zbliżającą się w Europie rewolucję”,
książę Kondeusz, dowódca naczelny armii francuskiej, zaprosił go do swojego
obozu. Umiał sobie zjednać wysoko postawionych przyjaciół i protektorów, co
świadczy o tym, że nie można się było oprzeć jego urokowi i wrażeniu, jakie
wywierał. Pensja przyznana mu przez sławnego Jeana de Witt, jak również kilka
zapisów testamentowych pozwoliło mu nadal prowadzić medytacje nie troszcząc się
o zaspokajanie potrzeb, które zresztą były skromne. Zgodnie z zaleceniami
talmudystów nauczył się zawodu i spędzał wolny czas na polerowaniu soczewek.
Jego styl życia i zalety pozostawały w zasadzie w zgodzie z mądrością przodków.
Jednak nie ożenił się (podobnie jak wielu innych genialnych filozofów, od
Pascala do Kierkegaarda) i nieznane są jego związki z kobietami.

   Dar
filozoficznej koncentracji i miłość do czystej wiedzy czyniły jego samotność lekką. Dla tradycyjnego
porządku epoki, jego odwołanie do „naturalnego oświecenia rozumu”
miało wartość dynamitu, mimo wszystkich środków ostrożności, jakie podejmował,
aby ukryć ich ostateczne implikacje. Caute (ostrożność) była jego dewizą.
Jedyne znaczące dzieło wydane za jego życia bez nazwiska autora, Traktat
teologiczno-polityczny,
mowa obrończa na rzecz wolności myślenia stała się
dla niego źródłem wielu kłopotów. Zgodnie z opinią jego przeciwników, dzieło
„zostało sfabrykowane w piekle przez Żyda renegata”. Czyż jego
przeznaczeniem nie było życie na skrzyżowaniu wszystkich kultur, judaizmu i
chrześcijaństwa, Hiszpanii i Niderlandów, ale również wszystkich fanatyzmów,
fanatyzmu inkwizytorów zaciekle atakujących Żydów, a także jego braci, którzy
go wyklęli?

   Chory na gruźlicę zmarł w 1677
roku w wieku czterdziestu czterech lat. Krótko przed śmiercią spalił
tłumaczenie Starego Testamentu, nad którym pracował, tak jakby przedsięwzięcie
to było pozbawione sensu. Inne jego dzieła, szczególnie Etyka, zostały
opublikowane pośmiertnie bez nazwiska autora, na koszt nieznanego wielbiciela. System filozoficzny Spinozy
pozostaje żywy i nadal zyskuje swoich adeptów, jako „największa konstrukcja
filozoficzna, jaka kiedykolwiek została zaprojektowana przez umysł ludzki”
(Windelband). Z historycznego punktu widzenia jego wielkość polega na tym, że
ujawnił oświeconej Europie XVII w. w formie dostosowanej do możliwości
umysłowych tego czasu, „mądrość żydowską”, tj. naukę moralną i
filozofię religijną Talmudu, rozwinięte przez średniowiecznych teologów
żydowskich. Jego geniusz pedagogiczny wyraził się w nadaniu swojemu przesłaniu
formy dowodu geometrycznego, nawet jeżeli było to, prawdę mówiąc, prokrustowe
łoże. Podpisał swoje odkrycie własnym nazwiskiem, dzięki czemu zyskał
nieśmiertelność. Gdyby uznał swój dług wobec rabinów, mocno wątpliwe autorytety
dla jego czytelników; zdyskredytowałby własne przedsięwzięcie. Nauka życia
moralnego nadal pozostaje najbardziej żywą częścią jego Etyki [Według H. A. Wolfsona Spinoza był
kontynuatorem filozofii średniowiecznej, szczególnie żydowskiej: ,Jeżeli całą
literaturę filozoficzną, którą dysponował Spinoza, pocięlibyśmy na kawałki
papieru, rzucili je w powietrze i poczekali, aż spadną na ziemię, moglibyśmy przy
pomocy tych rozsypanych kawałków odtworzyć Etykę”. Wolfson dodaje, że bardzo talmudyczna zwięzłość stylu
filozofa jest miejscami źródłem niejasności i nieporozumień, co doprowadziło do
bardzo rozbieżnych interpretacji jego myśli w okresie trzech stuleci]. Również w Traktacie teologiczno-politycznym,
w którym narusza podstawy objawionego monoteizmu, napotykamy wyłącznie
uwagi czy krytykę sprzeczności w Piśmie Świętym zapożyczone od Abrahama ibn
Ezry, Rasziego czy Majmonidesa, który był przedmiotem jego ironicznych ataków.
Gdy atakuje w tym dziele koncepcję Izraela jako Narodu Wybranego, wpisuje się w
tradycję starożytnych wolnomyślicieli żydowskich (takich jak Chiwi z Balchu,
którego teorie musiał znać z dyskusji talmudystów). Z całą pewnością
zadziwiająca prerogatywa przyznawana przez tradycję judeochrześcijańską
Narodowi Wybranemu bulwersuje go i irytuje. To właśnie współczesnych mu Żydów
ma na myśli pisząc: „Kto bowiem uważa się za szczęśliwego dlatego, że jemu
samemu dobrze się powodzi, innym zaś nie, albo dlatego, że jest szczęśliwszy od
innych i ma los pomyślniejszy od innych, ten nie zna prawdziwej szczęśliwości i
błogości, a radość, którą odczuwa, jeżeli nie jest dziecinna, to nie pochodzi z
niczego innego, jak z zawiści i niedobrego serca” (i dalej: „Kto więc
raduje się z tego właśnie powodu, ten raduje się z czyjegoś zła, a więc jest
zawistny i zły i nie zazna ani prawdziwej mądrości, ani spokoju życia
prawdziwego”) Ta kwestia jest dla niego samego zasadnicza; ośmieszanie
własnego pochodzenia prowadzące do wyraźnego antysemityzmu wydaje się dręczyć wielkiego
filozofa.

Wystarczy
przeczytać różne fragmenty Traktatu, w którym w sposób arbitralny (ponieważ
nie wynikający wcale z konstrukcji samego dzieła) odwraca pojęcia i czyni Żydów
odpowiedzialnymi za nienawiść, jaką darzą ich chrześcijanie (on, który pisał w Etyce:
„Kto wyobraża sobie, że ktoś inny nienawidzi (…), ten nawzajem będzie
żywił nienawiść ku tamtemu”):

   ”Co się zaś
tyczy tego, że [Żydzi] utrzymali się przez tyle lat pomimo rozproszenia i braku
państwa własnego, to nie ma się co dziwić, skoro tak oddzielali się od innych
narodów, że zwrócili przeciw sobie nienawiść wszystkich, a odosobnienie to nie
polegało tylko na obrzędach zewnętrznych, przeciwnych obrzędom innych narodów,
lecz także na znamiennym obrzezaniu, które zachowują skrupulatnie” (rozdz.
III)53. „Umiłowanie ojczyzny u Żydów nie było zwykłą jej miłością, lecz
bogobojnością, którą łącznie z nienawiścią ku innym narodom w kulcie powszednim
tak podsycano i podtrzymywano, że musiała się stać drugą naturą C.. ) która mogła
zapuścić w duszach najgłębsze korzenie. Była to nienawiść powstała z wielkiej
pokory, czyli bogobojności, i uchodziła za pobożną, a doprawdy większej i
uporczywszej wcale być nie może. Nie brak też było i przyczyny zwykłej, jaka
zawsze więcej i więcej rozpala nienawiść, mianowicie wzajemność; inne bowiem
narody musiały nienawidzieć Żydów z głębi duszy” (rozdz. XVII). Spinoza
odwołuje się właśnie do żywiących „nienawiść ku rodzajowi ludzkiemu”
u Tacyta w innym fragmencie tego samego rozdziału, dając do zrozumienia, że na Żydach
ciąży rodzaj nadprzyrodzonego przekleństwa. W tej kwestii przyłącza się do
pewnego nurtu w historiografii, datującego się z czasów starożytnego
gnostycyzmu, który okrutnemu Jahwe Żydów przeciwstawia ewangelicznego
Odkupiciela. Filozof opiera się w rozdziale XIX na autorytecie Nowego Testamentu
(na zdaniu: „Słyszeliście, że powiedziano: Będziesz miłował swego bliźniego,
a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził” (Mt 5, 43), które Mateusz
przypisuje Jezusowi), zapewniając, że prawo mojżeszowe uczyło nienawiści do nie-Żydów.
(W tym samym okresie w Niderlandach socynianie zafałszowując znaczenie tekstów cytowali Stary
Testament na poparcie takiej tezy; pierwszorzędny filolog, jakim był Spinoza
nie posuwając się aż tak daleko, mnożył dwuznaczności i sformułowania,
„niejako”, aby to wykazać).

Przyglądając się
bliżej, wątek antyżydowski powracający w Traktacie zasadza się na sztuce
kontrapunktu, która wymaga różnego odczytania tekstu, na różnych poziomach.
„Wydaje się oczywiste, że Spinoza koncentrował swoje ataki na Żydach i na
Starym Testamencie (podobnie jak później Voltaire), ponieważ chodziło o najsłabsze
dla polemistów ogniwa łańcucha tradycyjnych wierzeń. Na drugim poziomie Spinoza
jako subtelny talmudysta posługuje się zarówno wyrazistym językiem, jak i drugim
językiem, ezoterycznym; „udaje, że chce udowodnić jakąś koncepcję, ale
stara się używać takich argumentów i cytować takie teksty, że czytelnik sam
odkrywa całkiem inną koncepcję, całkiem inną konsekwencję. Właśnie tę drugą koncepcję
Spinoza w rzeczywistości starał się udowodnić”. „Widzimy tu (odwołując
się do filozofa Wolfsona) Barucha implicite, tj. sceptycznego Żyda, ukrytego za
Benedyktem explicite, tj. marranem wielbiącym Jezusa. Idąc jeszcze głębiej, język
Spinozy jest językiem niespełnionej czy zawiedzionej miłości. Wyczuwa się tu
resentyment do synagogi, która go odrzuciła. Przyjmuje się również powszechnie,
że Spinoza zapożyczył przytaczane powyżej fragmenty antyżydowskie Traktatu z
Apologii, którą napisał po tym, jak został ekskomunikowany, co dowodzi, że
polemika ta sytuuje się na marginesie poszukiwania odwiecznych prawd, błogosławieństw
boskiego rozumienia. Ich włączenie do Traktatu było czymś akcydentalnym,
ale z pewnością subiektywnie koniecznym. Jednakże czyniąc to, mędrzec, który
twierdził, że „jeżeli właściwie posługujemy się naszym umysłem, nie możemy
żadnej rzeczy nienawidzieć, ani czuć do niej awersji”, zamiast przestrzegać
tej  zasady pozwalał, by kierowało nim
niejasne uczucie, które opisał w następujący sposób w Etyce: ,W tym bowiem,
kto zaczyna nienawidzić rzecz umiłowaną, ulega zahamowaniu więcej popędów, niż [w
przypadku] gdyby jej nie był miłował (…). To znaczy, że prócz smutku będącego
przyczyną nienawiści, powstaje jeszcze inny, stąd, że ową rzecz miłował, a
skutkiem tego patrzeć będzie na rzecz miłowaną z większym jeszcze afektem
smutku, tj. tym większą żywić będzie względem niej nienawiść, niż [w przypadku]
gdyby jej nie był miłował, i to tym większą, im większą była miłość”.

   Taka dwuznaczność dobrze oddaje
sytuację człowieka, który po zerwaniu związków z gminą żydowską nie przestał być
Żydem w oczach świata i nie mógł nie pozostać Żydem dla samego siebie, nawet jeżeli
mówił o „Hebrajczykach” w trzeciej osobie. I ta pełna sprzeczności
sytuacja przesłaniała jego myślenie do tego stopnia, że mógł dostrzegać rzeczy
wyłącznie „poprzez chmurę”. To rozdarcie i nietolerancję wobec własnych
pobratymców; które odnajdujemy u tylu słynnych nowożytnych myślicieli żydowskich,
zilustrował tu po raz pierwszy – i to jak dobitnie – samotnik z Hagi, do
którego Nietzsche pewnego dnia zwróci się (w wierszu Do Spinozy) w te słowa:

 

W «jedności wszystkiego» rozkochany,

Amor dei, błogi, w rozsądek wsłuchany

Buty z nóg! Ziemi świętej ścielący
dywany! – -

Lecz trawił oto tę miłość

zemsty żar niepowetowany, .

- Żydów boga trawiła do Żydów nienawiść

- pustelniku, czyś przeze mnie
rozpoznany?

 

W innych tekstach Nietzsche nie
wahał się porównywać Spinozy do Jezusa. Niewiele jest słynnych umysłów, które
potomność, zwłaszcza w Niemczech, otaczałaby takim kultem, jak człowieka
„szlifującego szkła, przez które patrzą na siebie czasy nowożytne”.
Niewiele z nich w historii idei przyczyniło się w równym stopniu do
uzasadnienia metafizycznego antysemityzmu kolejnych pokoleń myślicieli i
teologów. Wygląda na to, że świadomość europejska popadła tu w pewną
powierzchowną dychotomię, podziwiając spuściznę żydowską poprzez jej czołową
postać, która jednocześnie posłużyła jej w charakterze gwaranta do wyszydzania
judaizmu. Spinoza pozostaje zwiastunem nowej wiary w człowieka, uosabia
„partię pokoju i sprawiedliwości”, której, zdaniem Alaina, „nie
należy określać mianem partii żydowskiej, mimo że nią pozostanie”, ale z
powodu nieprzezwyciężonego resentymentu nie umiał oddać sprawiedliwości
narodowi, z którego sam się wywodzi!.Jego wypowiedzi antyżydowskie przetarły
szlaki dla racjonalistycznego lub świeckiego antysemityzmu czasów nowożytnych, być
może najgroźniejszego ze wszystkich. Upoważniało to Hermana Cohena do podkreślania
„demonicznej ironii” Spinozy, wynikającej z „tragizmu jego życia
(…) sprzeczności, w jakiej się sytuuje w stosunku do swoich źródeł duchowych
i moralnych, w których tkwią korzenie jego twórczej mocy”. Carl Gebhardt,
najlepszy wydawca i nowoczesny biograf filozofa mówił o „rozdwojeniu świadomości
marranów; z którego wywodzi się nowoczesna świadomość” i w charakterze
epitafium przypisywał marranom, „którzy podjęli poszukiwanie sensu świata
w świecie a nie w Bogu (…) historyczną misję dania światu Uńela da Costy i
Spinozy”.

 

Spinoza nie doczekał powstania grupy pod nazwą The Super Spinoza Haters, której stronę można obejrzeć po kliknięciu w ich logo:

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS