RSS
 

„Trans-Atlantyk” Gombrowicza w reżyserii Grabowskiego.

24 maj


Fragment studium Gombrowicz a ethos szlachecki
z książki prof. Jana Błońskiego Forma, śmiech i rzeczy ostateczne.

Studia o Gombrowiczu, TAiWPN
Universitas, Kraków 2003


Mitologię szlachecką uwikłał [...
] Gombrowicz w relację domu i świata, Polski i Europy. Mój
stosunek do Polski wynika z mego stosunku do formy – pragnę uchylić się Polsce,
jak uchylam się formie – pragnę wzbić się ponad Polskę, jak ponad styl- i tu i
tam, to samo zadanie. (…) W tym sęk, że ja wywodzę się z waszego śmietnika.
We mnie odzywa się to, co wy w ciągu wieków wyrzucaliście jako odpadki. Jeśli
moja forma jest parodią formy, to mój duch jest parodią ducha, a moja osoba
parodią osoby. (00′) Wyrzuciliście na śmietnik to wszystko, co w was było
teatrem i aktorstwem i usiłowaliście o tym zapomnieć – dziś przez okno
widzicie, że na śmietniku wyrosło drzewo, będące parodią drzewa (D I 59-60)*. Jak
zrozumieć to wyznanie, równie wyzywające, co często przytaczane? Domaga się ono
największej lojalności i skrupulatności!. Dzieje kultury polskiej to historia
dociągania się do cudzoziemskich wzorów. Obojętne, czy Polak opowiadał się za
tradycją dawniejszą, chrześcijańską, czy nowszą, oświeceniową… zawsze naśladował,
nie tworzył. To właśnie skazało go na nieautentyczność, na duchową niewolę. Pamiętać
bowiem należy, że Gombrowicz nie uznaje wartości innych niż „międzyludzkie”.
Ściśle mówiąc, nie ma dla niego ani Boga, ani Rozumu, lecz tylko ludzie: pobożni
lub wolnomyślni, scjentyficznie zadufani czy tradycyjnie potulni … Mniema więc
Polak, że ściga abstrakcyjną Wartość. Ale naprawdę idzie w jasyr konkretnych l
u d z i: stara się przypodobać Francuzowi, dorównać Niemcowi, skokietować Anglika…
stąd paradoks: im wyżej wynosi swą ideę Polski – jakakolwiek by była – tym
bardziej zaprzedaje polskość w niewolę! Usiłuje przekonać świat cały, że Chopin
nie gorszy od Mozarta, Sobieski od Nelsona, kościół Mariacki od katedry w
Chartres. Chce być równy w podobieństwie. Ale podobieństwo zakłada zawsze zapożyczenie,
naśladownictwo … Pragnie „podnieść się” w spojrzeniu innych. Lecz
tym samym uznaje obcych za mądrzejszych … Czyżby nie było dla niego ucieczki?
Przez wieki starali się Polacy o dojrzałość, o europejskość. I dlatego wyrzucali na śmietnik to, co
stanowiło ich wyłączną własność: zdolność udawania, aktorstwo, niedojrzałość … złączone
nierozerwal nie ze swobodą, lekkomyślnością, niepowagą. Polacy wstydzą się
dzisiaj jedynej epoki, kiedy na świat spoglądali z góry: sarmackiej. Sarmatyzm
był zaiste „śmietnikiem” polskiego opóźnienia i prowincjonalności. Jak
jednak zmylić szyki Europie, przeciwstawić jej coś, o czym nie miała pojęcia?
Tylko – sięgając do sarmackiej, szlacheckiej tradycji. Romantycy mówili, że
trzeba „przeanielić” Sarmatę. Gombrowicz mniema, że dość go
„ufilozoficznić”. I właśnie z polskiego śmietnika wyrasta
„parodia drzewa” – twórczość Gombrowicza2• Jak to podsumować? Polak z
natury swojej jest Polakiem. Wobec czego, im bardziej Polak będzie sobą, tym bardziej
będzie Polakiem. Jeśli Polska nie pozwala mu na swobodne myślenie i czucie, to znaczy,
że Polska nie pozwala mu być w pełni sobą, czyli – w pełni Polakiem … (D II
23)
Zdanie brzmi jak sofizmat … i właściwie nim jest, bo zmienia zakresy znaczeniowe.
Co jednak znaczy tutaj słowo „Polska”? Otóż: abstrakcyjny wzór polskości,
narzucony nam przez obcych albo przynajmniej – wytworzony na użytek czy pod wpływem
cudzoziemców. Jeśli przyjąć taką definicję – a wiadomo, że les deJinitions
sont libres… –
Gombrowicz będzie mieć słuszność. Rozumiana jako
nieautentyczna forma, abstrakcja, dyrektywa – Polska istotnie pęta Polaka. Prawdziwie
oryginalny (= polski) będzie on dopiero między swymi, w sąsiedzkim kole, w
spojrzeniu znajomym i nieledwie własnym. Będzie może wtedy kapryśny, niedojrzały,
lekkomyślny. Ale na pewno odważny, przekorny, gotów do nowych przygód i doświadczeń.
Ikto wie, czy nie stanie się wkońcu – prawdziwie odpowiedzialny? Po napisaniu Trans-Atlantyku
Gombrowicz zanotował: Skończył się czas mojego wygnania. (…) Gdyż ja ongiś,
za czasów mej młodości w kraju, byłemm wobec Polski zupełnie dziki, nie umiejący
dać sobie rady z nią, bez stylu, niezdolny nawet mówić o niej – ona tylko mnie
męczyła. (…) Dziś rzecz ma się inaczej: powracam z określonymi żądaniami,
wiem czego mam domagać się od narodu i wiem co w zamian mogę mu dać. Stałem się
obywatelem (D II 30). Obywatelem – nie poddanym. Słowo zobowiązuje:
pozwala zapytać o pojęcie narodu, państwa, społeczności. Gombrowicz dziwił się
- może nieszczerze? – że czytelnicy Trans- Atlantyku  nie
oburzali się bardziej na bluźnierczą walkę „ojczyzny” synczyzną„,
której widownią jest powieść. Rozpoznali jednak intuicyjnie tylko intencję
pisarza, ale także – jej tradycyjną genealogię. Albowiem i tutaj można odnaleźć
- choćby zatarty, rozmazany … – szlachecki wzorzec poczucia narodowego. Dla
szlachcica pojęcie „Polski” Było nierozłączne z domem, rodziną, kołem
przyjaciół. Państwo i dom były partnerami równorzędnymi: spraw wielkiej
zbiorowości nie mógł szlachcic mentalnie oderwać od własnych czy sąsiedzkich.
Ojczyzna była czymś w rodzaju luźnego stowarzyszenia – mniej politycznego niż
obyczajowego czy kulturalnego. ,,Rzeczpospolita była federacją sąsiedztw, na
pewno sąsiedztw małych, w dużej części sąsiedztw dużych, wojewódzkich. Aspekt sąsiedzko-federacyjny,
sąsiedzko-federacyjna więź nieformalna była przy tym socjologicznie ważniejsza
niż więź formalna państwowo-polityczna”3. Dlatego na sejmach zjawiali się
także posłowie ziem już utraconych, poddani króla Szwecji czy cara Moskwy. Ale
- znowuż – obywatele szlacheckiej Rzeczypospolitej. Przenieśmy się teraz z
przeszłości w teraźniejszość, z planu społeczno- politycznego na artystyczny i
kulturalny. Czyż Gombrowicz – emigrant w Argentynie – nie czuje się po trosze
takim właśnie cześnikiem parnawskim? Bo przecie kultura narodu to nic innego
jak „rzeczpospolita”: rozchybotana federacja sąsiedzkich państewek,
oczywiście – duchowych. Łączy je wszystkie nie tyle interes, ile s t y l
wspólny, trudna do uchwycenia więź duchowa, która nie tylko nie zaleca, ale wręcz
zabrania podporządkowania racji jednostkowych – zbiorowym. Ze wszystkich stron
takiej rzeczypospolitej rozbrzmiewa huczne: „nie pozwalam”! I przed
tym „nie pozwalam” zbiorowość chętnie ustępuje. Właśnie dlatego, że
swą oryginalność upatruje w tolerowaniu, ba! Popieraniu jednostkowego
przywileju. Gombrowicz nie był wcale nowoczesnym anarchistą. Stabilność,
tradycja były mu nieodzownie potrzebne – przynajmniej jako tło. I tutaj
przypomina się przeszłość. Godziła ona jednostkowe sobiepaństwo ze stadną zgodą,
wybujały indywidualizm ze zdumiewającą jednomyślnością, anarchizm z
konserwatyzmem … Albowiem ojczyzna – udzielając jednostce daleko idących
przywilejów – zapewnia sobie poparcie i jednomyślność szlacheckiego stanu … Taki
jest „filozoficzny” – jeśli wolno powiedzieć – sens złotej wolności. „Wolny
między wolnymi i równy wszystkim czuł się bene natus et possessionatus całkowicie
uprawniony do indywidualnego rozstrzygania w sprawach publicznych”4.
Zapewne, w polityce skończyło się to Targowicą. Ale zamieńmy tylko „sprawy
publiczne” na „duchowe, moralne”, a otrzymamy narodową formułę
oryginalności kulturalnej. Gombrowicz powiada zabawnie, że jego sarmatyzm musi
być „bardziej europejski”, niż dawniej bywało. Jakże sarmatyzm może być
europejski? Ale tę sprzeczność także łatwo rozwiązać: postawa dystansu wobec
idei, form, wartości musi wynikać z dogłębnego po znania i wypróbowania
wszystkiego, co Europa dotychczas Polsce proponowała. W Dzienniku pisarz
przymierza się po kolei do chrześcijaństwa, marksizmu, egzystencjalizmu,
strukturalizmu nawet (podobnie jak do Argentyny, Berlina, Paryża itd.).
Przyswoiwszy zaś sobie to, co mu w danej doktrynie, doświadczeniu czy kraju
odpowiada, radośnie udowadnia, że jednak pozostał sobą, innym. W żadnej
kulturze nie pozwoli się zamknąć i pod żadną doktryną bez niezliczonych zastrzeżeń
nie podpisze. Nikt nie zbuduje Polakowi klatki. Polakowi i… artyście, bo
przecie Gombrowicz zdaje sobie doskonale sprawę, że własną strategię obrazuje
narodowym czy społecznym porównaniem. „Pytanie tylko, czy nie rozszerzam
na naród programu, który jest tylko moją osobistą potrzebą?” (D I 172).
Przymrużywszy więc trochę oko, wolno zastosować do Gombrowicza – roztańczonego
Proteusza – słowa Orzechowskiego: Patrzajcie na hardego wolnością, a świetnego
swobodą na świecie Polaka; szatę nosi Polak znamienitą, to jest równą z swym
królem wolność; k’temu nosi Polak świetny pierścień złoty, to jest szlachectwo,
którym najwyższy niższemu równy w Polszcze jest; ma wołu spólnego z królem
panem swym, to jest, prawo pospolite, które tak jemu, jako i królowi jego w
Polszcze, jako wół równo służy. Takowym będąc Polak, zawsze wesołym w
królestwie swym jest, śpiewa, tańcuje swobodnie, nie mając na sobie niewolnego
obowiązka żadnego…”


 

Fragment eseju Polonia
powielona
z książki prof. Marii Janion

Niesamowita
Słowiańszczyzna. Fantazmaty literatury,

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2007


„Polska kultura narodowa jest
kulturą wybitnie męską. W jej obrazie na plan pierwszy wysuwają się związki
homospołeczne, więzi męskiego braterstwa i przyjaźni. Do idealnych modeli tego
typu związków, opiewanych w rozmaitego rodzaju przekazach, łącznie z podręcznikami
szkolnymi i akademickimi, należą między innymi – w kulturze staropolskiej szlacheccy
„panowie-bracia”, hufce rycerskie, a w kulturze nowożytnej zrzeszeni
w na wpół tajnych stowarzyszeniach filomaci i filareci; walczący o
niepodległość ojczyzny spiskowcy dziewiętnastowieczni; uczestnicy licznych
ruchów młodzieżowych w XX wieku, z których wiele przybierało sobie filomatów za
patronów; legioniści Piłsudskiego. Mickiewicz w wykładach o literaturze
słowiańskiej w roku 1841 w College de France idealizował trwające do czasów mu współczesnych
dawne słowiańskie, głównie wojenne, pobratymstwo. Było to silniejsze niż
pokrewieństwo naturalne, tak zwane braterstwo krwi, występujące zwłaszcza u
Słowian południowych!. „Nic tkliwszego nad miłość braterską” u ludów
słowiańskich, mówił Mickiewicz2• Tworzy się obraz ciągu pokoleń przekazujących
sobie ideał walczącej męskiej wspólnoty. Dominuje w nim patriotyzm, wynoszący
ponad wszystko braterstwo, wytwarzane i podtrzymywane podczas zbiorowych różnorakich
działań, podejmowanych w celach społecznych, wojennych, towarzyskich,
turystycznych. Są to polowania, wędrówki i wycieczki, stowarzyszenia,
korporacje i kluby, potyczki i bitwy. W Polsce szczególnie wielbiona była jako
cudowna męska wspólnota – kawaleria narodowa, husarze i ułani, piękni jak na
malowanym obrazku – do oglądania i podziwiania. Gombrowicz pisał, że gustami
Polaków kierowała „rycersko-ułańska dusza”3. Niepodobna nie docenić
znaczenia form męskiej wspólnoty dla kształtowania się nowożytnego pojęcia
narodu, którego podstawę nieraz określano jako żarliwe braterstwo. Hans
Bliiher, podbudowując teorie nacjonalistyczne, pisał o znamiennym dla mężczyzn
„podwójnym dążeniu”. Jeden jego kierunek wyznacza rodzina, drugi zaś
– męska wspólnota. Tylko ta druga obdarzona jest „socjologiczną
kreatywnością” i potrafi stworzyć państwo. Rodzina bowiem może jedynie
zapewnić przetrwanie gatunku. Związki mężczyzn (Mannerbunde) mają być
wyrazem męskiego podstawowego „popędu ku stowarzyszaniu się”. U jego
początków znajduje się tak zwany dom mężczyzn u ludów pierwotnych i jego
pochodne w postaci tajnych męskich związków. Przeniknięte są one ukrytą, a
nieraz jawną inwersją seksualną, którą Bluher uznaje za wspólną wszystkim
mężczyznom. [... ] Nowoczesne pojęcie narodu oraz powstający wraz z nim
nacjonalizm łączyły się ze stereotypem męskości, zawierającym w sobie
odpowiednio podane cechy męskiej tożsamości. Mitologia męskiej wspólnoty,
bezwzględnej walki i wojennego furora odgrywała tu zawsze szczególną rolę4.
George L. Mosse pisze: „Dynamika nowoczesnego nacjonalizmu opiera się na
ideale męskości. [...] Jako żywy organizm, wypełniony energią, nacjonalizm
pobudzał do kultywowania przyjaźni męskich, Mannerbund, przedstawiających
swą naturą zagrożenie dla przyzwoitości, w obronie której właściwie powstał
nacjonalizm. [ ... ]  Męski eros był
duchem straszącym nowoczesnego nacjonalizmu”5.
Przyjaźń męską chciano
zdecydowanie odróżnić od przyjaźni nacechowanej erotycznie – i tę drugą
potępić. Jednak trzeba przyznać rację Eve Kosofsky Sedgwick, która tworzy
pojęcie kontinuum: na przeciwległych punktach znajdują się konwencjonalne
związki homospołeczne oraz związki homoerotyczne. Jakkolwiek są one sobie przeciwstawne,
to jednak znajdują się w obrębie tego samego kontinuum.  Dlatego autorka może posłużyć się określeniem
„męskie pożądanie homospołeczne”6. W Polsce jest to problem
niezmiernie drastyczny. Gombrowicz, który w Trans-Atlantyku skonfrontował patriotyzm z seksualnością,
objaśniał, że książka dotyka spraw delikatnych”, nie waha się „drażnić
najbardziej wstydliwych miejsc waszych”7. „U nas” bowiem stale
kładzie się wielki nacisk na kategoryczne oddzielanie legalnych i pożądanych
męskich wspólnot – jako patriotycznych i państwowotwórczych – od podejrzanych,
potępianych i represjonowanych homoseksualnych związków. Pamiętam, jakie
oburzenie wśród specjalistów wzbudziło domniemanie Jana Kotta: po zapoznaniu
się z korespondencją filomatów rzucił podejrzenie, że byli oni chyba
homoseksualistami. Nie idzie jedynie o „całowanie usteczek” Antoniego
Edwarda Odyńca, lecz o młodzieńczą ideę miłości męskiej przyjaźni, którą
wykładał Mickiewicz w listach do Jana Czeczota8 Żeby „rozsadzić nasze
dotychczasowe uczucia narodowe” (T-A, s.6) i wyzwolić się spod
przemocy zbiorowości, objawić egzystencjalną pustkę stereotypów narodowych,
Gombrowicz musiał odrzucić polskie wyobrażenie piękności. W Dzienniku podkreślał,
że każdy naród pożąda swojego piękna i artyści mu je dostarczają. W Polsce do
wytwórców urody narodowej zaliczył przede wszystkim Sienkiewicza, ale i
Mickiewicza. „Być urodziwym, pociągającym, ponętnym” (D, s.
353) – taka potrzeba nurtuje szczególnie narody słabe. W Polsce nie do
pomyślenia byłaby myśl bluźniercza, „aby Piękno mogło istnieć poza
Cnotą” (D, s. 354). JW. Poseł w Trans-Atlantyku ogłasza jednoznaczną
wzniosłość sarmatyzmu: ,,O, bo rzecz to pewna, najpewniejsza, że Polak Bogu i
Naturze miły dla Cnót swoich, a głównie dla tej Rycerskości swojej, dla Odwagi swojej,
Szlachetności swojej, dla Pobożności i Ufności swojej!” (T-A, s. 80).
W tej kulturze kanonizacji estetycznej mógł dostąpić „młodzieniec zacny,
bogobojny i poczciwy” (D, s. 354), właściwie już nawet nie
młodzieniec, ale Mąż. Na takiego został wychowany przez Ojca Ignac z Trans-Atlantyku.
Osią powieści jest – mająca według polskich wyobrażeń decydować o Formie narodu
- walka między heteronormatywnością Ojca a homoseksualnością
Cudzoziemca-Gonzala, uwodzącego Syna. Za pomocą pojedynku Ojciec (emerytowany
wojskowy zresztą) ma Gonzala przymusić do Mężczyzny i przywrócić – zagrożony
wskutek jego zalotów do Syna – narodowy honor heteroseksualny9. Ewa Kraskowska trafnie pokazała, że w
„pojedynkach Gombrowiczowskich honor traci swój kulturowy wymiar”
jako podstawa męskiego uniwersum symbolicznego i staje się bezosobową siłą
rządzącą ludzkimi zachowaniami, „pustą formą”10. Nie można było
silniej uderzyć w przysłowiowe polskie poczucie honoru. Mówiąc innymi słowy,
Major „strzałem swoim Krowę chciał zabić”, a z Gonzala „Byka
wywołać, Byka on strzałem przyzywał, aby Krowę zbodła co jemu Syna hańbiła
jedynego …” (T-A, s. 72). Charakterystyczna jest sfera odwołań
animalnych w Trans-Atlantyku. Obok dziwacznych, mieszanych psów Gonzala
(„właśnie piesek mały przeleciał, do wilka podobny, a też do
jamnika”, T-A, s. 83), mamy Zakon Kawalerów Ostrogi, który stanowi
metaforę homo społecznej wspólnoty narodowej. Ale nie wiadomo w końcu, czy to
są Ogiery, czy Kobyły. W ten sposób, w końsko-ziemiańsko-wojskowych
porównaniach, właściwych gawędzie sarmackiej, wyraża się owo kontinuum – od
homospołecznego do homoseksualnego. Autor zaś określa swe położenie jako
szarpanie się „między tą zadawnioną, bezsilną Ojczyzną a nową Synczyzny
religią, religią stawalIia się i przetwarzania: o, niechby uwieść Ojcu Syna, a
niechby Syna spod ręki ojcowskiej wyzwolić, niechby Syn pana Ojca poniósł gdzie
oczy  poniosą …” (T-A, s.
134). Koń – nie wiadomo już, czy jest Ogierem, czy Kobyłą, a może jednym i
drugim jednocześnie. Ojczyzna Ojca zostaje porzucona. Ze względu na temat
Polonii musimy zapytać: a co z drugą figurą tego narodowego dramatu, a więc co
z matką, której zresztą w ogóle nie ma w Trans-Atlantyku’? Autorzy
antologii Nationalisms and Sexualities utrzymują, że kulturach o
dominancie homospołecznej pojawia się pewna prawidłowość, a mianowicie
szczególny stosunek do kobiety jako Matki. Następuje jej totalne uświęcenie.
Matka to „figura idealnej kobiecości, fantazmatyczna kobiecość, która
zabezpiecza związki męsko męskie i męską historię”. Męskie braterstwo
idealizuje macierzyństwo i stara się wykluczyć „wszelkie niereprodukcyjne dyskursy
seksualności z dyskursu narodowego” ll. Ma być on jednoznacznie
heteroseksualny i nastawiony na rozrodczość. Konieczna jest do tego
kobieta-matka. Ona właśnie staje się gwarantką narodowej wspólnoty heteroseksualnej,
jej przyzwoitości i poprawności obyczajowo-politycznej. Elżbieta Ostrowska,
która dokonała nowatorskiej analizy homo społecznego charakteru kultury
polskiej i jej stosunku do matki, zauważa, że w obrębie męskich więzi opartych na
zasadach idealizowanego braterstwa kobiecość przyjmuje przede wszystkim postać
fantazmatu matki. Jej siła polega na tym, że „nie tylko nie zagraża
braterskim więziom, lecz nawet je w pewnym sensie legitymizuje – wszak bracia
muszą mieć matkę”. To Matka-Polka i Matka-Ojczyzna. Panująca polska
„narracja publiczna” wyznacza bardzo określone role Polkom i Polakom12,
a patronką narodu polskiego stała się najbardziej idealna z matek – Matka
Boska. Za pomocą uwznioślenia w kulturowym przekazie matki i macierzyństwa homospołeczna
kultura polska zapewniła sobie patriotyczny konsensus. Jednak trzeba pamiętać,
że na drugim biegunie homospołecznego kontinuum znajduje się ciągle zagrażający
homo erotyzm i homoseksualizm. Zwłaszcza patriotyzm wyradzający się w
nacjonalizm nie może być wolny od tego, co poczytywane jest za wielkie niebezpieczeństwo.
Nacjonalizm nasila więc nastroje homofobiczne, gdyż – spektakularnie oparty na
homospołecznej wspólnocie męskiej – szczególnie narażony bywa na pociąg
homoerotyczny. Stosunek do matki w okresie niewoli narodowej komplikuje się przez
to, że ona umarła i synowie pragną ją wskrzesić. Nieraz przedstawiają ją sobie
jako fantazmatyczną kochankę albo zwycięską rywalkę kochanki, tym bardziej
szukając oparcia w braterskiej wspólnocie. Zwracając uwagę na ambiwalentność
relacji między matką a synem, Marek Bieńczyk pisze, że w polskiej kulturze
matka „jako część rodziny oraz jako kochanka anektuje i często kieruje w
stronę transgresji tanatyczno-kazirodczo-perwersyjnych spory zasób erotyzmu obecnego
w literaturze romantycznej”J3. Tanatyczność porozbiorowej polskiej
Matki-Ojczyzny można uznać za jej cechę górującą.”

 

 


 

Jerzy Jarzębski, Gombrowicz: ucieczka z rodzinnego domu,
„Miesięcznik Literacki” 1988, nr 2-3.

Ta „ojczyzna” w Trans-Atlantyku
zgodnie z etymologią pojęta zostaje jako „sfera ojca”, jego władzy
i autorytetu, ma więc wiele wspólnego po prostu z „ojcowizną”,
„ziemią ojców”, krajobrazem dzieciństwa, ale także – z rygorem trochę
skautowskim, z poddaniem się pod rozkazy i stłumieniem własnej indywidualności.
Wyzwolenie z tej zależności może przebiegać na kilka różnych sposobów.
Ostatecznie czymże są te wszystkie psychomachie z mecenasem Kraykowskim, z
ojcem Stefana Czarnieckiego, z arcybelfrem Pimką czy wujostwem Hurleckimi, jak
nie próbą skompromitowania rodzicielskiego autorytetu. Diaboliczny nieco sędzia
ze Zbrodni z premedytacją doprowadzi nawet kochającego syna do
groteskowego uduszenia trupa zmarłego na serce ojca, przeciw pomnikowemu tacie
zbuntuje się też niewydarzony Maciulek z Pampelana w tubie. Wszystkie te
wątki kulminują w Trans-Atlantyku, gdzie kolejno: Witold zdradza ojczyznę
(nie wracając do Europy i nie biorąc udziału w walce), zdradza też solidarność
Polaków na obczyźnie (spiskując z Gonzalem przeciw Tomaszowi), a na koniec obserwuje
biernie przygotowania do morderstwa, jakiego Ignac dokonać ma na ojcu. Spytać
należy, jakich więc korzyści spodziewa się po swoim zaprzaństwie? Nie ulega
kwestii, że w obozie „patriotycznym” jest raczej nieprzyjemnie, o
czym przekonuje wizja Klubu Kawalerów Ostrogi. Ale powieściowy Gombrowicz nie
zostaje wcale czcicielem żywiołowego anarchizmu argentyńskiego milionera;
Gonzalo tyleż go pociąga szerokością gestu, co mierzi jako niewolnik własnych
perwersji. Nie lekceważmy pierwiastka konserwatyzmu w upodobaniach pisarza:
bierze wprawdzie udział w burzeniu starego świata, wzdraga się jednak przed
kompletnym chaosem I nieprzyzwoitością. Nie ma więc u Gombrowicza po prostu
wyrzeczenia się ojczyzny, jest natomiast na to miejsce skłonność do igrania
patriotyczną i narodową formą, do utrzymywania dystansu i zachowania suwerenności
ducha. Oczywiście nazywanie z tego powodu pisarza renegatem, do czego skłonni byli
niektórzy hurrapatrioci, nie ma najmniejszego sensu; Gombrowicz skłonny jest sądzić,
że ten dopiero naród będzie zdrowy, którego obywatele pozostaną swobodni, nie
skrępowani „patriotycznym terrorem” – tak dolegliwym dla co bardziej
nonkonformistycznych jednostek w XIX-wiecznej Polsce. Dlatego, pozostając
„polski” do szpiku kości, jednocześnie kod polskości traktuje nie jak
magiczny po trosze „język tajemnicy” (formuła Stefana Czarnieckiego),
ale jak język żywy, w którym wypowiadać można nowe zdania i nowe myśli.”


 
1 komentarz

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz

 

 
  1. enregistreur audio

    11 października 2012 o 21:03

    enregistreur audio…

    „Trans-Atlantyk” Gombrowicza w reżyserii Grabowskiego. | nacodzien blog…

     
 

  • RSS