RSS
 

Archiwum - Maj, 2008

Zbigniew Herbert – Do Marka Aurelego

29 maj
Do Marka Aurelego

Prof. Henrykowi Elzenbergowi



Dobranoc Marku lampę zgaś

i zamknij książkę Już nad głową
wznosi się srebrne larum gwiazd

to niebo mówi obcą mową

to barbarzyński okrzyk trwogi
którego nie zna twa łacina

to lęk odwieczny ciemny lęk

o kruchy ludzki ląd zaczyna

bić I zwycięży Słyszysz szum
to przypływ Zburzy twe litery
żywiołów niewstrzymany nurt
aż runą świata ściany cztery
cóż nam – na wietrze drżeć
i znów w popioły chuchać mącić eter
gryźć palce szukać próżnych słów
i wlec za sobą cień poległych

więc lepiej Marku spokój zdejm
i ponad ciemność podaj rękę
niech drży gdy bije w zmysłów pięć
jak w wątłą lirę ślepy wszechświat
zdradzi nas wszechświat astronomia
rachunek gwiazd i mądrość traw
i twoja wielkość zbyt ogromna
i mój bezradny Marku płacz

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Diogenes

29 maj

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Gustaw Klimt – Judyta

29 maj
 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Chryste!

28 maj

Doris Lessing, która wraca taksówką (z zakupów), zaatakowana przez dziennikarza. Podchodzi do zaskoczonej pisarki z wielkim mikrofonem zadając pytanie: „Słyszała Pani najnowsze wieści?” Ona na to, że nie. „Wygrała Pani literacką nagrodę Nobla!” „O, Chryste!” – odpowiada noblistka.
 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Panie prezydencie, jak długo kobiety mają czekać na wolność?

24 maj

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

„Trans-Atlantyk” Gombrowicza w reżyserii Grabowskiego.

24 maj


Fragment studium Gombrowicz a ethos szlachecki
z książki prof. Jana Błońskiego Forma, śmiech i rzeczy ostateczne.

Studia o Gombrowiczu, TAiWPN
Universitas, Kraków 2003


Mitologię szlachecką uwikłał [...
] Gombrowicz w relację domu i świata, Polski i Europy. Mój
stosunek do Polski wynika z mego stosunku do formy – pragnę uchylić się Polsce,
jak uchylam się formie – pragnę wzbić się ponad Polskę, jak ponad styl- i tu i
tam, to samo zadanie. (…) W tym sęk, że ja wywodzę się z waszego śmietnika.
We mnie odzywa się to, co wy w ciągu wieków wyrzucaliście jako odpadki. Jeśli
moja forma jest parodią formy, to mój duch jest parodią ducha, a moja osoba
parodią osoby. (00′) Wyrzuciliście na śmietnik to wszystko, co w was było
teatrem i aktorstwem i usiłowaliście o tym zapomnieć – dziś przez okno
widzicie, że na śmietniku wyrosło drzewo, będące parodią drzewa (D I 59-60)*. Jak
zrozumieć to wyznanie, równie wyzywające, co często przytaczane? Domaga się ono
największej lojalności i skrupulatności!. Dzieje kultury polskiej to historia
dociągania się do cudzoziemskich wzorów. Obojętne, czy Polak opowiadał się za
tradycją dawniejszą, chrześcijańską, czy nowszą, oświeceniową… zawsze naśladował,
nie tworzył. To właśnie skazało go na nieautentyczność, na duchową niewolę. Pamiętać
bowiem należy, że Gombrowicz nie uznaje wartości innych niż „międzyludzkie”.
Ściśle mówiąc, nie ma dla niego ani Boga, ani Rozumu, lecz tylko ludzie: pobożni
lub wolnomyślni, scjentyficznie zadufani czy tradycyjnie potulni … Mniema więc
Polak, że ściga abstrakcyjną Wartość. Ale naprawdę idzie w jasyr konkretnych l
u d z i: stara się przypodobać Francuzowi, dorównać Niemcowi, skokietować Anglika…
stąd paradoks: im wyżej wynosi swą ideę Polski – jakakolwiek by była – tym
bardziej zaprzedaje polskość w niewolę! Usiłuje przekonać świat cały, że Chopin
nie gorszy od Mozarta, Sobieski od Nelsona, kościół Mariacki od katedry w
Chartres. Chce być równy w podobieństwie. Ale podobieństwo zakłada zawsze zapożyczenie,
naśladownictwo … Pragnie „podnieść się” w spojrzeniu innych. Lecz
tym samym uznaje obcych za mądrzejszych … Czyżby nie było dla niego ucieczki?
Przez wieki starali się Polacy o dojrzałość, o europejskość. I dlatego wyrzucali na śmietnik to, co
stanowiło ich wyłączną własność: zdolność udawania, aktorstwo, niedojrzałość … złączone
nierozerwal nie ze swobodą, lekkomyślnością, niepowagą. Polacy wstydzą się
dzisiaj jedynej epoki, kiedy na świat spoglądali z góry: sarmackiej. Sarmatyzm
był zaiste „śmietnikiem” polskiego opóźnienia i prowincjonalności. Jak
jednak zmylić szyki Europie, przeciwstawić jej coś, o czym nie miała pojęcia?
Tylko – sięgając do sarmackiej, szlacheckiej tradycji. Romantycy mówili, że
trzeba „przeanielić” Sarmatę. Gombrowicz mniema, że dość go
„ufilozoficznić”. I właśnie z polskiego śmietnika wyrasta
„parodia drzewa” – twórczość Gombrowicza2• Jak to podsumować? Polak z
natury swojej jest Polakiem. Wobec czego, im bardziej Polak będzie sobą, tym bardziej
będzie Polakiem. Jeśli Polska nie pozwala mu na swobodne myślenie i czucie, to znaczy,
że Polska nie pozwala mu być w pełni sobą, czyli – w pełni Polakiem … (D II
23)
Zdanie brzmi jak sofizmat … i właściwie nim jest, bo zmienia zakresy znaczeniowe.
Co jednak znaczy tutaj słowo „Polska”? Otóż: abstrakcyjny wzór polskości,
narzucony nam przez obcych albo przynajmniej – wytworzony na użytek czy pod wpływem
cudzoziemców. Jeśli przyjąć taką definicję – a wiadomo, że les deJinitions
sont libres… –
Gombrowicz będzie mieć słuszność. Rozumiana jako
nieautentyczna forma, abstrakcja, dyrektywa – Polska istotnie pęta Polaka. Prawdziwie
oryginalny (= polski) będzie on dopiero między swymi, w sąsiedzkim kole, w
spojrzeniu znajomym i nieledwie własnym. Będzie może wtedy kapryśny, niedojrzały,
lekkomyślny. Ale na pewno odważny, przekorny, gotów do nowych przygód i doświadczeń.
Ikto wie, czy nie stanie się wkońcu – prawdziwie odpowiedzialny? Po napisaniu Trans-Atlantyku
Gombrowicz zanotował: Skończył się czas mojego wygnania. (…) Gdyż ja ongiś,
za czasów mej młodości w kraju, byłemm wobec Polski zupełnie dziki, nie umiejący
dać sobie rady z nią, bez stylu, niezdolny nawet mówić o niej – ona tylko mnie
męczyła. (…) Dziś rzecz ma się inaczej: powracam z określonymi żądaniami,
wiem czego mam domagać się od narodu i wiem co w zamian mogę mu dać. Stałem się
obywatelem (D II 30). Obywatelem – nie poddanym. Słowo zobowiązuje:
pozwala zapytać o pojęcie narodu, państwa, społeczności. Gombrowicz dziwił się
- może nieszczerze? – że czytelnicy Trans- Atlantyku  nie
oburzali się bardziej na bluźnierczą walkę „ojczyzny” synczyzną„,
której widownią jest powieść. Rozpoznali jednak intuicyjnie tylko intencję
pisarza, ale także – jej tradycyjną genealogię. Albowiem i tutaj można odnaleźć
- choćby zatarty, rozmazany … – szlachecki wzorzec poczucia narodowego. Dla
szlachcica pojęcie „Polski” Było nierozłączne z domem, rodziną, kołem
przyjaciół. Państwo i dom były partnerami równorzędnymi: spraw wielkiej
zbiorowości nie mógł szlachcic mentalnie oderwać od własnych czy sąsiedzkich.
Ojczyzna była czymś w rodzaju luźnego stowarzyszenia – mniej politycznego niż
obyczajowego czy kulturalnego. ,,Rzeczpospolita była federacją sąsiedztw, na
pewno sąsiedztw małych, w dużej części sąsiedztw dużych, wojewódzkich. Aspekt sąsiedzko-federacyjny,
sąsiedzko-federacyjna więź nieformalna była przy tym socjologicznie ważniejsza
niż więź formalna państwowo-polityczna”3. Dlatego na sejmach zjawiali się
także posłowie ziem już utraconych, poddani króla Szwecji czy cara Moskwy. Ale
- znowuż – obywatele szlacheckiej Rzeczypospolitej. Przenieśmy się teraz z
przeszłości w teraźniejszość, z planu społeczno- politycznego na artystyczny i
kulturalny. Czyż Gombrowicz – emigrant w Argentynie – nie czuje się po trosze
takim właśnie cześnikiem parnawskim? Bo przecie kultura narodu to nic innego
jak „rzeczpospolita”: rozchybotana federacja sąsiedzkich państewek,
oczywiście – duchowych. Łączy je wszystkie nie tyle interes, ile s t y l
wspólny, trudna do uchwycenia więź duchowa, która nie tylko nie zaleca, ale wręcz
zabrania podporządkowania racji jednostkowych – zbiorowym. Ze wszystkich stron
takiej rzeczypospolitej rozbrzmiewa huczne: „nie pozwalam”! I przed
tym „nie pozwalam” zbiorowość chętnie ustępuje. Właśnie dlatego, że
swą oryginalność upatruje w tolerowaniu, ba! Popieraniu jednostkowego
przywileju. Gombrowicz nie był wcale nowoczesnym anarchistą. Stabilność,
tradycja były mu nieodzownie potrzebne – przynajmniej jako tło. I tutaj
przypomina się przeszłość. Godziła ona jednostkowe sobiepaństwo ze stadną zgodą,
wybujały indywidualizm ze zdumiewającą jednomyślnością, anarchizm z
konserwatyzmem … Albowiem ojczyzna – udzielając jednostce daleko idących
przywilejów – zapewnia sobie poparcie i jednomyślność szlacheckiego stanu … Taki
jest „filozoficzny” – jeśli wolno powiedzieć – sens złotej wolności. „Wolny
między wolnymi i równy wszystkim czuł się bene natus et possessionatus całkowicie
uprawniony do indywidualnego rozstrzygania w sprawach publicznych”4.
Zapewne, w polityce skończyło się to Targowicą. Ale zamieńmy tylko „sprawy
publiczne” na „duchowe, moralne”, a otrzymamy narodową formułę
oryginalności kulturalnej. Gombrowicz powiada zabawnie, że jego sarmatyzm musi
być „bardziej europejski”, niż dawniej bywało. Jakże sarmatyzm może być
europejski? Ale tę sprzeczność także łatwo rozwiązać: postawa dystansu wobec
idei, form, wartości musi wynikać z dogłębnego po znania i wypróbowania
wszystkiego, co Europa dotychczas Polsce proponowała. W Dzienniku pisarz
przymierza się po kolei do chrześcijaństwa, marksizmu, egzystencjalizmu,
strukturalizmu nawet (podobnie jak do Argentyny, Berlina, Paryża itd.).
Przyswoiwszy zaś sobie to, co mu w danej doktrynie, doświadczeniu czy kraju
odpowiada, radośnie udowadnia, że jednak pozostał sobą, innym. W żadnej
kulturze nie pozwoli się zamknąć i pod żadną doktryną bez niezliczonych zastrzeżeń
nie podpisze. Nikt nie zbuduje Polakowi klatki. Polakowi i… artyście, bo
przecie Gombrowicz zdaje sobie doskonale sprawę, że własną strategię obrazuje
narodowym czy społecznym porównaniem. „Pytanie tylko, czy nie rozszerzam
na naród programu, który jest tylko moją osobistą potrzebą?” (D I 172).
Przymrużywszy więc trochę oko, wolno zastosować do Gombrowicza – roztańczonego
Proteusza – słowa Orzechowskiego: Patrzajcie na hardego wolnością, a świetnego
swobodą na świecie Polaka; szatę nosi Polak znamienitą, to jest równą z swym
królem wolność; k’temu nosi Polak świetny pierścień złoty, to jest szlachectwo,
którym najwyższy niższemu równy w Polszcze jest; ma wołu spólnego z królem
panem swym, to jest, prawo pospolite, które tak jemu, jako i królowi jego w
Polszcze, jako wół równo służy. Takowym będąc Polak, zawsze wesołym w
królestwie swym jest, śpiewa, tańcuje swobodnie, nie mając na sobie niewolnego
obowiązka żadnego…”


 

Fragment eseju Polonia
powielona
z książki prof. Marii Janion

Niesamowita
Słowiańszczyzna. Fantazmaty literatury,

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2007


„Polska kultura narodowa jest
kulturą wybitnie męską. W jej obrazie na plan pierwszy wysuwają się związki
homospołeczne, więzi męskiego braterstwa i przyjaźni. Do idealnych modeli tego
typu związków, opiewanych w rozmaitego rodzaju przekazach, łącznie z podręcznikami
szkolnymi i akademickimi, należą między innymi – w kulturze staropolskiej szlacheccy
„panowie-bracia”, hufce rycerskie, a w kulturze nowożytnej zrzeszeni
w na wpół tajnych stowarzyszeniach filomaci i filareci; walczący o
niepodległość ojczyzny spiskowcy dziewiętnastowieczni; uczestnicy licznych
ruchów młodzieżowych w XX wieku, z których wiele przybierało sobie filomatów za
patronów; legioniści Piłsudskiego. Mickiewicz w wykładach o literaturze
słowiańskiej w roku 1841 w College de France idealizował trwające do czasów mu współczesnych
dawne słowiańskie, głównie wojenne, pobratymstwo. Było to silniejsze niż
pokrewieństwo naturalne, tak zwane braterstwo krwi, występujące zwłaszcza u
Słowian południowych!. „Nic tkliwszego nad miłość braterską” u ludów
słowiańskich, mówił Mickiewicz2• Tworzy się obraz ciągu pokoleń przekazujących
sobie ideał walczącej męskiej wspólnoty. Dominuje w nim patriotyzm, wynoszący
ponad wszystko braterstwo, wytwarzane i podtrzymywane podczas zbiorowych różnorakich
działań, podejmowanych w celach społecznych, wojennych, towarzyskich,
turystycznych. Są to polowania, wędrówki i wycieczki, stowarzyszenia,
korporacje i kluby, potyczki i bitwy. W Polsce szczególnie wielbiona była jako
cudowna męska wspólnota – kawaleria narodowa, husarze i ułani, piękni jak na
malowanym obrazku – do oglądania i podziwiania. Gombrowicz pisał, że gustami
Polaków kierowała „rycersko-ułańska dusza”3. Niepodobna nie docenić
znaczenia form męskiej wspólnoty dla kształtowania się nowożytnego pojęcia
narodu, którego podstawę nieraz określano jako żarliwe braterstwo. Hans
Bliiher, podbudowując teorie nacjonalistyczne, pisał o znamiennym dla mężczyzn
„podwójnym dążeniu”. Jeden jego kierunek wyznacza rodzina, drugi zaś
– męska wspólnota. Tylko ta druga obdarzona jest „socjologiczną
kreatywnością” i potrafi stworzyć państwo. Rodzina bowiem może jedynie
zapewnić przetrwanie gatunku. Związki mężczyzn (Mannerbunde) mają być
wyrazem męskiego podstawowego „popędu ku stowarzyszaniu się”. U jego
początków znajduje się tak zwany dom mężczyzn u ludów pierwotnych i jego
pochodne w postaci tajnych męskich związków. Przeniknięte są one ukrytą, a
nieraz jawną inwersją seksualną, którą Bluher uznaje za wspólną wszystkim
mężczyznom. [... ] Nowoczesne pojęcie narodu oraz powstający wraz z nim
nacjonalizm łączyły się ze stereotypem męskości, zawierającym w sobie
odpowiednio podane cechy męskiej tożsamości. Mitologia męskiej wspólnoty,
bezwzględnej walki i wojennego furora odgrywała tu zawsze szczególną rolę4.
George L. Mosse pisze: „Dynamika nowoczesnego nacjonalizmu opiera się na
ideale męskości. [...] Jako żywy organizm, wypełniony energią, nacjonalizm
pobudzał do kultywowania przyjaźni męskich, Mannerbund, przedstawiających
swą naturą zagrożenie dla przyzwoitości, w obronie której właściwie powstał
nacjonalizm. [ ... ]  Męski eros był
duchem straszącym nowoczesnego nacjonalizmu”5.
Przyjaźń męską chciano
zdecydowanie odróżnić od przyjaźni nacechowanej erotycznie – i tę drugą
potępić. Jednak trzeba przyznać rację Eve Kosofsky Sedgwick, która tworzy
pojęcie kontinuum: na przeciwległych punktach znajdują się konwencjonalne
związki homospołeczne oraz związki homoerotyczne. Jakkolwiek są one sobie przeciwstawne,
to jednak znajdują się w obrębie tego samego kontinuum.  Dlatego autorka może posłużyć się określeniem
„męskie pożądanie homospołeczne”6. W Polsce jest to problem
niezmiernie drastyczny. Gombrowicz, który w Trans-Atlantyku skonfrontował patriotyzm z seksualnością,
objaśniał, że książka dotyka spraw delikatnych”, nie waha się „drażnić
najbardziej wstydliwych miejsc waszych”7. „U nas” bowiem stale
kładzie się wielki nacisk na kategoryczne oddzielanie legalnych i pożądanych
męskich wspólnot – jako patriotycznych i państwowotwórczych – od podejrzanych,
potępianych i represjonowanych homoseksualnych związków. Pamiętam, jakie
oburzenie wśród specjalistów wzbudziło domniemanie Jana Kotta: po zapoznaniu
się z korespondencją filomatów rzucił podejrzenie, że byli oni chyba
homoseksualistami. Nie idzie jedynie o „całowanie usteczek” Antoniego
Edwarda Odyńca, lecz o młodzieńczą ideę miłości męskiej przyjaźni, którą
wykładał Mickiewicz w listach do Jana Czeczota8 Żeby „rozsadzić nasze
dotychczasowe uczucia narodowe” (T-A, s.6) i wyzwolić się spod
przemocy zbiorowości, objawić egzystencjalną pustkę stereotypów narodowych,
Gombrowicz musiał odrzucić polskie wyobrażenie piękności. W Dzienniku podkreślał,
że każdy naród pożąda swojego piękna i artyści mu je dostarczają. W Polsce do
wytwórców urody narodowej zaliczył przede wszystkim Sienkiewicza, ale i
Mickiewicza. „Być urodziwym, pociągającym, ponętnym” (D, s.
353) – taka potrzeba nurtuje szczególnie narody słabe. W Polsce nie do
pomyślenia byłaby myśl bluźniercza, „aby Piękno mogło istnieć poza
Cnotą” (D, s. 354). JW. Poseł w Trans-Atlantyku ogłasza jednoznaczną
wzniosłość sarmatyzmu: ,,O, bo rzecz to pewna, najpewniejsza, że Polak Bogu i
Naturze miły dla Cnót swoich, a głównie dla tej Rycerskości swojej, dla Odwagi swojej,
Szlachetności swojej, dla Pobożności i Ufności swojej!” (T-A, s. 80).
W tej kulturze kanonizacji estetycznej mógł dostąpić „młodzieniec zacny,
bogobojny i poczciwy” (D, s. 354), właściwie już nawet nie
młodzieniec, ale Mąż. Na takiego został wychowany przez Ojca Ignac z Trans-Atlantyku.
Osią powieści jest – mająca według polskich wyobrażeń decydować o Formie narodu
- walka między heteronormatywnością Ojca a homoseksualnością
Cudzoziemca-Gonzala, uwodzącego Syna. Za pomocą pojedynku Ojciec (emerytowany
wojskowy zresztą) ma Gonzala przymusić do Mężczyzny i przywrócić – zagrożony
wskutek jego zalotów do Syna – narodowy honor heteroseksualny9. Ewa Kraskowska trafnie pokazała, że w
„pojedynkach Gombrowiczowskich honor traci swój kulturowy wymiar”
jako podstawa męskiego uniwersum symbolicznego i staje się bezosobową siłą
rządzącą ludzkimi zachowaniami, „pustą formą”10. Nie można było
silniej uderzyć w przysłowiowe polskie poczucie honoru. Mówiąc innymi słowy,
Major „strzałem swoim Krowę chciał zabić”, a z Gonzala „Byka
wywołać, Byka on strzałem przyzywał, aby Krowę zbodła co jemu Syna hańbiła
jedynego …” (T-A, s. 72). Charakterystyczna jest sfera odwołań
animalnych w Trans-Atlantyku. Obok dziwacznych, mieszanych psów Gonzala
(„właśnie piesek mały przeleciał, do wilka podobny, a też do
jamnika”, T-A, s. 83), mamy Zakon Kawalerów Ostrogi, który stanowi
metaforę homo społecznej wspólnoty narodowej. Ale nie wiadomo w końcu, czy to
są Ogiery, czy Kobyły. W ten sposób, w końsko-ziemiańsko-wojskowych
porównaniach, właściwych gawędzie sarmackiej, wyraża się owo kontinuum – od
homospołecznego do homoseksualnego. Autor zaś określa swe położenie jako
szarpanie się „między tą zadawnioną, bezsilną Ojczyzną a nową Synczyzny
religią, religią stawalIia się i przetwarzania: o, niechby uwieść Ojcu Syna, a
niechby Syna spod ręki ojcowskiej wyzwolić, niechby Syn pana Ojca poniósł gdzie
oczy  poniosą …” (T-A, s.
134). Koń – nie wiadomo już, czy jest Ogierem, czy Kobyłą, a może jednym i
drugim jednocześnie. Ojczyzna Ojca zostaje porzucona. Ze względu na temat
Polonii musimy zapytać: a co z drugą figurą tego narodowego dramatu, a więc co
z matką, której zresztą w ogóle nie ma w Trans-Atlantyku’? Autorzy
antologii Nationalisms and Sexualities utrzymują, że kulturach o
dominancie homospołecznej pojawia się pewna prawidłowość, a mianowicie
szczególny stosunek do kobiety jako Matki. Następuje jej totalne uświęcenie.
Matka to „figura idealnej kobiecości, fantazmatyczna kobiecość, która
zabezpiecza związki męsko męskie i męską historię”. Męskie braterstwo
idealizuje macierzyństwo i stara się wykluczyć „wszelkie niereprodukcyjne dyskursy
seksualności z dyskursu narodowego” ll. Ma być on jednoznacznie
heteroseksualny i nastawiony na rozrodczość. Konieczna jest do tego
kobieta-matka. Ona właśnie staje się gwarantką narodowej wspólnoty heteroseksualnej,
jej przyzwoitości i poprawności obyczajowo-politycznej. Elżbieta Ostrowska,
która dokonała nowatorskiej analizy homo społecznego charakteru kultury
polskiej i jej stosunku do matki, zauważa, że w obrębie męskich więzi opartych na
zasadach idealizowanego braterstwa kobiecość przyjmuje przede wszystkim postać
fantazmatu matki. Jej siła polega na tym, że „nie tylko nie zagraża
braterskim więziom, lecz nawet je w pewnym sensie legitymizuje – wszak bracia
muszą mieć matkę”. To Matka-Polka i Matka-Ojczyzna. Panująca polska
„narracja publiczna” wyznacza bardzo określone role Polkom i Polakom12,
a patronką narodu polskiego stała się najbardziej idealna z matek – Matka
Boska. Za pomocą uwznioślenia w kulturowym przekazie matki i macierzyństwa homospołeczna
kultura polska zapewniła sobie patriotyczny konsensus. Jednak trzeba pamiętać,
że na drugim biegunie homospołecznego kontinuum znajduje się ciągle zagrażający
homo erotyzm i homoseksualizm. Zwłaszcza patriotyzm wyradzający się w
nacjonalizm nie może być wolny od tego, co poczytywane jest za wielkie niebezpieczeństwo.
Nacjonalizm nasila więc nastroje homofobiczne, gdyż – spektakularnie oparty na
homospołecznej wspólnocie męskiej – szczególnie narażony bywa na pociąg
homoerotyczny. Stosunek do matki w okresie niewoli narodowej komplikuje się przez
to, że ona umarła i synowie pragną ją wskrzesić. Nieraz przedstawiają ją sobie
jako fantazmatyczną kochankę albo zwycięską rywalkę kochanki, tym bardziej
szukając oparcia w braterskiej wspólnocie. Zwracając uwagę na ambiwalentność
relacji między matką a synem, Marek Bieńczyk pisze, że w polskiej kulturze
matka „jako część rodziny oraz jako kochanka anektuje i często kieruje w
stronę transgresji tanatyczno-kazirodczo-perwersyjnych spory zasób erotyzmu obecnego
w literaturze romantycznej”J3. Tanatyczność porozbiorowej polskiej
Matki-Ojczyzny można uznać za jej cechę górującą.”

 

 


 

Jerzy Jarzębski, Gombrowicz: ucieczka z rodzinnego domu,
„Miesięcznik Literacki” 1988, nr 2-3.

Ta „ojczyzna” w Trans-Atlantyku
zgodnie z etymologią pojęta zostaje jako „sfera ojca”, jego władzy
i autorytetu, ma więc wiele wspólnego po prostu z „ojcowizną”,
„ziemią ojców”, krajobrazem dzieciństwa, ale także – z rygorem trochę
skautowskim, z poddaniem się pod rozkazy i stłumieniem własnej indywidualności.
Wyzwolenie z tej zależności może przebiegać na kilka różnych sposobów.
Ostatecznie czymże są te wszystkie psychomachie z mecenasem Kraykowskim, z
ojcem Stefana Czarnieckiego, z arcybelfrem Pimką czy wujostwem Hurleckimi, jak
nie próbą skompromitowania rodzicielskiego autorytetu. Diaboliczny nieco sędzia
ze Zbrodni z premedytacją doprowadzi nawet kochającego syna do
groteskowego uduszenia trupa zmarłego na serce ojca, przeciw pomnikowemu tacie
zbuntuje się też niewydarzony Maciulek z Pampelana w tubie. Wszystkie te
wątki kulminują w Trans-Atlantyku, gdzie kolejno: Witold zdradza ojczyznę
(nie wracając do Europy i nie biorąc udziału w walce), zdradza też solidarność
Polaków na obczyźnie (spiskując z Gonzalem przeciw Tomaszowi), a na koniec obserwuje
biernie przygotowania do morderstwa, jakiego Ignac dokonać ma na ojcu. Spytać
należy, jakich więc korzyści spodziewa się po swoim zaprzaństwie? Nie ulega
kwestii, że w obozie „patriotycznym” jest raczej nieprzyjemnie, o
czym przekonuje wizja Klubu Kawalerów Ostrogi. Ale powieściowy Gombrowicz nie
zostaje wcale czcicielem żywiołowego anarchizmu argentyńskiego milionera;
Gonzalo tyleż go pociąga szerokością gestu, co mierzi jako niewolnik własnych
perwersji. Nie lekceważmy pierwiastka konserwatyzmu w upodobaniach pisarza:
bierze wprawdzie udział w burzeniu starego świata, wzdraga się jednak przed
kompletnym chaosem I nieprzyzwoitością. Nie ma więc u Gombrowicza po prostu
wyrzeczenia się ojczyzny, jest natomiast na to miejsce skłonność do igrania
patriotyczną i narodową formą, do utrzymywania dystansu i zachowania suwerenności
ducha. Oczywiście nazywanie z tego powodu pisarza renegatem, do czego skłonni byli
niektórzy hurrapatrioci, nie ma najmniejszego sensu; Gombrowicz skłonny jest sądzić,
że ten dopiero naród będzie zdrowy, którego obywatele pozostaną swobodni, nie
skrępowani „patriotycznym terrorem” – tak dolegliwym dla co bardziej
nonkonformistycznych jednostek w XIX-wiecznej Polsce. Dlatego, pozostając
„polski” do szpiku kości, jednocześnie kod polskości traktuje nie jak
magiczny po trosze „język tajemnicy” (formuła Stefana Czarnieckiego),
ale jak język żywy, w którym wypowiadać można nowe zdania i nowe myśli.”


 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Dwulatek, zimny drań.

21 maj

Tekst Magdaleny Miecznickiej z weekendowego wydania „Dziennika”.

Mówiło się o tym od dwóch lat: matka
największego pisarza francuskiego Michela Houellebecqa obsmarowana przez niego
w „Cząstkach elementarnych” za to, że go porzuciła zaraz po
urodzeniu, mści się, pisząc autobiografię. Bomba wybuchła w

ubiegłym tygodniu w Paryżu: Lucie
Ceccaldi wydała książkę UInnocente”
(„Niewinna”), w której przedstawia swoją wersję własnego życia i
osobowości Michela. Idąc na ten wywiad, umierałam z ciekawości. Wielu krytyków
twierdzi, że fundamentem twórczości Houellebecqa jest kompleks matki. Widać to
nie tylko w „Cząstkach …”, lecz we wszystkich innych jego
książkach. Bohaterowie Houellebecqa to ludzie niekochani, porzuceni. Wina matki
Michela wydawała się oczywista jak z podręcznika do psychologii. Podejrzewałam,
że to za sprawą tej demonicznej kobiety powstały teorie Houellebecqa o
samotności człowieka Zachodu. Co się już w literaturze zdarzało. Nie zdarzyło
sie natomiast, by ów toksyczny rodzic postanowił przedstawić swoją wersję
wydarzeń. O tym wszystkim rozmyślałam, wchodząc do obskurnego hoteliku, w
którym zatrzymała się Lucie. Recepcjonistka wskazała mi schody: spotkanie
odbędzie się w pokoju. Wchodzę. Widzę drobną, pomarszczoną staruszkę., Lucie ma
82 lata. Podobieństwo do Michela jest uderzające. Ledwo przekraczam próg, zaczyna
opowiadać o swojej matce, zmarłej dwadzieścia pięć lat temu: – Zamordowali ją
lekarze! – krzyczy i zaczyna płakać. – Tak, bardzo kochałam matkę. Tylko pies
może nie kochać swojej matki! – To aluzja do Michela? – Cóż, w kwestii uczuć
mój syn jest inwalidą. On nikogo nie kocha i nigdy nie kochał. To człowiek
zimny.

- Twierdzi, że to dlatego, że miał
nieszczęśliwe dzieciństwo…

- To bzdury!

Szczęśliwe dzieciństwo

Michel urodził się w 1956 roku na wyspie
Reunion, gdzie Lucie pracowała jako lekarka, a ojciec Rene Thomas dorabiał jako
nauczyciel gimnastyki w sierocińcu. Jego „szczęśliwe” dzieciństwo
zaczęło się od tego, że kiedy miał 5 miesięcy, rodzice wysłali go pod opieką
znajomej samolotem do Francji, do babci ze strony ojca Henriette z domu
Houellebecq. Lucie miała wtedy 30 lat. Urodziła się w 1926 roku w Algierii, w
rodzinie francuskich pieds-noirs. Jako dwudziestolatka została bojowniczką o wyzwolenie
Algierii i należała do organizacji komunistycznej. Studiowała medycynę i jeździła
na Węgry i do Czechosłowacji poznawać dobrodziejstwa komunizmu. Ojciec Michela,
pochodzący ze znacznie prostszej rodziny, przyjechał na Reunion za Lucie. To
ona w tym związku miała lepsze wykształcenie, lepszą pracę i pensję.

- Pani syn uważa, że porzucając go
w dzieciństwie, unieszczęśliwiła go pani na całe życie. Dlaczego to pani zrobiła?
- pytam.

- Bonie miałam czasu go
wychowywać!

- złości się. – Kiedy był dzieckiem,
aż do piątego miesiąca zajmowałam się nim jak każda matka, która nie ma nic
lepszego do roboty. Ale potem musiałam wrócić do pracy. Byłam lekarzem,
musiałam pracować!

Prawda jest trochę bardziej
skomplikowana: już wcześniej razem z mężem zaplanowali długą podróż do Afryki…-
Ta podróż była dlatego, że mieliśmy temperament podróżniczy! – tłumaczy ze
zniecierpliwieniem Lucie. – Nie chcieliśmy rezygnować

z podróży, żeby zająć się dzieckiem.
Babcie, które mieszkały jedna w Algierii, druga we Francji, już go sobie
wyrywały… Michel został u Henriette tylko kilka miesięcy, bo ta postanowiła
wyjść za mąż. Zawieziono go do drugiej babci do Algierii. Przez cztery lata, które
tam spędził, matka odwiedziła go tylko jeden raz, bo jako bojowniczka o wolność
Algierii znalazła się na czarnej liście policji. Co zapamiętała z tej wizyty?

- Już wtedy widziałam, że jest
pozbawiony uczuć. Wszystko było mu obojętne. Zajmował się tylko sobą. Mowa o
dwulatku. Lucie miała potem jeszcze córkę z innym mężczyzną.

- Oddałam ją do adopcji. Moja córka
nienawidzi osoby, która ją wychowała. Myślę, że trochę przesadza. Ze mną ma
teraz poprawne stosunki. Nie gorące, ale bez dramatów.

Lucie rozwiodła się z ojcem
Michela. Zgodziła się na odebranie jej praw rodzicielskich do syna. Dlaczego?

- Formalności mnie przerastały. Dał
mi papiery rozwodowe do podpisania, to podpisałam. Nie zastanawiałam się, co w
nich jest.

W efekcie zafundowała synowi
następującą scenę: kiedy miał pięć lat, do domu dziadków wtargnął obcy mężczyzna,
czyli jego tata, z dwoma spadochroniarzami. Zabrali Michela siłą. Dziecko na
zawsze opuszcza kraj swojego dzieciństwa, słońce, Algierię, dziadków, i jedzie
do Francji. W Algierii trwała wojna, ojciec bał się o syna, choć Lucie
twierdzi, że nic mu nie groziło. Ale we Francji natychmiast oddał Michela
swojej matce.

- Michelowi to było całkowicie obojętne.
To moi rodzice za nim płakali. On nie miał żadnych uczuć.

Tym razem mowa o pięciolatku.

- Potem, kiedy był dorosły, nigdy
nie odwiedzał mojej matki. Ona go o to błagała. Przeniosła, się do Marsylii,
bez przerwy do niego pisała, wysłała mu czekoladki i listy po niego. Żyła tylko
dla niego. On pozostał obojętny.

Michel sam pisał, że jest
niezdolny do miłości. Dlatego że nie kochała go matka. Lucie ma inną teorię.

- Nieprawda, że dziecko potrzebuje
matki. Dziecko potrzebuje miłości, wszystko jedno czy matki, czy dozorczyni. I
Michel był otoczony miłością. Babcie go uwielbiały. Wręcz go rozpuściły. Myślę,
że to główny powód jego podłego charakteru.

Wyzwolona komunistka

W „Cząstkach …”jest
taki ustęp: w przedszkolu w Algierze chłopcy mają zrobić z liści naszyjniki dla
dziewczynek. Chłopcy zgrabnie nawlekają liście. Tylko Brunowi się nie udaje.
„Praca Bruna nie posuwała się po naprzód, liście się kruszyły, wszystko
rozpadało mu się w rękach. Jak im to wytłumaczyć, że potrzebuje miłości? Jak im
to wytłumaczyć bez naszyjnika z liści?”.

- Babcie mówiły mu, że jest
wspaniały, inteligentny. To prawda, był ponadprzeciętnie inteligentny. Miał
zdolności naukowe. W lot pojmował fizykę i matematykę. Miał miłość obu babć. Co
na to Houellebecq? ,,(Babcia) codziennie po lekcjach przychodziła po niego.
Wstydził się, widząc tę małą zasuszoną i wyniszczoną staruszkę, która brała go
za rękę. Inni mieli rodziców” („Cząstki…”).

- Co ja mam z tym wspólnego, że on
jest bez serca? – krzyczy Lucie. -

Co odpowiada za osobowość
człowieka?

- Planety! – i patrzy w niebo.

Michel dorósł więc u babci ze
strony ojca. – Henriette była analfabetką, proletariuszką pełną nienawiści do
burżuazji – mówi z pogardą Lucie, bojowniczka komunistyczna. -Myślę, że go
wychowała w nienawiści do mnie. Zresztą, chciała go na wychowanie przede
wszystkim po to, by dostawać ode mnie alimenty. Michel dorastał na prowincji,
niedaleko Paryża. Ojciec brał go na narty, matka wpadała raz do roku. Jak
meteor: niedostępna, zawsze w

drodze
do ważniejszych spraw, podróży i kochanków. Prowadziła bujne życie miłosne. -
Uprawiałam miłość z kim chciałam, od 18. roku życia. W wieku 21 lat miałam już
kilku kochanków i bardzo złą reputację – przyznaje z dumą. – Ale to nie przeszkodziło
mi w karierze lekarza. Wyzwolenie obyczajowe 1968 roku? Ja byłam wyzwolona już
w latach 40 i to w Algierii. Lucie twierdzi, ze żyła zgodnie z ideałem wolności
osobistej przeciw tradycjom i przesądom. Michel Houellebecq tak pisał o swoim
bohaterze: „Już podczas pierwszego pobytu u matki Bruno zdał sobie sprawę,
że nigdy nie zostanie zaakceptowany przez hipisów; nie był i nigdy nie będzie
pięknym zwierzęciem”. Na tym kompleksie opiera się teoria Houellebecqa, że
wyzwolenie seksualne doprowadziło do kapitalistycznej konkurencji w sferze
seksu i uczuć. Teoria, na której oparty jest pomysł „Platformy”.

-
Skąd u pani syna kompleks odrzucenia?

- Uważał się za brzydkiego, nie
rozumiem dlaczego.

- Czynie dlatego, że widział, jak
pani ugania się po świecie za mężczyznami? Zdaje się, że widział panią jako
piękną i niedostępną, siebie jako brzydkiego, porzuconego…

- Och, są ludzie urodzeni bez
ręki, oni mogą się skarżyć!

Stosunki syna i matki układały się
chłodno, ale poprawnie. Michel studiował rolnictwo, potem poszedł do szkoły
filmowej. Ożenił się z Jacentą i miał syna.

- Wie pani, że Michel robi film na
podstawie „Możliwości wyspy”?

- Wiem. Wszyscy mówią, że jest
okropny.

- Czy to była jego wielka ambicja?

- Tak. Ja na przykład byłam dobrą
fotografką. Zwinął mi nawet mój aparat, ale nigdy nie zrobił dobrego zdjęcia.
Bo Michel nie ma oka. Oko można mieć tylko wtedy, kiedy się zapomni o sobie.

W pewnym momencie Lucie przyznaje:

- Nie byłam złą matką. Po prostu w
ogóle nie umiałam być matką.

Nikt nie lubi
Michela

Po raz ostatni rozmawiali w 1991
roku.

- Zachował się wtedy okropnie.

Pojechałam do Paryża, żeby
zobaczyć jego i jego synka, który miał 9 lat. Zawsze to ja do niego jeździłam.
On się nigdy nie pofatygował do mnie. Zachowywał się jak udzielny książę! Zawsze
był gburem, nikt go nie lubił. Był żałosnym pretensjonalnym typkiem, który
uważał się za pępek świata! – nakręca się, aż muszę jej przerwać.

- Pokłóciliśmy się o wojnę w Zatoce
Perskiej. Michel zaczął wyklinać Arabów, mówić, że islam to idiotyczna religia.
Że trzeba na wszystkich Arabów zrzucić bomby. Zapytałam: dlaczego uważasz, że
trzeba zabić tych wszystkich ludzi? Odpowiedział: dlatego, że jestem
najinteligentniejszy na świecie!

Houellebecq wielokrotnie wychodził
na rasistę. Zaczęło się od postaci Murzyna, który odbiera kobietę
wymoczkowatemu bohaterowi „Poszerzenia pola walki”. Potem była tyrada
przeciw islamowi w „Platformie”. I wywiad udzielony „Lire”, gdzie Houellebecq
nazwał islam najgłupszą religią świata.

- Myśli pani, że Michel naprawdę
jest rasistą?

- Myślę, że chciał mnie zezłościć.
Ale nie robi się takich rasistowskich uwag, jeśli nie jest się trochę rasistą –
dodaje.

W roku ich ostatniej rozmowy
Michel rozwiódł się z Jacentą i związał z niejaką Marie-Pierre, redaktorką
wydawnictwa, które opublikowało jego poezje. Nie podał matce nowego adresu.

- W 1992 roku dostaję od niego na
gwiazdkę list. Ucieszyłam się! Ale zaczynam czytać i oczom nie wierzę. Syn
pisze: „Chcę, żebyście ty i mój ojciec odpokutowali za wasz egocentryzm.
Jeśli chcecie, żebym się do was jeszcze kiedykolwiek odezwał, musicie
utrzymywać mnie przez trzy lata, do czasu, kiedy ukończę moje rozpoczęte
dzieła. Każdy list bez czeku zostanie wyrzucony do śmieci” – Lucie śmieje
się pogardliwie.

Szczególnie rozbawiły ją te
„nieukończone dzieła”.

- Cały Michel! Zawsze uważał, że
jest królem, że wszystko mu się należy.

Nie odpowiedziała na list, nie
przysłała pieniędzy. Po sześciu latach Michel, który tymczasem zmienił nazwisko
z Thomas na Houellebecq, pisze do niej kolejny list. Ten list z czasem
przyniesie mu międzynarodową nagrodę literacką IMPAC oraz pozycję najważniejszego
współczesnego pisarza Francji. Nosi tytuł „Cząstki elementarne”.

W ręce matki trafił przypadkowo.

- W 1998 roku przychodzi do mnie
kolega i zostawia gazetę. Przeglądam i widzę twarz mojego syna.

Jest
artykuł o tym, że dostał nagrodę literacką· Idę więc do księgarni, kupuję
książkę. Nie czytam od razu chcę się delektować – w jej głosie słychać ironię.
- Otwieram książkę i co widzę! Podłe kłamstwa ma mój temat! To mnie naprawdę
dotknęło…

Co
dokładnie znalazło się w książce? Michel Houellebecq uczynił ją  pierwowzorem matki dwóch głównych bohaterów -
przyrodnich braci Michela i Bruna – niejakiej Jacinthy Ceccaldi. I zawarł tam
elementy historii jej rodziny. Jacintha porzuca swoich synów, najpierw Bruna z
pierwszego małżeństwa potem Michela z drugiego. Oddaje ich na wychowanie,
każdego do innej babci: Bruna do Algierii, Michela na wieś pod Paryżem.
Tymczasem sama zajmuje się uprawianiem bujnego życia seksualnego z
młodszymi  mężczyznami. Na temat jej
podejścia do macierzyństwa Houellebecq pisze następująco: „Nudne i
uciążliwe zajęcia związane z chowaniem małego dziecka wydały się małżonkom
trudne do pogodzenia z ideałem wolności osobistej”.

-
Dlaczego uważa to pani za podłe?

-
Bo to są kłamstwa! Pisze, że byłam idiotką utrzymywaną przez bogatych Amerykanów!
A ja nigdy nie byłam przez nikogo utrzymywana! Przeciwnie, to ja robiłam zawsze
za bank Francji dla całej rodziny Houellebecqów – tłumaczy. Opowiada, jak całe
życie dzielnie pracowała. O tym jest jej książka „L’Innoncente”: o jej
studiach medycznych, karierze lekarza, kochankach. Pamięta nawet, ile zarabiała
jako lekarz: 90tys. franków. Nie pamięta natomiast, żeby jej syn kiedyś
okazywał jakieś oznaki samotności. W książce matka pojawia się po raz pierwszy
na stronie 164 i wraca nie więcej niż cztero- czy pięciokrotnie. Z większym uczuciem
opisany jest jej pies Capi.

-
Nie zobaczyła pani w „Cząstkach …” szansy, żeby dowiedzieć się, jak
pani syn przeżywał dzieciństwo? Jaka była jego wersja wydarzeń?

-
Jaka jego wersja wydarzeń?! W rodzinie był minister! A on napisał, że mój
ojciec pochodził z rodziny chłopów! – oburza się.  

Ale
nie dziwię się, że „Cząstki…” tak bardzo dotknęły Lucie. Czyż dotknięcie
jej nie było ich głównym celem? Krytycy zachodzili w głowę, skąd wziął się
niepoprawny politycznie światopogląd wielkiego pisarza Michela Houellebecqa.
Czy to komunizm? Czy faszyzm? A może konserwatyzm? Otóż rzecz wydaje się znacznie
prostsza: to jest przeciwieństwo światopoglądu jego matki.

Mogę
zranić go bardziej

Na łóżku leży Dostojewski. Lucie
wyjaśnia: – Dostojewski w wieku 28 lat był na galerach, potem stracił żonę i
dziecko. On wie, co to jest cierpienie. Pani nie rozumie. Dla mnie ta sprawa z Michelem
to nie jest żaden dramat. Nie zamierzam popełnić
samobójstwa, bo mój syn zachowu je
się tak, jak się zachowuje. Jem tu codziennie obiad w restauracji rosyjskiej, u
Armeńczyka, który jest szczęśliwy, przystojny, pogodzony ze światem, choć
pracuje w restauracji. Dla mnie to jest prawdziwy filozof, a nie mały gnojek,
który ma się za nie wiadomo, kogo.

- Czytała pani inne książki syna?
- przerywam.

-Nie.

-Dlaczego?

- Bo nic mnie to nie obchodzi.

- Nie jest pani ciekawa, dlaczego
cały świat, łącznie z Polską, uważa pani syna za jednego z największych pisarzy
współczesnych?

- To żaden pisarz! Czym jest ta historia
chemika, który się masturbuje? Wielki pisarz to jest na przykład … – podaje
nazwisko jakiegoś Rosjanina. Jest w wieku Michela. – To jest prawdziwy pisarz
…A nie ten gnojek Michel.

- Nie jest pani ani trochę dumna z
syna?

- Wiem, że matki na świecie są
„dumne” ze swoich dzieci…Ale moim zdaniem trzeba być idiotą, żeby
być dumnym z dziecka – mówi z obrzydzeniem. – Można być dumnym tylko z samego
siebie. Ja byłam dobrą obywatelką, dobrą przyjaciółką.

- A jak się miewa pani wnuczek?

- Nie wiem. Nie widziałam go od
czasu, kiedy miał 9 lat. Słyszałam, że miał się nie najlepiej. Że był w
szpitalach psychiatrycznych i tak dalej.

- I nie próbowała pani się z nim
spotkać?

- Nie, a dlaczego miałabym
próbować? Niech sam do mnie przyjdzie, jeśli chce, nie będę się uganiać za
jakimś chłopakiem tylko dlatego, że jest moim wnukiem! – denerwuje się.

- A martwi się pani, słysząc, że
Michel podobno pije?

- Radziłabym mu, żeby spróbował
skręty. To lepsze. Mnie na przykład w Paryżu okropnie brak marihuany…

- Dlaczego napisała pani tę
książkę?

- Tak sobie, bo miałam ochotę.

Skądinąd wiem, jakie są kulisy
powstania książki. Namówił ją do tego Denis Demonpion, dziennikarz, który dwa
lata temu wydał nieautoryzowaną biografię Houellebecqa. Lucie napisała, ale w
jej książce o Michelu było mniej więcej tyle, co w jej życiu. Wydawca kazał jej
napisać posłowie. Napisała 12 stron inwektyw.

- W posłowiu nazywa pani Michela
małym głupkiem i kłamcą. Nie boi się pani, że go zrani?

- O, dostaje tylko za swoje.
Mówię, że jest kłamcą, bo jest kłamcą. Gdybym chciała go zranić, mogłabym

zrobić jeszcze znacznie więcej…”

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Nowoczesna sztuka z Chin – Yue Minjun

20 maj

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Czesław Śpiewa

12 maj

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Nohavica

12 maj

Wyobraź sobie moje zdziwienie, kiedy gdy niosłem tablicę do PWST minąłem Jaromira Nohavicę! Ciekawe czy koncertuje czy też może tylko odwiedza znajomych?

Dopisane:
Jasna cholera! Dowiedziałem się właśnie, że nie tylko koncert dawał, ale na ten koncert szedł! Występował w Filharmonii, jakieś dwieście metrów ode mnie siedzącego na „Krumie” w tym czasie! Ach.
Na pocieszenie: z jego strony można ściągnąć płytę: tutaj.

W PWST po raz pierwszy udało mi się zobaczyć „Kruma” w reżyserii Warlikowskiego i rozumiem ogromny sukces tego przedstawienia. Dawno już nie czułem się tak obrzydliwie podobny. Jakby aktorzy siedzieli we mnie i ze mnie wykrzykiwali swoje kwestie. Zasłużyli na recencję nawet w The New York Times, ale wyraźnie pan recenzent powinien trzymać się Broadwayu.
 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS