RSS
 

Jedna do bólu banalna scenka plus kilka oczywistych spostrzeżeń.

21 sty

Przeprowadziłem się. Nadal do pracy jadę z tej samej stacji, teraz jednak dochodzę do niej inną drogą. Wcześniej – spokojniejszą, przechodziłem obok dwóch szkół, teraz – obok kościoła i niedużego zamku, a wieczorami, kiedy wracam – przez grupę żuli. Kilka rzeczy jednak się nie zmieniło. Stacja leży w niecce, więc i wtedy i teraz najpierw schodzę w dół, a potem, w drodze powrotnej, idę w górę. Są też schody. Obok schodów podjazd dla ludzi z wózkami, dla inwalidów. Zawsze korzystałem ze schodów (teraz, z tych nowych, też), sądzę, że tak należy – nie do mnie należy podjazd. Górka, pod którą teraz podchodzę, jest o wiele bardziej stroma, więc kiedy nią idę odczuwam ból mięśni i specyficzne kłucie w stawach (mam, co ciekawe w relatywnie młodym wieku, reumatyzm), do tego droga wyłożona jest brukiem, który nieprzyjemnie wbija się w moje stopy, gdy mam na nich tylko tenisówki (ostatnio wieje halny, jest cieplej, więc korzystam z tenisówek, w butach zimowych, o grubszej podeszwie i wytrzymalszych, pocą mi się stopy, a przez to czuję się lepki, brudny). Bruk wygląda trochę jak ściana więzienia, a podejście jest na tyle strome, że nie wystarczy podnieść wzroku, by patrzeć na coś innego. Czuję się jak pająk chodzący po murze. Gruby i zmęczony pająk do tego.

Miałem trochę wolnego czasu w pracy, skończyłem czytać „Świat na brudno” Śliwińskiego, egzemplarz od razu położyłem na wypełnionym książkami po brzegi biurku Lektora. On pewnie nie wiedział o jego zniknięciu, jest na urlopie, ale trochę się denerwowałem odkładając jego „Świat…” – pokój był pełen ludzi, a książka trochę podniszczona (nic wielkiego, zagięte rogi itp.). Wszedłem więc szybko, nikomu nie patrząc w oczy, położyłem, jakby to było oczywiste i częste zachowanie, szybko wyszedłem. Moje zdenerwowanie wzrosło ostatnio, gdy dowiedziałem się, że Śliwiński dostał nagrodę im. Wyki. To wszystko się łączy, ma sens – bo w następnym numerze pisma będzie laudacja Stali i recenzja (autora zapomniałem) właśnie tej książki. Myślałem sobie, to logiczne – czy szukali tego egzemplarza do recenzji? Czy pytali się nawzajem gdzie mógł się zagubić? Kto go zabrał? Dlaczego?

Przeczytałem więc te szkice i wracałem do domu bez niczego do czytania, wynudziłem się więc trochę rozmyślając. Wyrzuciłem nawet Dziennik, który kupiłem wcześniej tego dnia. Dlaczego kupiłem Dziennik i paczkę gum Orbit o smaku jabłkowym? Bo dzisiaj są imieniny Agnieszki. To wszystko się łączy i ma sens.
Są imieniny Agnieszki, więc Agnieszkom w pracy dawaliśmy kwiaty. Trzeba się było na nie złożyć, za mnie założyła szefowa, nie miałem jednak jej z czego oddać. Powiedziałem, że jak wrócę z lunchu to oddam, po drodze wybiorę pieniądze. Dzisiaj miałem ochotę na kaszę gryczaną, małą porcję pierogów ruskich (zawsze na jednym talerzu), do tego dodają kwaśne mleko. Wybrałem sto złotych (trzy wydawnictwa i antykwariaty wysyłają mi książki w tym momencie, tj. w tych dniach, musiałem więc mieć większą kwotę, by wykupić swoją literaturę. Przede mną leży awizo, rano nie chciało mi się iść na pocztę, wieczorem jest zamknięta. Wcześniej urząd pocztowy miałem po drodze, teraz muszę nadrabiać kilkaset metrów, nic wielkiego, ale już nie po drodze), jak więc miałem liczyć na to, że wydadzą mi ze stu złotych w barze mlecznym U Stasi? Podszedłem do kiosku stojącego opodal bankomatu, kupiłem Dziennik i paczkę gum. Nie wiem po co mi te gumy, w torbie miałem całe opakowanie – chyba nie chciałem wydawać 1,5 zł – kiedy daję duże banktnoty w kioskach zawsze boję się, że posądzą mnie o wymianę sfałszowanego pieniądza. Kupiłem Dziennik, przeczytałem kilka interesujących (mnie) artykułów (wydanie niezbyt ciekawe, po wyrzuceniu dodatków zostało kilka stron, przeczytałem artykuł o zniesieniu przymusu mundurkowego – jestem przeciw, mundurki nikomu krzywdy nie robią, lepiej wyglądają, szkoła nie jest wybiegem w domu mody, poza tym władza wysyła młodym mylne sygnały, raz wprowadzając nakaz, zaraz go znosząc, to nie budzi do niej szacunku – potem o rzekomej partii Rydzyka – chodzi tylko o referendum przeciw traktatowi z Lizbony – a potem komentarz Matyi o kłótni prezydenta i premiera. Reszta nieciekawa, zanim wszedłem do redakcji wyrzuciłem Dziennik do kosza (czego, jak już wiemy, pożałowałem wieczorem). Zanim wszedłem do redakcji, poszedłem na wydział zobaczyć, czy przed sekretariatem nie ma jakichś ogłoszeń. Nie było, kiedy jednak wychodziłem z budynku Polonistyki zatrzymała mnie pewna kobieta, prosząc o pomoc w jej pracy naukowej. Zgodziłem się, poszliśmy do jednej z sal, gdzie dowiedziałem się, że chodzi o grupowanie czasowników ruchu – mamy ich naprawdę dużo w polszczyźnie – i porównanie tych grup z grupami wyznaczonymi przez użytkowników innych języków. Dostałem kilkadziesiąt kartek z czasownikami takimi jak pływać, biegać, pływać itd., które miałem wedle swojego widzimisę pogrupować. Zrobiłem kilka nierównych ilościowo grup, głównie dzieląc czasowniki ze względu na kierunek – przód, tył, góra, dół – i trochę ze względu na prędkość – maszerować, spacerować, cwałować, biegnąć. Trwało to kilka, kilkanaście minut, kiedy wychodziłem pomyślałem sobie, że to ani specjalnie interesująca praca (naukowa), ani tym bardziej przydatna. No, ale zawsze jakiś pomysł – może na zaliczenie?

Nie miałem więc nic do czytania (w drodze z pracy na stację w trzech antykwariatach i w przejściu pod dworcem, gdzie sprzedają książki, zapytałem o „W czerwieni” Tulli, nigdzie nie mieli), więc wymyśliłem, już w szynobusie, wiersz:

Nie umiem
pisać wierszy.

Oczywiście to nic wielkiego, ale jakoś uczepiłem się tych dwu wersów, patrząc przez okno pojazdu. Było ciemno, niewiele świateł się świeciło, więc nie miałem na co patrzeć, poza tym ktoś wcześniej siedzący na moim miejscu opierał czoło o szybę, przez co była zatłuszczona, obraz za oknem niewyraźny. Próbowałem zetrzeć tłusz ulotką reklamującą apteki, którą znalazłem pod siedzeniem, ale była ona wydrukowana na papierze kredowym, zabrudzenie się „rozmemłało”, ku mojemu zmartwieniu.
Pod koniec jazdy wsiadła kobieta, która kupiła u konduktora bilet:
Kobieta: Pewnie jest jeden bilet, cały?
Konduktor: Tak.
Kobieta: Więc muszę kupić od Krakowa (w znaczeniu – zapłacić całą cenę, mimo przejechania tylko trzech stacji – n.). Można by rzecz, że to niesprawiedliwe.
Konduktor: Tak już jest.
Kobieta: W tramwajach też tak jest.
A nie wszędzie tak musi być. W Szkocji, na przykład, płaci się za ilość przejechanych przystanków – 1, 2-3, 3-5 i powyżej pięciu (o ile pamięć mnie nie myli). U nas się nie przyjęło, chociać to chyba rzeczywiście jest sprawiedliwsze.
Nie mam więc Tulli, którą muszę przeczytać do soboty. Zacznę więc albo:
a) „Teorie literatury XX wieku” Markowskiego i Burzyńskiej
b) „Nowoczesną literaturę polską” Markowskiego
c) „Historię kaznodziejstwa”, nazwiska autora nie pamiętam.
Prawdopodobnie wybiorę książkę pod literą c), ciekawi mnie ona trochę mniej niż pozostałe, ale przychodzi czas pisania pracy rocznej, a w niej znajdę, jak sądzę, ciekawe informacje na temat kaznodziejstwa w Polsce epoki baroku. Mimo to sięgam po „Historię…” z przyjemnością, interesują mnie takie tematy. Chcę przerobić jednak „Teorie…” jak najszybciej, bez tego mam wrażenie, że moje czytanie jest bezprouktywne, niewiele mi daje, niewiele rozumiem. Trochę jak z polską poezją ostatnich dwu dekad, zanim wziąłem się za czytanie szkiców Stali czy Śliwińskiego (w kolejce, zdaje się, Nowacki, Gruszczyński i może Burek, ale pewien cytat z niego w Śliwińskim trochę mnie odstręcza – bo zajmować się literaturą 40 lat i potem tego żałować? Boję się, że i ze mną tak będzie, po co więc już teraz się dołować. Mimo wszystko, nadal, literatura jakoś mnie pociąga – oczywiście mocno zdaję sobie sprawę z jej małego wpływu na cokolwiek w tak zwanych naszych czasach. Mam takie pesymistyczne myślenie, że „te sprawy” idą równo w dół, i za tych kilka lat polonistów będzie się szanowało jeszcze mniej niż dzisiaj, a dzisiaj przecież nie im łatwo. Trzeba się jakoś szanować i, co ważne, nie zamykać w pisarskim getcie kochających się nawzajem, niewiele z tego wynika.)

No, to idę szukać „Historii…”, musi być w jednej z kilku toreb i kartonów, w których mam zapakowane książki. Pisałem przecież, że właśnie się przeprowadziłem.

 
Komentarze (5)

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz

 

 
  1. Ewa Bieńczycka

    22 stycznia 2008 o 10:01

    Dziennik trochę paniczny, chociaż nie w stylu Topora.

    Nie wiem, jak w Krakowie, ale u nas już można książki zamawiać elektronicznie bez żadnych trudności, biblioteka powiadamia jak jest dostępna, jak zbliża się termin zwrotu i wszystko zamawiam w domu. Więc taka forma chyba lepsza, niż korzystanie z cudzych książek.

    A u Pani Stasi nie opłaca się jeść kaszy gryczanej (tylko pierogi), lepiej robić samemu w domu: szklankę kaszy praży się na tłuszczu 3 minuty w garnku stale mieszając i zalewa trzema szklankami osolonego wrzątku. Gotuje tak długo, jak woda wsiąknie w kaszę. Potem do pierzyny, by miała ciepło i by doszła. Taką porcję jem dwa dni. Przez ten miesiąc jem tylko kaszę gryczaną, bardzo lubię.

     
  2. n

    22 stycznia 2008 o 10:34

    I, wedle najnowszych badań, zdrowe! Ubolewa się już nad tym, że nie jemy odpowiednio dużo kasz, zbóż, a gryczana – to kasza! Poza tym Danone wypuścił jogurt naturalny z dodatkiem zbożowym, smakuje fantastycznie.

     
  3. m.s.

    22 stycznia 2008 o 14:17

    Lubię czytać takie notki. I już nie tyle, że zaspokajają moją nadludzką ciekawość.
    Może po prostu podobnie wyglądałby opis mojego dnia? Codzienna codzienność, ale zapisana w taki sposób, że gdzieś tu jest więcej niż tylko wyliczenie.

     
  4. n

    22 stycznia 2008 o 15:03

    Miło, że komuś się to podoba.

     
  5. enregistreur audio

    11 października 2012 o 10:49

    enregistreur audio…

    Jedna do bólu banalna scenka plus kilka oczywistych spostrzeżeń. | nacodzien blog…

     
 

  • RSS