RSS
 

Wciąż ktoś próbuje namierzyć Główny Problem.

20 paź

Czytałem dzisiaj ciekawy tekst Stefana Chwina (którego wciąż znam tylko z publicystyki, rzadko się pojawia w prasie, ale za każdym razem coraz bardziej podobają mi się jego słowa) w weekendowym wydaniu „Dziennika”. Starałem się znaleźć ten tekst na ich internetowej stronie, niestety chyba nie jest jeszcze dostępny w wersji cyfrowej. Zgadzam się w bardzo wielu punktach z Chwinem, a swoją rozprawkę o szczęściu bardzo uogólnia.
Ciężki mi teraz punktować szczególnie trafne myśli pisarza, tym bardziej że nie mam przy sobie nawet papierowej wersji tego wydania, więc przejdę do innych rzeczy.
Chwin słusznie zauważa, że mówimy o szczęściu, że twierdzimy, iż sami je posiadamy (ponoć 78 proc. Polaków tak sądzi), ale inaczej wygląda to w praktyce (chociaż jego przykład, gdzie poranne twarze ludzi zmierzających do pracy jakoś nie wyrażają szczególnego zadowolenia uznaję za niedobry – wszak większość z nas nie lubi swojej pracy i, jak sądzę, większość nie lubi porannego wstawania, miny są zatem adekwatne i nie mówią wiele o wewnętrznych przeżyciach ogólnych, że się tak wyrażę). Przytacza oczywiście sztukę, gdzie to nieszczęśliwi, tragiczni bohaterowie wzbudzają więcej emocji. W wiadomościach też więcej kataklizmów, wojen, napadów itp., niż czegoś pozytywnego (na boku: dzisiaj jest cisza wyborcza i, może tylko mnie się to zdaje?, zauważyłem, że pozytywnych wiadomości w informacjach jest o wiele więcej. Nie chodzi o to, że nie ma kłócących się polityków, ale nawet jakby nagle mniej kataklizmów, mniej mordowania…).
Zawsze pamiętam ciekawy przykład z filmu braci Wachowskich pt. „Matrix”, gdzie jeden z agentów wprost mówi: Zrobiliśmy wam raj, ale wy w takich warunkach żyć nie potraficie. Ciekawe, czy to cecha nabyta (czy Ewa była skuszona przez Złego) czy wrodzona (czy kuszenie było potrzebne? Nb. to kuszenie to też jest dwuznaczne, wszak wąż nie obiecuje niczego, po prostu informuje – poznasz co jest dobre a co złe. I jeszcze jedno – w tych magicznych sondażach, tak ostatnimi czasy hołubionych, gdyby zapytać ludzi: Czy uważasz, że znajomość dobra i zła jest potrzebna?, ilu by zaprzeczyło? Sądzę, że niewielu.).
To temat na szalenie długa i nudną dyskusję pt. czy człowiek jest zły z natury, ale ja piszę o czymś innym. Chwin przytacza m. in. obrazy Watteau jako wyznacznik tego, że kiedyś mieliśmy wyobrażenie szczęścia, raju (nawet sięga po obrazy Boscha, na blogu kiedyś zresztą wieszałem tę boschowską rajską sielankę.). Mówi, że dzisiaj jakby zapomnieliśmy jak sobie wyobrażać. Nie chodzi o to, że nie wierzymy w raj – on po prostu nas nie przekonuje. Innymi słowy – ogród Edenu nie wydaje się dawać nam szczęście.
A co daje? Ubolewać można, zasmucać się czy nawet poczuć mocno zaskoczonym, ale erotyzm w wydaniu libertariańskim. Oglądam niedługi, amatorski film pornograficzny, w którym dwie studentki i dwóch studentów wkraczają w role twórców filmów oznaczanych trzema iksami. One, podniecone, przeczuwają świetną zabawię, jazgoczą, chichoczą (podejrzewam, że mogą być na jakichś środkach). Kiedy we dwójkę zajmują się oralnie studenciną ten kwituje: To jest życie!, czego one zdają się nie słyszeć. Co jednak jest najbardziej interesujące to fakt, że kiedy zaczyna się stosunek w kadr wbiega studentka trzecia, ubrana od stóp po szyję w białą pidżamę i prosi o to, by móc klepać stosunkującą studentkę po tyłku. Ona, typ totalnego mola książkowego, takiej może trochę ciamajdy, niewinnej i naiwnej, może nawet w jakimś sensie moralnej (moralistycznej, o).
Co chcę tymi długimi słowami powiedzieć to to, że owszem, wmawiano nam, że takie krotochwilne przyjemności mogą być przez niedługi czas pociągające, ale niszczą nasze dusze (albo psychikę, zależy kto wierzący a kto agnostyk), i ja w to wierzyłem – że to jest droga ku zatraceniu. Teraz zastanawiam się, czy te dusze nie są już zniszczone. Słowem, czy nie jest za późno. Szczęście musi mieć miano imprezy, jak dziecka – to udanego, jeśli żony – to ładnej, jeśli w pracy – to kreatywnej, ambitnej, wzbudzającej szacunek. To wszystko jest trochę atak na nowe życie, na ten dyktat mass mediów, przez który co słabsi tracą wiarę (nie tylko w Boga, ale również np. w umiarkowanie).
Jeśli szukać Głównego Problemu, należałoby wyjść z początku – a początek może być taki, że po zabiciu mieszczaństwa (ja jestem mieszczanin typu Dulskiej, drobnomieszczanin, uważam to za niezbyt chwalebne, ale w miarę spokojne, nie przeszkadzające innym, światlejszym; gdyby każdy chciał być poetą zatraceńcem, świat byłby okropnością) nie znaleźliśmy nic innego. Owszem, podsuwa się nam teraz meble z Ikei, Magdę M. i inne japiszońskie rozrywki jako odpowiedź na wszelkie frapujące nas pytania, ale moje, może błędne, zdanie jest takie, że wielu japiszonów doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że wybrali nie zadawanie sobie pytań, bo to nic dobrego nie przynosi, raczej cierpienie, jeśli już.
I jesteśmy rozerwani, to nie jest tak, że mamy przed sobą rozstaje dróg i zastanawiamy się którą wybrać. Chodzi o to, że niczym kot Schrodingera idziemy kilkoma drogami na raz, a to już schizofrenia. Każdy też zdaje sobie sprawę z faktu, że szczęście na Prozacu jest iluzoryczne, fałszywe, więc nie jest wiele warte.
Można się okłamywać, ale nigdy skutecznie, co najwyżej spychać problemy i przeć do przodu (jak ja to robię), nie dopuszczać do siebie przykrych myśli. Można też być okłamywanym, tj. żyć w tej iluzji szczęścia (dla okłamywanego jest ono realne), ale, jako się rzekło, nie jest to wartościowe.
Można wreszcie być szczęśliwym, radzić sobie, no, ale powiedzmy sobie szczerze, ilu z Was tak ma?

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz

 

 
 

  • RSS