RSS
 

Dwa wydarzenia ze sfery kultury.

22 wrz

Wczorajszy dzień obfitował w ważne wydarzenia, chociaż jedno rozczarowało, to jednak poprzedzające! Ech…

Z „Tygodnika Powszechnego” dostałem dwuosobowe zaproszenie na koncert „Madrygał włoski na polskim dworze królewskim”.

Madrygał, jako forma muzyczna, poznałem studiując w Stanach. Podchodząc tam dość technicznie do sprawy, Amerykańska profesor przedstawiała nawet współczesny madrygał, w którym amerykański zespół śpiewał o taśmie klejącej (zresztą robili to bardzo sprawnie). Tak poznałem Duct Tape Madrigal. Wtedy byłem tym zainteresowany, ale nie na tyle, ażeby eksplorować temat.

Mając raczej średnio rozwinięty intelekt polubiłem muzykę barokową, renesansową, coś z sielanki, do której przecież zaliczają się madrygały.
Ta forma sztuki wysokiej, jak czytam, wymaga najwyższego kunsztu wykonawców i kompozytora. Jednym z głównych przedstawicieli jest „boski Claudio”, czyli Monteverdi, którego koniecznie na swoim dworze zatrudnić chciał (bezskutecznie) Władysław IV, jako syn dynastii Wazów, która to wprowadziła madrygał na dwór polski.
Podstawowym składnikiem madrygału jest wiersz, najczęściej o tematyce miłosnej, bodaj zawsze świecki. Jako przykład wiersza wykorzystanego w takich pieśniach podam jeden z wykonanych wczoraj, w tłumaczeniu Anny Szweykowskiej:


Ach, bolesne odejście!
Ach, koniec mojego życia!
Odchodzę od ciebie i nie umieram? a jednak
doświadczam Bólu śmierci
I czuję odchodząc
Jak żyje me umieranie,
Które powołuje do życia ból,
Po to, by serce nieśmiertelnie umierało.

To wiersz Giovanniego Battisty Guarini pod tytułem „Ah, dolente partita!”

Zamiast Moteverdiego, Wazom udało się przyciągnął na swój dwór Marco Scacchi, wywodzący się z Rzymu muzyk, który w Polsce spełnił kolejne ćwierć wieku. Zastąpił Lucę Marenzio, który przez dwa lata sprawował kierownictwo nad kapelą królewską za Zygmunta III. Marenzio pojawił się w Krakowie na polecenie samego św. Klemensa VIII w 1595 roku. Był wtedy jednym z najwybitniejszych muzyków, najświetniejszym twórcą madrygałów. Jednak wczorajszy koncert oparty był głównie o utwory jego następcy, wspomnianego Scacchi.

Marco Scacchi był wielbicielem Monteverdiego, od którego był młodszy o około cztery dekady. W wielu utworach naśladował mistrza, jednak był kompozytorem samodzielnym i o uznanej renomie. Pod jego nadzorem na królewskiej scenie miało miejsce około dziesięć premier dramma per musica, wczesnej odmiany opery. Było to zjawisko wyjątkowe w naszej części Europy.
Utwory Scacchiego należą do typu madrygałów koncertujących (zespołowi wokalnemu towarzyszy partia basoo coninuo). Korzystał z tekstów cytowanego powyżej Gueriniego, Giovambattisty Marino i Alessandro Striggio. Monteverdi i Luca Marenzio, inni kompozytorzy z programu wczorajszego koncertu, sięgali również po utwory Francesco Petrarki.

W naszych czasach większość madrygałów Scacchiego nie była wykonywana, gdyż ze zbiory sześciu ksiąg składających się na zbiór Madrigali dochowały się do naszych czasów dwie. Szczęśliwym trafem w końcu XX wieku w Bibliotece Państwowej w Berlinie odnaleziono rękopis sporządzony we Wrocławiu ok. i poł. XVII wieku, zawierający kontrafaktury wszystkich madrygałów Scacchiego, które – w miejsce oryginalnych wierszy włoskich – posiadają religijne teksty niemieckie. Odpowiednie czynności muzykologiczne pozwoliły na przywrócenie kompozycjom ich pierwotnego kształtu. Na koncercie wykonał je zespół Ensamble Vocale Veneto.

Powstała w 1999 roku grupa składa się z wybitnych włoskich wokalistów i solistów. Cristina Miatello, która stworzyła Ensamble, Lavina Bertotti, Elena Biscuola, Michele Da Ros, Paolo Borgonovo, Andrea Favari, Roberto Lorregian, który grał na klawesynie. Wykonali wczoraj prapremierę utworów Scacchiego, którego, jak napisałem powyżej, trzeba było ponownie odkryć i przywrócić jego kompozycjom dawny, włoski blaski.
To tyle historia, przy pisaniu której wspomagałem się programem koncertu i zawartymi w niej informacjami.

Ach, jaki to był koncert! Ech, jaka sceneria! Słowa same chcą wypływać wprost z głowy i zatopić blog w jego spokojnej przecież dotąd, jeziorowej egzystencji!
Może zacznę od miejsca: koncert odbył się w Sali Senatorskiej wawelskiego Zamku Królewskiego. Jak największa i najbardziej reprezentacyjna sala, nadawała się doskonale do przyjęcia takiej muzyki, która przecież wracała do miejsca swoich narodzin. Kiedy słuchałem śpiewu madrygalistów, kiedy wtapiałem się w muzykę cytry, nie mogłem oderwać wzroku od legendarnych arrasów Zygmunta III Wazy, które w tej akurat sali przedstawiały historię potopu i arki Noego.

wejscie_zwierzat_do_arki_duzy.jpg

Kiedy wchodziliśmy do sali, mogliśmy już słyszeć dźwięki klawesynu, który dostrajał Lorregian. Wnętrze klapy było pomalowane w zdaje się rokokowe formy. Warto nadmienić, że renesans tego instumentu nastąpił w XX wieku głównie dzięki znanej polskiej klawesynistce Wandzie Landowskiej, za co chwała Jej po wsze czasy.

A zatem wchodzimy, przemierzając zamkowe krużganki do tej sali, jakbyśmy wkraczali do innego świata, doskonałego świata Dantego, Petrarki, della Franceski czy Giotto.

d254.jpg

Wchodzą śpiewacy i zaczyna się, ale co się zaczyna! Odkąd usłyszałem madrygały na amerykańskim uniwersytecie wiedziałem, że je polubię, ale nie sądziłem że tak bardzo. Jako typu muzyki madrygał odpowiada mi absolutnie, wprowadza w stan uśpienia wszystkich oprócz słuchu zmysłów. Śpiewacy wykonali cudowną robotę, bezbłędną, chciałoby się napisać. Miałem wrażenie, że kiedy otwierali usta to nie dźwięk się z nich wydostawał, ale że to oni pochłaniali powietrze naokoło nich, która to czynność dopiero teraz rozlewała dźwięk po sali, w której siedzieli polscy królowie.

Artyści mieli bardzo różnie osobowości. Jeden ze śpiewaków miał szczególnie humorystyczne usposobienie, innych raczej ponure, ale ich głosy, kiedy w odpowiednich momentach stapiały się w jedno, tworzyły coś nierozerwalnego, całość, o której mówi Giacometti. Dla tej całości, jedni, której wciąż szukam, warto było przed te niemal dwie godziny być, być tam. Nie potrafię już napisać, jak po koncercie dołożyła się do ogólnie euforycznej atmosfery droga naokoło zamku (poprzednie wejście, którym wchodziliśmy na Wawel, wieczorem było zamknięte), kiedy przechodziłem obok wielowiekowych wież, skąpo oświetlonych niebieską lampą. Kiedy przeszliśmy główną bramę zamku, magia madrygału, który wrócił na miejsce swojego powstania, powoli się ulatniała, ale nie całkiem, bo coś tam zakiełkowało, bo był to koncert niezapomniany, bo był to najlepszy koncert w moim życiu (no, może zajmuje pierwsze miejsce wespół z „Aidą”, którą widziałem w Szkocji).

Czas, by przejść do mniej przyjemnego końca wieczoru. Nie tylko z powodu poziomu kolejnego dzieła, ale ogólnej atmosfery w jakim powstało i dlaczego powstało.
„Katyń” Andrzeja Wajdy to film bardzo nierówny i w ostateczności słaby.

17616_9.jpg

Wchodziłem na salę kinową, na której panowała przeciętnie podniosła atmosfera. O Katyniu i zbrodniach popełnionych w innych obozach mówiono ostatnio bardzo wiele, o filmie Wajdy nawet więcej (nie wiem, czy było to słusznie, wydaje mi się, że nie). Gdyby nie ogromne znaczenie samej zbrodni dokonanej na elicie polskiej, film najbardziej znanego polskiego reżysera nie miał by wcale znaczenia.
Przez pierwszych dwadzieścia minut odrzuca nas swoim okropnie propagandowym wydźwiękiem. Jeśli polscy jeńcy to wszyscy przystojni i ogoleni, jeśli ojciec, to kochający, ale również oficer, więc zostawiający rodzinę – bo składał przysięgę. Jeśli wyciskanie łez, to biegnąca po peronie córka wzywająca swojego tatę.
Po jakimś czasie film robi się ciekawszy, ale, jak wskazał Krzysztof Kłopotowski, ugina się pod ciężarem ideologii, tak zwanych formułek.
Kiedy wracałem wczoraj z dziewczyną do domu, późną już nocą, doszliśmy do wniosku, że w tym filmie nie ma w ogóle ról to zagrania. Z wyjątkiem Andrzeja Chyry, który jako oficer wojska po wojnie wstępuje do Ludowego Wojska Polskiego, tracąc zaufanie otoczenia i wikłając się w kłamstwa sowieckie o zbrodni. W końcu, co do przewidzenia, pozbawia się życia, a jego ciało z ogromną szybkością usuwane jest z ulicy, jak jakieś złe wspomnienie, brzydki zapach.
Dobrze zagrała Danuta Stenka jako żona generała, ma ona mocny charakter i przyciąga wzrok. Najbardziej chyba rozwiniętą rolą mogła się pochwalić Maja Ostaszewska, moja ulubiona polska aktorka, która w „Katyniu” zagrała co najwyżej poprawnie, chociaż wciąż dawało się odczuć jakąś sztuczność sytuacji w których się znajdowała, słowem od tego filmu wieje filmem niemal w każdej klatce.
Ale co niszczy go najbardziej to te formułki, o które Wajda co i rusz się potyka. Zamiast opowiedzieć historię kilku osób, które cierpią ze względu na zbrodnie niemieckie i radzieckie, on stworzył postaci drewniane, jak transparenty na protestach, na których wypisane są hasła, ale same w sobie nic nie znaczą. Taką rolę przyznał aktorom reżyser, robiąc z nich przekaźniki, radio, które wypluwa sztucznie patetyczne formułki tak, że i tak nikt nie wierzy w ich prawdziwość. Również muzyka Pendereckiego, którą Wajda sam dobrał do filmu, w ogromnej większości nie pasuje do scen przedstawianych na ekranie, tak jak jej twórca jest zbyt widoczna, zbyt nachalna, a w ostatnich scenach, według mnie najmocniejszych w całym dziele, po prostu skupia na sobie uwagę, zamiast uwagę skupić na tym, co dzieje się w katyńskim lesie, co uważam za największy błąd filmu (chociaż znając temperament i mniemanie o sobie Krzysztofa Pendereckiego, on będzie zadowolony).
„Katyń” to film, o którym się zapomina. Zamiast pokazać tę zbrodnię bardziej osobiście, sam w końcu stracił Wajda ojca w skutek rozkazu Stalina z marca 1940 roku, zaczął się wikłać w ten „defekt polskości”, który wyrzucał młody Cezary Baka.

21Katyn.jpg

Dlatego zgadzam się z felietonem pani Józefy Hennelowej z ostatniego „Tygodnika”, która stwierdza, że jednak najmocniejszym dziełem prawdziwie opisującym tamte potworne wydarzenia jest wiersz Zbigniewa Herberta pt. „Guziki”.


Pamięci kapitana
Edwarda Herberta

Tylko guziki nieugięte
przetrwały śmierć świadkowie zbrodni
z głębin wychodzą na powierzchnię
jedyny pomnik na ich grobie

są aby świadczyć Bóg policzy
i ulituje się nad nimi
lecz jak zmartwychstać mają ciałem
kiedy są lepką cząstką ziemi

przeleciał ptak przepływa obłok
upada liść kiełkuje ślaz
i cisza jest na wysokościach
i dymi mgłą katyński las

tylko guziki nieugięte
potężny głos zamilkłych chórów
tylko guziki nieugięte
guziki z płaszczy i mundurów

 
1 komentarz

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz

 

 
  1. dictaphone numérique

    11 października 2012 o 10:07

    dictaphone numérique…

    Dwa wydarzenia ze sfery kultury. | nacodzien blog…

     
 

  • RSS