RSS
 

Partia Kobiet.

19 wrz

Czy wykorzystując nagie sylwetki założycielek Partia Kobiet nie używa tego, z czym chciałaby walczyć, np. z seksizmem, z pornografią, uprzedmatawiają się z premedytacją? Trochę to mylący sygnał, nawet jeśli ironiczny, nawet jeśli jest policzkiem wymierzonym facetom-zboczeńcom.

nago-plakat.jpg

Czy na tym krótkim filmie nie widzę tylko i wyłącznie konfrontacji? Reagowanie przemocą na przemoc? I zadaję sobie pytanie – czy Partii Kobiet rzeczywiście chodzi o równouprawnienie? W tym względzie jestem mocno sceptyczny.

 
Komentarze (21)

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz

 

 
  1. buk

    19 września 2007 o 19:15

    Ten obraz może wysadzić w powietrze mózg i obieg hormonów Łyżwińskiego!

    Zdjęcie opatrzyłbym innym hasłem: „Wszystko ukryte, nic dla przyszłości”.

     
  2. n

    20 września 2007 o 21:02

    Z komentarzy internetowych i tych zamieszczonych w prasie można wyczytać, że mało kto dał się złapać w pułapkę pani Gretkowskiej. Jest chyba jeszcze zdrowy rozsądek, chociaż na zdjęciach pani Manueli (która i w „Katechetach i frustratach” jest sportretowana) i jej Partii widać wiele zdjęć z uśmiechniętymi kobietami. Zjawiskowe, że na żadnym nie ma mężczyzn. Świeduchowska w swojej książce o elitach krakowskich napisała o szczególnym upodobaniu Gretkowskiej, jakim byli mężczyźni żonaci. Ponoć kiedy w jednym z nich zasmakowała (zakochała się? Chyba powiedzieć o zakochanej feministce to jakby ją obrazić?), więc potem podobno tylko takich wybierała. Ciekawe, czy wtedy myślała o prawach tych żon?

    Żadna też obrończyni równouprawnienia nie wstawia się za Janem Rokitą, którego długa kariera polityczna w kilka chwil zakończyła się skutkiem działań jego żony.
    Może to złośliwe co napiszę, ale gdyby ta sytuacja płciowo wyglądała przeciwnie, tj. gdyby to pan Jan Maria zniszczył karierę pani Nelly, oj, moja złośliwość podpowiada mi ogromne protesty, że gwałci się prawa kobiet (to jest jakby oddzielna kategoria, zdają się mówić feministki, prawa ludzi I prawa kobiet). Może wtedy pan Jan zostałby znokautowany? Widać męskie kobiety szczególnie lubują się w podkreślaniu swej męskości. Gdyby mogły, zapuściłyby brody, a tak pozostaje tylko cios w nos, jak na filmie z kampanii wyborczej Partii Kobiet bądź na filmie z panią Szczuką, do której tutaj podaję link (będąc świadom jednak prowokacyjnego zachowania tego młodziaka. Prowokacja jednak ma to do siebie, że ten kto jest ponad nią pokazuje, że ma większą klasę albo po prostu spokój ducha): http://pl.youtube.com/watch?v=sRiV3E3SMCE

     
  3. buk

    21 września 2007 o 07:15

    Ta golizna limitowana – to żenada. Będziemy mieć somatyczną transparentność jako zasadę polityczną? Będą wchodzić na mównicę gołe, aby dowodzić, że mają czyste intencje? Gdzieś w podtekście jest też ruch antyziobrowy: jestem goła, nie mam gdzie wetknąć dyktafonu.

    Rokita-Althusser ( ten drugi udusił żonę). Boję się, czy R. nie zacznie tłumaczyć rękami… No i ten smętny paradoks: z dwóch inteligencji co błysnęło? Nic. Będzie doradzała prezydentowi, który słucha tylko brata, czyli będzie młócić słomę.

    Szczuka. Modelowała głos schorowanej radiomaryjnej moderatorki, i była to czysta zabawa, to niech słucha o ssaniu pałki, co przecież jest dla tego faceta podmienianiem
    języków takim samym, jaki demonstrowała Szczuka.

     
  4. Ewa Bieńczycka

    23 września 2007 o 08:56

    Do> buka. Przecież to właśnie Manuela Gretkowska poświeciła świętej Faustynie wiele stronic swej książki „Polka”i Sanktuarium w Krakowskich Łagiewnikach, o co tak na blogu zabiegasz, mając pretensje, że temat jest przez polskiego literata nieruszony. Ruszony!
    I, jak Partia zwycięży, będzie w Unii czytany!

    Do> Patryka. Takiemu młodzieńcowi nie należy zajmować się brudną polityką. To nie uchodzi.

     
  5. buk

    23 września 2007 o 12:28

    Co pisała o Faustynie?

     
  6. buk

    23 września 2007 o 13:11

    Co pisała o Faustynie?

     
  7. Ewa Bieńczycka

    23 września 2007 o 18:57

    Oj, nie pamiętam dokładnie, czytałam kilka lat temu, nie mam tej książki.
    W każdym razie w samych superlatywach.
    Przy okazji wieczoru autorskiego pisarka wraz z rodziną nawiedziła Kraków, ale przed wystąpieniem przed publicznością wzięli w trójkę taksówkę i pojechali do Łagiewnik. Pojechali po wsparcie duchowe. Tu nastąpił szczegółowy opis mistycznego wpływu Faustyny Kowalskiej na duszę artysty.
    Z pewnością pisarka będzie ten temat kontynuować w swojej twórczości. Głosujcie na Partię Kobiet!!! (to chyba wklejenie na blogu wspierające?) Jest taka młoda, wszystko ma przed sobą.

     
  8. buk

    23 września 2007 o 21:01

    Rozumiem, że wszystko to- nawiedzenie Krakowa, modlitwa, taksówka, – odbyło się w stanie permanentnej golizny?
    Kiedyś miałem w ręku jej powieści – aplikacje skandalolubne dobre na początek lat. 90.dla wyposzczonego społeczeństwa postkomunistycznego.
    Dzisiaj – wstrętne epatowanie obrazami.Matka-Manuela-Od-Epatowania- Obrazami. Te jej punkty G i różne seksualne transgresje, wyciąga to jak dobra rodzinne…
    Oglądaliście kiedyś blog roquentnina5? Ten drut oddający dwie zderzające się ze sobą miednice – ile sztuki leży w zwojach silników elektrycznych ….

     
  9. Ewa Bieńczycka

    23 września 2007 o 21:45

    Zobaczyłam ten blog. To też reklama? Nie widzę analogii oprócz tej, że i Partia i Blog są tutaj reklamowane.

     
  10. buk

    24 września 2007 o 08:40

    Roquentnin5 – napisałem, bo stężenie tych komentarzy i wizualizacje w typie barbie wychodząca z pochwy wydały mi się jakimś szaleństwem. Jeżeli z taką intelektualną żarliwością percypuje się takie obrazy, to co dzieje się z biegiem neuronów w perpcepcji o wiele elementarniejszych
    zjawisk świata? Ja po prostu nie oglądam i czytam takich egzegercji, musiałem się z nich otrząsnąć.
    Rozmawiamy na blogu, którego właściciel zatopił się w madrygały, ale chyba nie ma pretensji o zajmowanie jego miejsca…
    A te nawiedzone przez Gretkowską Łagiewniki, to jak rozumiem, żart?

     
  11. n

    24 września 2007 o 09:32

    Żadnych pretensji, niech Internet będzie wolny jak tylko może, a zatem nawet niech powstają blogi o narodzinach Barbie, jeśli tylko kogoś to interesuje.

    Nie rozumiem takiej sztuki, ja chyba sztuki nie rozumiem w ogóle, dlatego zwracam się ku takiej, która według mnie ma w sobie po prostu piękno. Nie ma co dyskutować o tym co jest a co nie jest pięknie, nie potrafię mówić o tym do czego służy sztuka, to wszystko zostało już napisane i przepisane wiele razy.
    Zaglądnąłem na tego bloga, oczywiście masa golasów, ale mnie aż tak mocno to nie szokuje, bo twórcy takiej sztuki (?) na to liczą, nie wiem czy na coś więcej. Nie potrafię odróżnić takiego golasa od Nowych szat króla.

    Partii Kobiet oczywiście reklamować nie chcę, pokazuję tylko, że prowadzone przez Manuelę Gretkowską są albo a) jakimś rodzajem tej sztuki szokowania, albo b) nakierowane na konfrontację, bo nie reklamują ich niektóre niesamowicie cudowne głosy operowe czy Agata Szymczewska, a jakaś mistrzyni boksu. A gdyby tak spot Platformy reklamowałby swoje idee za pomocą Andrzeja Gołoty dającego w nos któremuś z Kaczyńskich?

    Ale to nie ma znaczenia, Gretkowska jako artystka nie ma szans na politykę i to chyba dobrze, bo ona polityki (zapewne) robić nie potrafi.
    Podkreśliłem tylko jest brudną ideowość, polityk musi być pragmatyczny bo, jak pisze Marcin Król, polityka to kompromis. Ona nie jest przygotowana na kompromis, ma swoje idee, jakoby kobiety bez niej nie dostawały się do parlamentu, przestały śpiewać arie operowe, jakoby bez Manueli Gretkowskiej słowem nie były szczęśliwe. A ja, przytaczając fragment ze Świeduchowskiej, pytam: jaką szczęśliwością obdarzała ona kobiety, z których mężami spała (bo żonaci sprawiali jej największą, chorą przyjemność)?
    Mogę z tego wnosić, że to nie Polska jest kobietą, ale Maneuela Gretkowska i tylko Manuela Gretkowska jest kobietą, stąd szybki wniosek – towarząc Partię Kobiet chce ona zrobić dobrze tylko sobie.

     
  12. Ewa Bieńczycka

    24 września 2007 o 18:52

    A tak poważnie, to u nas w moim pokoleniu i w branży przeskoczenie z mecenatu partyjnego na kościelny bardzo łatwe i częste, więc Twoje buku zdziwienie i drwina w wypadku pisarki, daremne. Pisarki, która nie musiała już takiej wolty wykonywać, jedynie godzić światy, które się nie znoszą. Trzeba wiedzieć, z kim sypiać, z kim trzymać i w co inwestować by ocalić swój talent.
    A z tym pięknem, to Patryku chyba przesada. Na madrygałach chyba bym padła z nudów.

     
  13. buk

    24 września 2007 o 20:25

    Ale Twoje ziewnięcia na madrygałach nie mają dla nich samych znaczenia. To są zjawiska rozłączne.
    Ziewnięcia nie wchodzą do historii piękna a piękno – np. madrygałów – nie przeklina ziewnięć. I to jest cudowne: krystaliczna rozłączność naszych mniemań i piękna, które ze spokojem nas przeżyje. Podobno po preludium „Don Juana” w Pradze, jakiś gość powiedział do sąsiada: „I po co nam to wszystko?”. Komentator tego epizodu chciał go zesłać do piekieł. Niesłusznie. Przecież stan udręczenia jest już w samym zapytywaniu, gdzie i po co jest piękno.
    Najważniejsze, że sztuka uszlachetnia, jednych mniej, drugich więcej.
    A wiara jest łaską i współpracą z nią człowieka. Nie ma miejsca na strategie.

     
  14. Ewa Bieńczycka

    24 września 2007 o 21:00

    Racja. Tylko coś mi nie pasuje i coś mi podpowiada, że nie tylko ja ziewam, ale i ci, którzy się na siłę uszlachetniają.
    Uszlachetnienie, jak piszesz, nie jest w strategii, a łaska sama nie spływa. Piękno nie działa w zaistnieniu. Trzeba mieć jeszcze kody dostępu. Nie wykluczam, ze Patryk i Jego dziewczyna je posiadają. Natomiast ja ich nie posiadam.

     
  15. Ewa Bieńczycka

    24 września 2007 o 21:29

    Jeszcze jedno. Odbiór piękna, to też twórczość. A twórczość to dyscyplina i wielka uczciwość. Nie można jej sobie zabrać stojącej na półce.

     
  16. n

    24 września 2007 o 22:57

    Odniosłem wrażenie, że moja dziewczyna nie bawiła się tam tak dobrze jak ja, ale może to mylne wrażenie?
    Co do piękna to owszem, zgadzam się – partycypacja w nim bywa darem, którego ja nie posiadam.

    Powiem bardziej samokrytycznie: rzadko zdarza mi się kochać to, co widzę bądź słyszę. Prawie w ogóle, mówiąc szczerze. Do takich przypadków należała szkocka Aida czy królewskie madrygały.

    Madrygał polubiłem już wcześniej, bo one oprócz piękna (a może przede wszystkim) dawały mi trwałe oparcie i spokój, jakąś wiarę w świat.

    I teraz ostateczność, czyli prawda – najlepiej czuję piękno, chociaż brzmi to brutalnie, na ogromnym kacu.
    Nigdy nie potrafię usiąść tak nad książką (np. Muzą łacińską) i tak doskonale ją rozumieć, chyba że mam mocnego kaca. Jak to śpiewał Świetlicki: „Szalenie delikatny jestem na kacu, to taki stan, kiedy byle reklama zmusza do płaczu” (cytuję z pamięci). Rzeczywiście mam wtedy stan jakieś nadmiernej wrażliwości. A może nie tyle nadmiernej, co odpowiedniej? Bardzo to lubię.

    Sądzę, że antycypacja sztuki jest jak wiara w Boga, czyli, jak pisze buk, jest to dar, i te dwa dary chciałbym posiadać ponad wszystko.

    Bodaj w „Dzienniku” przeczytałem ostatnio krytykę staroświeckiego wychowania, napisaną przez jakąś polonistkę z Warszawy. Pisze ona, że nie dziwi fakt, że nawet polonistów nudzi „Obrona Sokratesa”. Kiedy to czytałem przypomniała mi się może dość żenująca scena – leżę bowiem z byłą już żoną na łóżku przed zapadnięciem w sen, ja czytam, ona czyta. Ja czytam „Obronę Sokratesa” i w pewnym momencie mówię jej, bardzo szczerze (i do dziś tak uważam): „Wiesz, czytając tak logicznie wyprowadzone argumenty, tak zrozumiałe i tak mądre (dzisiaj niewiele rozumiem, ani z logiki, a tym bardziej z mądrości) chce mi się płakać”. I autentycznie chciało mi się wtedy płakać, bo w Platonie widziałem jakieś zrozumienie, jakąś stałość i mądrość zrozumiałą nawet dla mnie. Dość podobnie, acz nie aż tak emocjonalnie podchodziłem do tematu, kiedy czytałem „Rozmyślania” Marka Aureliusza w Duthie Park w Aberdeen, otoczony setkami tysięcy róż (ponoć to jedno z największych skupisk róż na świecie czy w Europie).
    I teraz zrozumcie, że jakieś 95 proc. ludzi w moim wieku, nawet moich znajomych, po prostu by mnie wyśmiało za takie zwierzenia.

     
  17. Ewa Bieńczycka

    24 września 2007 o 23:43

    Przepraszam, że krótko, ale nie chciałabym dotknąć.
    Zdaje się, że piszesz o sentymentalizmie, a nie o autentycznym przeżyciu. Odczucia po alkoholu i dragach nie powinny być analizowane.

     
  18. buk

    25 września 2007 o 07:44

    Zastanawiam się czasem nad tym ogromnym ładunkiem emocjonalności, związanym z tragedią katyńską, i to osób, które płaczą, choć straciły będąc dziećmi dalekich krewnych, ale czują się integralną cząstką tragedii, która wciąż się wydarza w pamięci…
    Jest więc jakaś społeczna integracja wobec wspólnych wartości, akt, powiedzmy, współprzeżywania i solidarności, ale zarazem te uczucia – zbyt łatwe? – choć mają ten sam emocjonalny rdzeń, co przeżywanie muzyki, literatury, w żadnym razie nie przelewają się u nas w odbiór sztuki, która po prostu zniknęła ze sceny mediów publicznych, zastąpiona serialami, tańcami gwiazd, całą tą absurdalną rozrywką.
    Dlaczego tak przeżywamy historię, a sprawa kultury – koncert, muzyka klasyczna- rozgrywa sie na marginesach i została kompletnie wyrugowana z mediów?
    Ostatnio pytam siebie: Co u nas dostarcza jeszcze ludziom szczerych niereżyserowanych wzruszeń, co zapada w pamięć?
    Proste pytanie: znajdźcie mi wydarzenie, słowo, gest, który w was wywołał jakieś wzruszenie, a miał miejsce w telewizji publicznej ?

     
  19. n

    25 września 2007 o 11:20

    Ewo, ja nie widzę tam urazy, ba, cieszę się, że tak napisałaś, bo sam o tym nie myślałem. Wiesz, być może jest w tym coś z sentymentalizmu, ale jaki to sentymentalizm? Wtedy staram się sięgać po sztukę najbardziej ambitną i taką, którą w innym stanie nie sposób zrozumieć. Skąd się to bierze? Myślę, że ze skupienia. Mam ogromny deficyt skupienia, nie wiem co to medytacja, ciężko więc mi zająć się czymś na dłużej, w spokoju, powoli. Kiedy więc wpadam w stan tej sentymentalności wśród oparów alkoholu, mogę odciąć się trochę bardziej od otoczenia i skupić na czytanym, oglądanym czy słuchanym dziele.

    Co do Katynia, powiem tak:
    kiedy siedziałem z dziewczyną w sali kinowej, ona zapytała mnie dlaczego tu jesteśmy, dlaczego ten film ma taką prasę, tyle reklam, dlaczego jest takim z amerykańska nazwanym must have, czyli muszę to mieć, zobaczyć. Trochę się zapętliłem, ale powiedziałem jej mniej więcej to, co napisał buk: że to jest współprzeżywanie, bardzo sentymentalne, krótkotrwałe, więc sztuczne, plastikowe, trochę na pokaz (ostatecznie okazuje się, że zawsze na pokaz). Tak było kiedy umierał Jan Paweł II, tak jest z premierą „Katynia”, którą reklamuje elita polityczna, bo nie wypada nie reklamować (a bodaj prezydent – a może premier, naprawdę już nie pamiętam, a nie rozróżniam – powiedział, że każdy Polak powinien ten film zobaczyć, ale przecież on nie może Polaków kijem zapędzić – a pewnie by chciał. Mistrzowski manicheizm polityka PiS-u daje o sobie znać, słowem kto filmu nie zobaczy nie jest Polakiem, patriotą?), to jest usilne wprowadzanie atmosfery takiej, jakby to każdy z nas stracił ojca w Katyniu.

    Czy ten film może wprowadzać w stan melancholii, smutku, może nawet chęci zemsty? Skądże, to film słaby i mało kto w niego uwierzy.

    A jeśli idzie o wzruszenie w telewizji publicznej – wzruszać się trochę wstyd, wzruszenie jest dla pensjonarek. Jako że telewizji w domu nie oglądam, a TVN24 czy Kino Polska od czasu do czasu kiedy jestem u rodziców (mają też ciekawy kanał Wojna i pokój, z rosyjskimi czy radzieckimi filmami, niektóre to okropne sensacyjne blagi w stylu Borewicza, ale tam też widziałem ostatni film Kurosawy, którego nie widziałem, Dersu Uzała, współprodukowany przez Sowietów). Mógłbyś też zapytać kiedy w ogóle ostatnio się wzruszyłem (nie – zachwyciłem, bo to różnica i chyba powinienem rozsądniej korzystać ze słów, z języka. Chciałbym kiedyś być precyzyjny.) i na to też ciężko będzie mi odpowiedzieć. To stało się po odrzuceniu przez moją byłą już żonę, nie winię jej, ale tamto zdarzenie mnie wysuszyło. Natomiast ostatni raz łzy ciekły mi całkiem niedawno, kiedy umierała moja babcia, z którą przecież nie miałem bliskiego kontaktu. To była zawsze zaradna i silna kobieta, zawsze uśmiechnięta, nieznająca zmęczenia i jeśli sądzicie, że przesadzam, to mylicie się, bo taka była w istocie. Kiedy więc zobaczyłem jej przestraszony wzrok na oddziale paliatywnym (okrutny zbieg okoliczności: w marcu umarła moja babcia ze strony matki, a kilka tygodni temu ze strony ojca, o której teraz piszę. Leżały dokładnie na tym samym łóżku w tej samej sali tego samego szpitala, obie zmarły w tym łóżku – chociaż nie widziałem umierania pierwszej, byłem wtedy w Szkocji). Po raz pierwszy w życiu widziałem, że jest bezradna, patrzyła na mnie jakby szukała pomocy, a może zrozumienia? I ona uczyniła taki dziwny gest, kiedy ktoś poprawiał jej poduszkę. Siedziała na łóżku, patrzyła na mnie wzrokiem, który do dzisiaj doskonale pamiętam i wzruszyła ramionami, lekko wypuszczając powietrze, właśnie w takim zrezygnowaniu, że ona chce żyć, ale mimo, że robi wszystko, nie udaje jej się, przegrywa.
    Nie wiem, czy kiedykolwiek zapomnę tę sytuację, ona kilka dni później umarła, dokładnie w czasie, kiedy jechałem do szpitala. To było mocne przeżycie, na pewno nie wzruszające, okropne raczej, ale to nie ona już po śmierci mnie dotknęła, nie jej martwe ciało, któremu ojciec zamykał powieki na moich oczach, ale właśnie kilka dni wcześniej, ten przestrach, bezsilność w kobiecie, która nigdy w życiu nie znała tych uczuć.
    Na jej pogrzebie drugi raz w życiu widziałem ojca płaczącego, przez krótką chwilę, kiedy wkładali trumnę do grobu, jak mi później powiedział wtedy uderzyło go to z całą siłą, świadomość, że jego matki już nie ma. Mój ojciec, człowiek ponadprzeciętnie twardy, silny, nie ulegający wzruszeniom czy sentymentowi. Pewnie ma to po mamie.

     
  20. Ewa Bieńczycka

    25 września 2007 o 15:02

    Nie wiem, co odpowiedzieć. Nie oglądam telewizji i nie mogę niczego polecić.
    W moim pojęciu sentymentalny pijak jest stanem nie nadającym się do analiz. Natomiast tylko zwyrodnialcy i patologiczne jednostki nie są w stanie poprawnie przeżywać rodzinnych tragedii wpisanych w los ludzki, więc nie jest to ani dowód na nadwrażliwość, ani na jej brak. Natomiast doświadczanie katharsis w czasie odbioru sztuki wysokiej nie każdemu się udaje. Tak jak z orgazmem kobiecym, najczęściej udawanym. Więc jesteśmy zazwyczaj jedynie w aurze snobizmu. Tak sądzę.

    (zobaczyłam to video z madrygałem. Okropne. Może Katyń lepszy, chociaż zaufałabym pytaniu Twojej dziewczyny, dlaczego to oglądamy. Wajda zawsze jest okropny))

     
  21. dictaphone numérique

    11 października 2012 o 18:14

    dictaphone numérique…

    Partia Kobiet. | nacodzien blog…

     
 

  • RSS