RSS
 

Nusrat Fateh Ali Khan. Kawwali.

05 wrz

aaaanv5.jpg


Nusrat Fateh Ali Khan uważał, że muzyka ma ułatwić powrót do pierwotnego braterstwa. „Bez nienawiści, bez zwracania uwagi na rasę, religię i kolor skóry. Chcę, żeby dzięki duchowości stali się bardziej szczerzy, mniej martwili się o świat doczesny, w którym nie mogą się przecież odnaleźć”. Tak prosta, ekumeniczna wykładnia mistycyzmu muzułmańskiego pozwalała mu pokonywać bariery między religiami.
Album Nusrata Fateh Ali Khana „Mustt Mustt”, gdzie artysta śpiewa do muzyki Michaela Brooka, był na Zachodzie bestsellerem. Producent przyznaje dziś, że nie rozumiejąc słów pieśni Pakistańczyka, pociął teksty tak, iż zupełnie straciły sens. Większość europejskich i amerykańskich muzyków pracujących z wokalistą nie miała pojęcia, o czym on śpiewa. Peter Gabriel mówił o nim „Pavarotti Pakistanu”, zapominając, że kawwali nie jest rozrywką, jak muzyka operowa. W 10. rocznicę śmierci Nusrata jego następca musi przypominać, że utwory mistrza były modlitwą.

Kawwali to, w największym uproszczeniu, religijna muzyka muzułmańska, specyficzna dla dzisiejszych Indii i Pakistanu forma kontaktu z absolutem. Wokaliści przy wtórze harmonium, bębnów i klaskania opiewają Boga, jego Proroka oraz potomków Mahometa i świętych muzułmańskich ascetów z obszaru subkontynentu indyjskiego. Większość tekstów oraz melodie powstały przed wiekami, łącząc tradycje klasycznej muzyki indyjskiej i świata islamu, ale w kawwali przez stulecia pojawiły się nowe instrumenty i interpretacje.

Niezależnie od wszelkich zmian formalnych koncerty tej muzyki są ceremonią religijną. W jej trakcie zarówno muzycy, jak i słuchacze powinni oderwać się od codziennej rzeczywistości, uwolnić ducha i doznać stanu oświecenia.

Nusrat Fateh Ali Khan mówił o swoim ojcu, wielkim wokaliście, że po śpiewaniu potrafił płakać przez wiele dni i nie odzywać się do nikogo, zanurzony w kontemplacji. O jednym z mistrzów muzułmańskich opowiadano, że słysząc w kawwali słowa o „męczennikach ginących od sztyletu oddania się Bogu”, umierał. Potem zmartwychwstawał przy kolejnej linijce: „Niewidzialny przywraca męczenników do życia każdego ranka”. Tak wielka miała być siła pieśni, poezji po persku lub w języku urdu i hindi.

Za twórcę gatunku uważa się Amira Khusro, derwisza i poetę żyjącego w Delhi na przełomie XIII i XIV w., którego grobowiec do dziś jest miejscem kultu. Już przed wiekami w niektórych bractwach mistyków muzułmańskich – sufich – używano muzyki i poezji jako dopełnienia zwykłej modlitwy. Przed takim obrzędem należało obmyć się, tak jak przed nabożeństwem w meczecie. Często nie dopuszczano do seansów mężczyzn zbyt młodych, nieposiadających jeszcze brody. Jako niewprawieni w medytacji mogli zatracać się w dźwiękach na zupełnie świecki sposób, tak jak to czynimy my w Europie. Zawsze pilnowano religijnego sensu wydarzenia, tym bardziej że wielu konserwatywnych filozofów i prawników islamskich krytykowało taką formę wielbienia Boga.

600 lat tradycji

Podobnie jak wiele innych kunsztów artystycznych, tradycja śpiewania i grania kawwali przechodzi z ojca na syna. Rodzina Nusrata Fateh Ali Khana powołuje się na korzenie sięgające właśnie XIV w., wywodziła się jeszcze z czasów muzułmańskich rządów w Delhi. Wokalista urodził się w stanie Pendżab, w 1948 r., już po podziale regionu między Indie a Pakistan.

Kawwali prawie od początku promowane było w Pakistanie jako muzyka nowego muzułmańskiego państwa. Artyści cieszyli się opieką nie tylko państwa, ale także potężnych bractw sufickich; ich uroczystości uświetniane są m.in. koncertami, podczas których muzyków obsypuje się banknotami. W 1967 r. powstaje telewizja pakistańska, która powoduje nową rewolucję w kawwali. Artyści, dawniej grający tylko na grobowcach świętych ascetów muzułmańskich, stają się postaciami medialnymi. Muzyka, wykorzystywana coraz częściej do promocji kraju za granicą, odrywa się od swoich korzeni. Kawwali staje się też demokratyczne, koncerty nie są już dostępne wyłącznie dla religijnej elity. Nusrat Fateh Ali Khan w swojej działalności kontynuował te procesy.

Jego ojciec, również wielki mistrz kawwali, nie dożył już tej epoki. Kiedy zmarł w 1964 r., syn (którego co prawda wcześniej uczył śpiewu, ale Nusrat nie był zbyt dobrym uczniem – miał więc zostać lekarzem lub inżynierem) miał sen inicjacyjny; we śnie ojciec dotknął jego gardła i kazał mu śpiewać, a ten obudził się już z „pieśnią na ustach”. Pierwszy publiczny występ późniejszej gwiazdy miał miejsce w wieku 16 lat, na ceremonii żałobnej 40 dni po śmierci ojca. Zaczynał więc karierę bardzo późno (on sam swojego następcę, bratanka Rahata, uczył, kiedy ten używał jeszcze smoczka).

Później Nusrat Fateh Ali Khan był kształcony dalej przez swoich wujów. Dopiero po ich śmierci w 1971 r. stał się głównym wokalistą rodzinnego zespołu. Zdobywał coraz większą sławę w Pakistanie, ale o kawwali nie słyszał wtedy nikt poza subkontynentem. Emigracja do Europy i USA spowodowała jednak, że także tam pojawili się odbiorcy tej muzyki. Jednocześnie coraz silniejsze stawało się zainteresowanie muzyką etniczną wśród zachodniej publiczności. W 1982 r. pierwszy zespół kawwali z Pakistanu zagrał na kultowym dziś festiwalu world music WOMAD. Nowi słuchacze kawwali, obserwując ekstatyczne reakcje emigrantów z Azji, wczuwali się w egzotyczną muzykę, nie rozumiejąc oczywiście jej sensu. Muzułmanie z Azji wpadali w boski trans, słuchając kawwali, potrząsając głową czy tańcząc. Nowi fani robili to samo, nie mając często pojęcia, że słuchają pieśni o Mahomecie.

Nusrat uważał, że najważniejsze jest budowanie międzycywilizacyjnych mostów, nawet jeśli ucierpi na tym sam przekaz. Muzyka ma ułatwić powrót do pierwotnego braterstwa. „Bez nienawiści, bez zwracania uwagi na rasę, religię i kolor skóry. Chcę, żeby dzięki duchowości stali się bardziej szczerzy, mniej martwili się o świat doczesny, w którym nie mogą się przecież odnaleźć”. Tak prosta, ekumeniczna wykładnia mistycyzmu muzułmańskiego pozwalała mu pokonywać bariery między religiami.

7 lat sławy

Lata 90. to rozkwit zachodniej kariery Nusrata Fateh Ali Khana. Koncertuje w USA, między innymi jako visiting professor jednego z uniwersytetów. Nagrywa z europejskimi artystami: z Eddie Vedderem muzykę do filmu „Dead man walking”, z Peterem Gabrielem ścieżkę dźwiękową do „Ostatniego kuszenia Chrystusa”. Młodzi artyści ze sceny azjatyckiej są nim tak zafascynowani, że łączą głos kawwala z elektronicznymi rytmami. Nusrat staje się dla nich łącznikiem między setkami lat tradycji a nowoczesnością i eksperymentem. Ma do wszystkich zaufanie, nie potrafi sobie wyobrazić, że ktoś może wykorzystywać jego muzykę w nieodpowiedni sposób. Pomimo sławy jest nadal skromnym muzykiem, który nie narzeka na ciężkie trasy, nie kontroluje wydań setek swoich płyt.

Peter Gabriel spytał się kiedyś Nusrata, czy chce zrobić muzykę do filmu „Urodzeni mordercy”. Artysta nie chciał obejrzeć materiałów zdjęciowych, nie rozumiał zachodniej popkultury. Wszystkich chciał obdarowywać swoją modlitwą, uważał chyba, że jej przekaz obroni się w każdym kontekście. Później wspominał, że bardzo żałował tego, jak zostały wykorzystane niektóre fragmenty muzyki u Oliviera Stone’a. Zgodził się jednak także na wykorzystanie utworu o jednym ze świętych muzułmańskich w reklamie coca-coli. Dziennikarce BBC powiedział wtedy, że przesłanie miłości powinno dotrzeć do jak największej ilości ludzi.

Ze wszystkich wspomnień o Nusracie Fateh Ali Khanie wynika, że motorem jego działań w Europie i Ameryce nie były pieniądze. Wystarczy zresztą obejrzeć jego występy, żeby to zrozumieć. W przeciwieństwie do innych kawwalów, obwieszonych dewocjonaliami, on potrafił wyjść na scenę w starym swetrze. Śpiew był dla niego modlitwą, zawsze podkreślał, że to Bóg wszystko daje i odbiera. Legendy mówiły, że kiedy śpiewa, jego serce bije w rytm utworów. Oprócz muzyki modlitewnej miał tylko jedną pasję: jedzenie. Dzięki temu w oczach zachodniej publiki nie wyglądał jak muzułmanin, lecz jak Budda. Nie nosił zarostu, łysiał, swoją fizjonomią mógł łatwo wpasowywać się w newage’owe wyobrażenia. Lekarz ostrzegał go, że musi ograniczyć swoje pasje. Zmarł nagle, u szczytu kariery, w Londynie, 16 sierpnia 1997 r. W Pakistanie jest kochany i ozdabia znaczki pocztowe. Z drugiej strony odsądza się go od czci i wiary, za to, że pozwalał na świecki odbiór muzyki religijnej. Jednak proces zeświecczenia kawwali zaczął się w jego ojczyźnie dużo wcześniej.

Dziś nagrane przez Nusrata utwory wciąż rozbrzmiewają na straganach i w autobusach subkontynentu. Sam słuchałem ich kiedyś, jadąc z pielgrzymami na sufickie święto. Wierni znali na pamięć słowa pieśni i rozumieli ją, śpiewali o świętym, jadąc na jego grób, i była to dla nich modlitwa. Słuchacze na Zachodzie przynajmniej mieli szansę dostrzec, że islam to przesłanie miłości, a nie nienawiści. A oto właśnie chodziło Mistrzowi. Jednak losy kawwali i Nusrata w świecie zachodnim powinny być ostrzeżeniem dla wszystkich zwolenników dialogu międzykulturowego. Czasem próby przeniesienia elementów Wschodu do naszego świata pozbawiają je całkowicie pierwotnych znaczeń. Muzyków zachodnich interesowała tylko artystyczna forma śpiewu Nusrata, nie treść. W „tłumaczeniu” kultur często gubi się sens.
Max Cegielski dla „Tygodnika Powszechnego”

 
Komentarze (2)

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz

 

 
  1. Armand

    22 maja 2010 o 06:57

    Dobrze napisałeś. No i piekny ten fragment podróży muzycznej na końcu. Wzruszające i uniwersalne.
    Armand.

     
  2. enregistreur vocal

    11 października 2012 o 17:48

    enregistreur vocal…

    Nusrat Fateh Ali Khan. Kawwali. | nacodzien blog…

     
 

  • RSS