RSS
 

Archiwum - Wrzesień, 2007

Błąd oprogramowania serwera.

27 wrz

Jak można zauważyć, po prawej stronie tuż pod archiwum od jakiegoś czasu pojawia się dziwna noga na jasnobłękitnym tle. Wgryzłem się w kod strony, wyczyściłem wszystkie tagi, zrobiłem wszystko co w mojej mocy, ba, nawet kolegę informatyka o pomoc prosiłem – i nic!
Zupełnie już zrozpaczony napisałem do właściciela serwisu blog.pl, skąd przekierowano mnie na ich pomoc techniczną. Dostałem taką dziwną, bo dla mnie nie bardzo zrozumiałą odpowiedź. Kiedy napisałem o uściślenie, nie dostałem odpowiedzi.
Od: pomoc@blog.pl
Do: nacodzien.blog.pl
Data:27.09.2007
Temat: RE: Problemy z blogiem.

Witam,
szanownego użytkownika (-czkę) informuję, że problem przez Pana (Panią) zgłoszony nie ma podstaw. Kilku programistów pracujących dla blog.pl starało się rozwiązać tę dziwną sytuację, ale nic to nie dało. W końcu nasz dostawca pizzy, zupełnie przypadkowo zauważając rysunek z nogą zaśmiał się i powiedział nam w czym rzecz.
Osoba ta stwierdziła kategorycznie, że jest to część obrazu cyfrowego, przedstawiającego biegnącego człowieka (niestety nie chciał podać jego imienia, twierdzi, że nie wiedział nic poza jego tytułem naukowym – doktora).
Ogromnie zaskoczeni przepytaliśmy dostawcę skąd ma tę wiedzę i wtedy stała się rzecz wręcz niebywała! Za oknem naszego biura pojawił się krogulec (to taki mały jastrząb) i intensywnie uderzał dziobem w szybę. Dostawca pizzy okropnie zaczął wrzeszczeć i bardzo szybko wybiegł z pokoju, rozrzucając po drodze fotele. Staraliśmy się pobiec za nim, ale nic to nie dało – może to dziwne, ale on jakby zniknął na klatce schodowej (nie skorzystał z windy!). Kiedy wróciliśmy do biura ptaka już nie było, ale problem z dziwną nogą wciąż jest nierozwiązany.

Wciąż badamy ten problem, ale tylko tyle mogę Panu (Pani) napisać na tę chwilę.

Pozdrawiamy i przepraszamy za niedogodności!

Ekipa techniczna blog.pl

 
Komentarze (25)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Donna voi vi credete – Giovanni Battista Guarini

25 wrz


O Pani, sądzisz
Że zabrałaś mi serce
Zabierając mi twoją Miłość.
Próżna myśl, [że] kto nie ma serca jest martwy.
A ja spostrzegłem się,
Że jestem na tyle dużo bardziej żyw niż zwykle,
Na ile jestem oddalony od Ciebie.
Przeciwnie, byłem martwy i gdy Cię opuściłem
Odżyłem tak, że nie umrę już nigdy.

Tłumaczenie: Aleksandra Patalas

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Dwa wydarzenia ze sfery kultury.

22 wrz

Wczorajszy dzień obfitował w ważne wydarzenia, chociaż jedno rozczarowało, to jednak poprzedzające! Ech…

Z „Tygodnika Powszechnego” dostałem dwuosobowe zaproszenie na koncert „Madrygał włoski na polskim dworze królewskim”.

Madrygał, jako forma muzyczna, poznałem studiując w Stanach. Podchodząc tam dość technicznie do sprawy, Amerykańska profesor przedstawiała nawet współczesny madrygał, w którym amerykański zespół śpiewał o taśmie klejącej (zresztą robili to bardzo sprawnie). Tak poznałem Duct Tape Madrigal. Wtedy byłem tym zainteresowany, ale nie na tyle, ażeby eksplorować temat.

Mając raczej średnio rozwinięty intelekt polubiłem muzykę barokową, renesansową, coś z sielanki, do której przecież zaliczają się madrygały.
Ta forma sztuki wysokiej, jak czytam, wymaga najwyższego kunsztu wykonawców i kompozytora. Jednym z głównych przedstawicieli jest „boski Claudio”, czyli Monteverdi, którego koniecznie na swoim dworze zatrudnić chciał (bezskutecznie) Władysław IV, jako syn dynastii Wazów, która to wprowadziła madrygał na dwór polski.
Podstawowym składnikiem madrygału jest wiersz, najczęściej o tematyce miłosnej, bodaj zawsze świecki. Jako przykład wiersza wykorzystanego w takich pieśniach podam jeden z wykonanych wczoraj, w tłumaczeniu Anny Szweykowskiej:


Ach, bolesne odejście!
Ach, koniec mojego życia!
Odchodzę od ciebie i nie umieram? a jednak
doświadczam Bólu śmierci
I czuję odchodząc
Jak żyje me umieranie,
Które powołuje do życia ból,
Po to, by serce nieśmiertelnie umierało.

To wiersz Giovanniego Battisty Guarini pod tytułem „Ah, dolente partita!”

Zamiast Moteverdiego, Wazom udało się przyciągnął na swój dwór Marco Scacchi, wywodzący się z Rzymu muzyk, który w Polsce spełnił kolejne ćwierć wieku. Zastąpił Lucę Marenzio, który przez dwa lata sprawował kierownictwo nad kapelą królewską za Zygmunta III. Marenzio pojawił się w Krakowie na polecenie samego św. Klemensa VIII w 1595 roku. Był wtedy jednym z najwybitniejszych muzyków, najświetniejszym twórcą madrygałów. Jednak wczorajszy koncert oparty był głównie o utwory jego następcy, wspomnianego Scacchi.

Marco Scacchi był wielbicielem Monteverdiego, od którego był młodszy o około cztery dekady. W wielu utworach naśladował mistrza, jednak był kompozytorem samodzielnym i o uznanej renomie. Pod jego nadzorem na królewskiej scenie miało miejsce około dziesięć premier dramma per musica, wczesnej odmiany opery. Było to zjawisko wyjątkowe w naszej części Europy.
Utwory Scacchiego należą do typu madrygałów koncertujących (zespołowi wokalnemu towarzyszy partia basoo coninuo). Korzystał z tekstów cytowanego powyżej Gueriniego, Giovambattisty Marino i Alessandro Striggio. Monteverdi i Luca Marenzio, inni kompozytorzy z programu wczorajszego koncertu, sięgali również po utwory Francesco Petrarki.

W naszych czasach większość madrygałów Scacchiego nie była wykonywana, gdyż ze zbiory sześciu ksiąg składających się na zbiór Madrigali dochowały się do naszych czasów dwie. Szczęśliwym trafem w końcu XX wieku w Bibliotece Państwowej w Berlinie odnaleziono rękopis sporządzony we Wrocławiu ok. i poł. XVII wieku, zawierający kontrafaktury wszystkich madrygałów Scacchiego, które – w miejsce oryginalnych wierszy włoskich – posiadają religijne teksty niemieckie. Odpowiednie czynności muzykologiczne pozwoliły na przywrócenie kompozycjom ich pierwotnego kształtu. Na koncercie wykonał je zespół Ensamble Vocale Veneto.

Powstała w 1999 roku grupa składa się z wybitnych włoskich wokalistów i solistów. Cristina Miatello, która stworzyła Ensamble, Lavina Bertotti, Elena Biscuola, Michele Da Ros, Paolo Borgonovo, Andrea Favari, Roberto Lorregian, który grał na klawesynie. Wykonali wczoraj prapremierę utworów Scacchiego, którego, jak napisałem powyżej, trzeba było ponownie odkryć i przywrócić jego kompozycjom dawny, włoski blaski.
To tyle historia, przy pisaniu której wspomagałem się programem koncertu i zawartymi w niej informacjami.

Ach, jaki to był koncert! Ech, jaka sceneria! Słowa same chcą wypływać wprost z głowy i zatopić blog w jego spokojnej przecież dotąd, jeziorowej egzystencji!
Może zacznę od miejsca: koncert odbył się w Sali Senatorskiej wawelskiego Zamku Królewskiego. Jak największa i najbardziej reprezentacyjna sala, nadawała się doskonale do przyjęcia takiej muzyki, która przecież wracała do miejsca swoich narodzin. Kiedy słuchałem śpiewu madrygalistów, kiedy wtapiałem się w muzykę cytry, nie mogłem oderwać wzroku od legendarnych arrasów Zygmunta III Wazy, które w tej akurat sali przedstawiały historię potopu i arki Noego.

wejscie_zwierzat_do_arki_duzy.jpg

Kiedy wchodziliśmy do sali, mogliśmy już słyszeć dźwięki klawesynu, który dostrajał Lorregian. Wnętrze klapy było pomalowane w zdaje się rokokowe formy. Warto nadmienić, że renesans tego instumentu nastąpił w XX wieku głównie dzięki znanej polskiej klawesynistce Wandzie Landowskiej, za co chwała Jej po wsze czasy.

A zatem wchodzimy, przemierzając zamkowe krużganki do tej sali, jakbyśmy wkraczali do innego świata, doskonałego świata Dantego, Petrarki, della Franceski czy Giotto.

d254.jpg

Wchodzą śpiewacy i zaczyna się, ale co się zaczyna! Odkąd usłyszałem madrygały na amerykańskim uniwersytecie wiedziałem, że je polubię, ale nie sądziłem że tak bardzo. Jako typu muzyki madrygał odpowiada mi absolutnie, wprowadza w stan uśpienia wszystkich oprócz słuchu zmysłów. Śpiewacy wykonali cudowną robotę, bezbłędną, chciałoby się napisać. Miałem wrażenie, że kiedy otwierali usta to nie dźwięk się z nich wydostawał, ale że to oni pochłaniali powietrze naokoło nich, która to czynność dopiero teraz rozlewała dźwięk po sali, w której siedzieli polscy królowie.

Artyści mieli bardzo różnie osobowości. Jeden ze śpiewaków miał szczególnie humorystyczne usposobienie, innych raczej ponure, ale ich głosy, kiedy w odpowiednich momentach stapiały się w jedno, tworzyły coś nierozerwalnego, całość, o której mówi Giacometti. Dla tej całości, jedni, której wciąż szukam, warto było przed te niemal dwie godziny być, być tam. Nie potrafię już napisać, jak po koncercie dołożyła się do ogólnie euforycznej atmosfery droga naokoło zamku (poprzednie wejście, którym wchodziliśmy na Wawel, wieczorem było zamknięte), kiedy przechodziłem obok wielowiekowych wież, skąpo oświetlonych niebieską lampą. Kiedy przeszliśmy główną bramę zamku, magia madrygału, który wrócił na miejsce swojego powstania, powoli się ulatniała, ale nie całkiem, bo coś tam zakiełkowało, bo był to koncert niezapomniany, bo był to najlepszy koncert w moim życiu (no, może zajmuje pierwsze miejsce wespół z „Aidą”, którą widziałem w Szkocji).

Czas, by przejść do mniej przyjemnego końca wieczoru. Nie tylko z powodu poziomu kolejnego dzieła, ale ogólnej atmosfery w jakim powstało i dlaczego powstało.
„Katyń” Andrzeja Wajdy to film bardzo nierówny i w ostateczności słaby.

17616_9.jpg

Wchodziłem na salę kinową, na której panowała przeciętnie podniosła atmosfera. O Katyniu i zbrodniach popełnionych w innych obozach mówiono ostatnio bardzo wiele, o filmie Wajdy nawet więcej (nie wiem, czy było to słusznie, wydaje mi się, że nie). Gdyby nie ogromne znaczenie samej zbrodni dokonanej na elicie polskiej, film najbardziej znanego polskiego reżysera nie miał by wcale znaczenia.
Przez pierwszych dwadzieścia minut odrzuca nas swoim okropnie propagandowym wydźwiękiem. Jeśli polscy jeńcy to wszyscy przystojni i ogoleni, jeśli ojciec, to kochający, ale również oficer, więc zostawiający rodzinę – bo składał przysięgę. Jeśli wyciskanie łez, to biegnąca po peronie córka wzywająca swojego tatę.
Po jakimś czasie film robi się ciekawszy, ale, jak wskazał Krzysztof Kłopotowski, ugina się pod ciężarem ideologii, tak zwanych formułek.
Kiedy wracałem wczoraj z dziewczyną do domu, późną już nocą, doszliśmy do wniosku, że w tym filmie nie ma w ogóle ról to zagrania. Z wyjątkiem Andrzeja Chyry, który jako oficer wojska po wojnie wstępuje do Ludowego Wojska Polskiego, tracąc zaufanie otoczenia i wikłając się w kłamstwa sowieckie o zbrodni. W końcu, co do przewidzenia, pozbawia się życia, a jego ciało z ogromną szybkością usuwane jest z ulicy, jak jakieś złe wspomnienie, brzydki zapach.
Dobrze zagrała Danuta Stenka jako żona generała, ma ona mocny charakter i przyciąga wzrok. Najbardziej chyba rozwiniętą rolą mogła się pochwalić Maja Ostaszewska, moja ulubiona polska aktorka, która w „Katyniu” zagrała co najwyżej poprawnie, chociaż wciąż dawało się odczuć jakąś sztuczność sytuacji w których się znajdowała, słowem od tego filmu wieje filmem niemal w każdej klatce.
Ale co niszczy go najbardziej to te formułki, o które Wajda co i rusz się potyka. Zamiast opowiedzieć historię kilku osób, które cierpią ze względu na zbrodnie niemieckie i radzieckie, on stworzył postaci drewniane, jak transparenty na protestach, na których wypisane są hasła, ale same w sobie nic nie znaczą. Taką rolę przyznał aktorom reżyser, robiąc z nich przekaźniki, radio, które wypluwa sztucznie patetyczne formułki tak, że i tak nikt nie wierzy w ich prawdziwość. Również muzyka Pendereckiego, którą Wajda sam dobrał do filmu, w ogromnej większości nie pasuje do scen przedstawianych na ekranie, tak jak jej twórca jest zbyt widoczna, zbyt nachalna, a w ostatnich scenach, według mnie najmocniejszych w całym dziele, po prostu skupia na sobie uwagę, zamiast uwagę skupić na tym, co dzieje się w katyńskim lesie, co uważam za największy błąd filmu (chociaż znając temperament i mniemanie o sobie Krzysztofa Pendereckiego, on będzie zadowolony).
„Katyń” to film, o którym się zapomina. Zamiast pokazać tę zbrodnię bardziej osobiście, sam w końcu stracił Wajda ojca w skutek rozkazu Stalina z marca 1940 roku, zaczął się wikłać w ten „defekt polskości”, który wyrzucał młody Cezary Baka.

21Katyn.jpg

Dlatego zgadzam się z felietonem pani Józefy Hennelowej z ostatniego „Tygodnika”, która stwierdza, że jednak najmocniejszym dziełem prawdziwie opisującym tamte potworne wydarzenia jest wiersz Zbigniewa Herberta pt. „Guziki”.


Pamięci kapitana
Edwarda Herberta

Tylko guziki nieugięte
przetrwały śmierć świadkowie zbrodni
z głębin wychodzą na powierzchnię
jedyny pomnik na ich grobie

są aby świadczyć Bóg policzy
i ulituje się nad nimi
lecz jak zmartwychstać mają ciałem
kiedy są lepką cząstką ziemi

przeleciał ptak przepływa obłok
upada liść kiełkuje ślaz
i cisza jest na wysokościach
i dymi mgłą katyński las

tylko guziki nieugięte
potężny głos zamilkłych chórów
tylko guziki nieugięte
guziki z płaszczy i mundurów

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Partia Kobiet.

19 wrz

Czy wykorzystując nagie sylwetki założycielek Partia Kobiet nie używa tego, z czym chciałaby walczyć, np. z seksizmem, z pornografią, uprzedmatawiają się z premedytacją? Trochę to mylący sygnał, nawet jeśli ironiczny, nawet jeśli jest policzkiem wymierzonym facetom-zboczeńcom.

nago-plakat.jpg

Czy na tym krótkim filmie nie widzę tylko i wyłącznie konfrontacji? Reagowanie przemocą na przemoc? I zadaję sobie pytanie – czy Partii Kobiet rzeczywiście chodzi o równouprawnienie? W tym względzie jestem mocno sceptyczny.

 
Komentarze (21)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Nessun dorma w wykonaniu Mario del Monaco.

14 wrz

image004.jpg

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Identyfikacja – Wisława Szymborska

10 wrz

61e04a7898b52acd050c148eab974a03,5,8.jpg
Dobrze, że przyszłaś – mówi.
Słyszałaś, że we czwartek rozbił się samolot?
No więc właśnie w tej sprawie
przyjechali po mnie.
Podobno był na liście pasażerów.
No i co z tego, może się rozmyślił.
Dali mi jakiś proszek, żebym nie upadła.
Potem mi pokazali kogoś, nie wiem kogo.
Cały czarny, spalony oprócz jednej ręki.
Strzępek koszuli, zegarek, obrączka.
Wpadłam w gniew, bo to na pewno nie on.
Nie zrobiłby mi tego, żeby tak wyglądać.
A takich koszul pełno jest po sklepach.
A ten zegarek to zwykły zegarek.
A te nasze imiona na jego obrączce
to są imiona bardzo pospolite.
Dobrze, że przyszłaś. Usiądź tu koło mnie.
On rzeczywiście miał wrócić we czwartek.
Ale ile tych czwartków mamy jeszcze w roku.
Zaraz nastawię czajnik na herbatę.
Umyję głowę, a potem, co potem,
spróbuję wyspać się z tego wszystkiego.
Dobrze, że przyszłaś, bo tam było zimno,
a on tylko w tym takim gumowym śpiworze,
on, to znaczy ten tamten nieszczęśliwy człowiek.
Zaraz nastawię czwartek, umyję herbatę,
bo te nasze imiona przecież pospolite –

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Nie czuję pełni, ale czuję się pełniejszy.

09 wrz

full%20Langleyp.jpg

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Zwiastowanie – Rafał Wojaczek

07 wrz

antonello_da_messina__vergine_annunciata
Głos, którego nie słyszysz: gruba woskowina
ogłuchłej ciszy w uszach i najwyższy pęd
rozkrzewionego głosu przez nią nie przebija.

Głos, którego nie słyszysz: ślepa błyskawica
poruszonego wstydu odmienia Ci płeć.
Róża, nim wzejdzie w łonie, na policzkach płonie.

Głos, którego nie słyszysz: długo aniołowie,
coraz to bliższe echo niosło poprzez ganki,
aż ostatni przystanął na progu Twej płci.

Głos, którego nie słyszysz: jednak wysłuchany
przez inne Twoje uch, skoro w dłoniach drżysz,
pierwsza wreszcie kobieta między niewiastami.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Nusrat Fateh Ali Khan. Kawwali.

05 wrz

aaaanv5.jpg


Nusrat Fateh Ali Khan uważał, że muzyka ma ułatwić powrót do pierwotnego braterstwa. „Bez nienawiści, bez zwracania uwagi na rasę, religię i kolor skóry. Chcę, żeby dzięki duchowości stali się bardziej szczerzy, mniej martwili się o świat doczesny, w którym nie mogą się przecież odnaleźć”. Tak prosta, ekumeniczna wykładnia mistycyzmu muzułmańskiego pozwalała mu pokonywać bariery między religiami.
Album Nusrata Fateh Ali Khana „Mustt Mustt”, gdzie artysta śpiewa do muzyki Michaela Brooka, był na Zachodzie bestsellerem. Producent przyznaje dziś, że nie rozumiejąc słów pieśni Pakistańczyka, pociął teksty tak, iż zupełnie straciły sens. Większość europejskich i amerykańskich muzyków pracujących z wokalistą nie miała pojęcia, o czym on śpiewa. Peter Gabriel mówił o nim „Pavarotti Pakistanu”, zapominając, że kawwali nie jest rozrywką, jak muzyka operowa. W 10. rocznicę śmierci Nusrata jego następca musi przypominać, że utwory mistrza były modlitwą.

Kawwali to, w największym uproszczeniu, religijna muzyka muzułmańska, specyficzna dla dzisiejszych Indii i Pakistanu forma kontaktu z absolutem. Wokaliści przy wtórze harmonium, bębnów i klaskania opiewają Boga, jego Proroka oraz potomków Mahometa i świętych muzułmańskich ascetów z obszaru subkontynentu indyjskiego. Większość tekstów oraz melodie powstały przed wiekami, łącząc tradycje klasycznej muzyki indyjskiej i świata islamu, ale w kawwali przez stulecia pojawiły się nowe instrumenty i interpretacje.

Niezależnie od wszelkich zmian formalnych koncerty tej muzyki są ceremonią religijną. W jej trakcie zarówno muzycy, jak i słuchacze powinni oderwać się od codziennej rzeczywistości, uwolnić ducha i doznać stanu oświecenia.

Nusrat Fateh Ali Khan mówił o swoim ojcu, wielkim wokaliście, że po śpiewaniu potrafił płakać przez wiele dni i nie odzywać się do nikogo, zanurzony w kontemplacji. O jednym z mistrzów muzułmańskich opowiadano, że słysząc w kawwali słowa o „męczennikach ginących od sztyletu oddania się Bogu”, umierał. Potem zmartwychwstawał przy kolejnej linijce: „Niewidzialny przywraca męczenników do życia każdego ranka”. Tak wielka miała być siła pieśni, poezji po persku lub w języku urdu i hindi.

Za twórcę gatunku uważa się Amira Khusro, derwisza i poetę żyjącego w Delhi na przełomie XIII i XIV w., którego grobowiec do dziś jest miejscem kultu. Już przed wiekami w niektórych bractwach mistyków muzułmańskich – sufich – używano muzyki i poezji jako dopełnienia zwykłej modlitwy. Przed takim obrzędem należało obmyć się, tak jak przed nabożeństwem w meczecie. Często nie dopuszczano do seansów mężczyzn zbyt młodych, nieposiadających jeszcze brody. Jako niewprawieni w medytacji mogli zatracać się w dźwiękach na zupełnie świecki sposób, tak jak to czynimy my w Europie. Zawsze pilnowano religijnego sensu wydarzenia, tym bardziej że wielu konserwatywnych filozofów i prawników islamskich krytykowało taką formę wielbienia Boga.

600 lat tradycji

Podobnie jak wiele innych kunsztów artystycznych, tradycja śpiewania i grania kawwali przechodzi z ojca na syna. Rodzina Nusrata Fateh Ali Khana powołuje się na korzenie sięgające właśnie XIV w., wywodziła się jeszcze z czasów muzułmańskich rządów w Delhi. Wokalista urodził się w stanie Pendżab, w 1948 r., już po podziale regionu między Indie a Pakistan.

Kawwali prawie od początku promowane było w Pakistanie jako muzyka nowego muzułmańskiego państwa. Artyści cieszyli się opieką nie tylko państwa, ale także potężnych bractw sufickich; ich uroczystości uświetniane są m.in. koncertami, podczas których muzyków obsypuje się banknotami. W 1967 r. powstaje telewizja pakistańska, która powoduje nową rewolucję w kawwali. Artyści, dawniej grający tylko na grobowcach świętych ascetów muzułmańskich, stają się postaciami medialnymi. Muzyka, wykorzystywana coraz częściej do promocji kraju za granicą, odrywa się od swoich korzeni. Kawwali staje się też demokratyczne, koncerty nie są już dostępne wyłącznie dla religijnej elity. Nusrat Fateh Ali Khan w swojej działalności kontynuował te procesy.

Jego ojciec, również wielki mistrz kawwali, nie dożył już tej epoki. Kiedy zmarł w 1964 r., syn (którego co prawda wcześniej uczył śpiewu, ale Nusrat nie był zbyt dobrym uczniem – miał więc zostać lekarzem lub inżynierem) miał sen inicjacyjny; we śnie ojciec dotknął jego gardła i kazał mu śpiewać, a ten obudził się już z „pieśnią na ustach”. Pierwszy publiczny występ późniejszej gwiazdy miał miejsce w wieku 16 lat, na ceremonii żałobnej 40 dni po śmierci ojca. Zaczynał więc karierę bardzo późno (on sam swojego następcę, bratanka Rahata, uczył, kiedy ten używał jeszcze smoczka).

Później Nusrat Fateh Ali Khan był kształcony dalej przez swoich wujów. Dopiero po ich śmierci w 1971 r. stał się głównym wokalistą rodzinnego zespołu. Zdobywał coraz większą sławę w Pakistanie, ale o kawwali nie słyszał wtedy nikt poza subkontynentem. Emigracja do Europy i USA spowodowała jednak, że także tam pojawili się odbiorcy tej muzyki. Jednocześnie coraz silniejsze stawało się zainteresowanie muzyką etniczną wśród zachodniej publiczności. W 1982 r. pierwszy zespół kawwali z Pakistanu zagrał na kultowym dziś festiwalu world music WOMAD. Nowi słuchacze kawwali, obserwując ekstatyczne reakcje emigrantów z Azji, wczuwali się w egzotyczną muzykę, nie rozumiejąc oczywiście jej sensu. Muzułmanie z Azji wpadali w boski trans, słuchając kawwali, potrząsając głową czy tańcząc. Nowi fani robili to samo, nie mając często pojęcia, że słuchają pieśni o Mahomecie.

Nusrat uważał, że najważniejsze jest budowanie międzycywilizacyjnych mostów, nawet jeśli ucierpi na tym sam przekaz. Muzyka ma ułatwić powrót do pierwotnego braterstwa. „Bez nienawiści, bez zwracania uwagi na rasę, religię i kolor skóry. Chcę, żeby dzięki duchowości stali się bardziej szczerzy, mniej martwili się o świat doczesny, w którym nie mogą się przecież odnaleźć”. Tak prosta, ekumeniczna wykładnia mistycyzmu muzułmańskiego pozwalała mu pokonywać bariery między religiami.

7 lat sławy

Lata 90. to rozkwit zachodniej kariery Nusrata Fateh Ali Khana. Koncertuje w USA, między innymi jako visiting professor jednego z uniwersytetów. Nagrywa z europejskimi artystami: z Eddie Vedderem muzykę do filmu „Dead man walking”, z Peterem Gabrielem ścieżkę dźwiękową do „Ostatniego kuszenia Chrystusa”. Młodzi artyści ze sceny azjatyckiej są nim tak zafascynowani, że łączą głos kawwala z elektronicznymi rytmami. Nusrat staje się dla nich łącznikiem między setkami lat tradycji a nowoczesnością i eksperymentem. Ma do wszystkich zaufanie, nie potrafi sobie wyobrazić, że ktoś może wykorzystywać jego muzykę w nieodpowiedni sposób. Pomimo sławy jest nadal skromnym muzykiem, który nie narzeka na ciężkie trasy, nie kontroluje wydań setek swoich płyt.

Peter Gabriel spytał się kiedyś Nusrata, czy chce zrobić muzykę do filmu „Urodzeni mordercy”. Artysta nie chciał obejrzeć materiałów zdjęciowych, nie rozumiał zachodniej popkultury. Wszystkich chciał obdarowywać swoją modlitwą, uważał chyba, że jej przekaz obroni się w każdym kontekście. Później wspominał, że bardzo żałował tego, jak zostały wykorzystane niektóre fragmenty muzyki u Oliviera Stone’a. Zgodził się jednak także na wykorzystanie utworu o jednym ze świętych muzułmańskich w reklamie coca-coli. Dziennikarce BBC powiedział wtedy, że przesłanie miłości powinno dotrzeć do jak największej ilości ludzi.

Ze wszystkich wspomnień o Nusracie Fateh Ali Khanie wynika, że motorem jego działań w Europie i Ameryce nie były pieniądze. Wystarczy zresztą obejrzeć jego występy, żeby to zrozumieć. W przeciwieństwie do innych kawwalów, obwieszonych dewocjonaliami, on potrafił wyjść na scenę w starym swetrze. Śpiew był dla niego modlitwą, zawsze podkreślał, że to Bóg wszystko daje i odbiera. Legendy mówiły, że kiedy śpiewa, jego serce bije w rytm utworów. Oprócz muzyki modlitewnej miał tylko jedną pasję: jedzenie. Dzięki temu w oczach zachodniej publiki nie wyglądał jak muzułmanin, lecz jak Budda. Nie nosił zarostu, łysiał, swoją fizjonomią mógł łatwo wpasowywać się w newage’owe wyobrażenia. Lekarz ostrzegał go, że musi ograniczyć swoje pasje. Zmarł nagle, u szczytu kariery, w Londynie, 16 sierpnia 1997 r. W Pakistanie jest kochany i ozdabia znaczki pocztowe. Z drugiej strony odsądza się go od czci i wiary, za to, że pozwalał na świecki odbiór muzyki religijnej. Jednak proces zeświecczenia kawwali zaczął się w jego ojczyźnie dużo wcześniej.

Dziś nagrane przez Nusrata utwory wciąż rozbrzmiewają na straganach i w autobusach subkontynentu. Sam słuchałem ich kiedyś, jadąc z pielgrzymami na sufickie święto. Wierni znali na pamięć słowa pieśni i rozumieli ją, śpiewali o świętym, jadąc na jego grób, i była to dla nich modlitwa. Słuchacze na Zachodzie przynajmniej mieli szansę dostrzec, że islam to przesłanie miłości, a nie nienawiści. A oto właśnie chodziło Mistrzowi. Jednak losy kawwali i Nusrata w świecie zachodnim powinny być ostrzeżeniem dla wszystkich zwolenników dialogu międzykulturowego. Czasem próby przeniesienia elementów Wschodu do naszego świata pozbawiają je całkowicie pierwotnych znaczeń. Muzyków zachodnich interesowała tylko artystyczna forma śpiewu Nusrata, nie treść. W „tłumaczeniu” kultur często gubi się sens.
Max Cegielski dla „Tygodnika Powszechnego”

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Banksy.

02 wrz

flowerchucker.gif

Wklejam tekst o Banksy’m z weekendowego wydania „Dziennika”:
„Waląc głową w mur” – tak zatytułowana była pierwsza książka człowieka zwanego Banksy. Walenie głową w mur zwykle skutkuje tylko bólem głowy. Jednak nie w wypadku Banksy’ego, który walił w mur tak długo, aż go przebił. Jak? Po pierwsze, walił nie tyle głową, ile z głową. Po drugie, tak naprawdę traktował mury nie głową, ale farbą w spreju – pisze w DZIENNIKU krytyk sztuki Stach Szabłowski.

Kilkanaście lat temu Banksy był jednym z wielu grafficiarzy – wandali, który mażą po murach. Teraz jest najsłynniejszym na świecie artystą graffiti, gwiazdą sztuki ulicy. Dziś w londyńskiej galerii The Hospital zamyka się głośna wystawa Banksy’ego, na której jego prace zestawiono z dziełami mistrza pop artu – Andy Warhola.

Anonimowość to image
Sukces Banksy’ego to paradoks: jest bajecznie sławny – i anonimowy. Podobno nazywa się Banks. Robert Banks. Niemal na pewno jest Anglikiem. Być może pochodzi z Yate pod Bristolem. Urodził się chyba w 1974 roku. Mówi się, że uczył się na rzeźnika, ale pod koniec lat 80. wciągnęła go w Bristolu scena graffiti. Podobno, chyba, być może – jednak nie na pewno, bo tożsamość Banksy’ego jest najlepiej nagłośnioną medialnie tajemnicą współczesnej sztuki.

Dla artysty ulicy, którego sztuka w świetle prawa jest nielegalna, anonimowość to konieczna przykrywka: zapewnia możliwość działania i bezkarność. Ale w wypadku Banksy’ego od dawna chodzi o coś więcej. Anonimowość to image Banksy’ego. „W dzisiejszych czasach wszyscy chcą być sławni. On pozostaje anonimowy. To wspaniałe” – entuzjazmuje się Brad Pitt, jeden z wielu fanów oraz kolekcjonerów artysty. Banksy nie uczęszcza na własne wernisaże, nie daje się złapać na gorącym uczynku, kiedy maluje mury. Nie istnieje żadna bezsprzecznie potwierdzona fotografia Banksy’ego.

Jest stałym bohaterem brytyjskich tabloidów, tropi go mała kompania reporterów, ale twarzą w twarz rozmawiało z nim zaledwie kilka osób. Banksy właściwie nie istnieje, lecz – co umyka Bradowi Pittowi – sławie artysty służy to doskonale. Anonimowość okazuje się marketingowo o wiele bardziej nośna niż jakakolwiek tożsamość.

W do bólu zinstytucjonalizowanej przestrzeni sztuki Banksy wskrzesza romantyczny mit artysty. Jest niewidzialną ręką sztuki. Pojawia się pod osłoną nocy, by zostawić na murze kolejne graffiti. Atakuje w biały dzień, w przebraniu zakrada się do szacownych muzeów, by między bezcenne eksponaty podrzucić kukułcze jajo: przerobiony obraz lub spreparowany zabytek. To działa; przy Banksym artyści, którzy po bożemu realizują projekty w galeriach, wydają się po prostu nudni.

Przeciw Systemowi
Banksy, jak przystało na Robina Hooda współczesnej sztuki, smaga biczem krytyki bogatych i uprzywilejowanych. Jego przekonania można opisać jako anarchistyczne; jak większość street arterów jest antagonistą najszerzej pojętego Systemu. Jeden z murali Banksy’ego przedstawia chuderlawego, nieletniego mieszkańca Trzeciego Świata, który ciągnie rykszę: pasażerowie to para uśmiechniętych białych spaślaków w koszulkach z napisem „Feed the world”.

Nadlatujące na widza najeżone rakietami helikoptery bojowe ozdobione są różowymi kokardkami i napisem „Miłego dnia”. Poczucie humoru Banksy’ego bywa bardzo czarne: w pewnym muralu wykorzystał słynne zdjęcie z Wietnamu z poparzoną napalmem dziewczynką. W wersji Banksy’ego nagą, płaczącą z bólu i przerażenia ofiarę wojny prowadzi za ręce z jednej strony uśmiechnięty klown z McDonald’sa, z drugiej równie uchachana Myszka Miki.

Polityczne graffiti nie jest niczym nowym, ale Banksy przebija kolegów po fachu rozmachem i precyzją działania. W 2005 roku pojawił się w Izraelu, żeby wykonać serię malowideł na niesławnym „wielkim murze” oddzielającym okupowane terytoria na Zachodnim Brzegu Jordanu od reszty kraju. Angielski artysta namalował iluzjonistyczne murale – palestyńskich chłopców, którzy wybijają dziury w murze i drążą podkopy, przystawioną do zapory drabinę, wyłom, przez który widać niebiańską plażę. Akcja trafiła w sam środek gorącej dyskusji o polityce rządu izraelskiego.

Artysta bez twarzy potrafi wystrzelić z armaty naprawdę grubego kalibru – np. wyeksponować żywego słonia, jak na wystawie „Barely Legal” zorganizowanej w opuszczonym magazynie w Los Angeles. Słoń miał na imię Tai; Anglik pomalował go w różowo-złoty wzorek – ten sam deseń miały tapety, którymi wyklejono ściany pomieszczenia. „Słoń w pokoju” miał być alegorią stosunku sytych społeczeństw Zachodu do globalnych problemów. Obrońcy zwierząt podnieśli alarm i zorganizowali protesty, nie zrazili jednak publiczności, która na wejście na wystawę czekała w kolejce wijącej się przez kilka przecznic.

Banksy nie jest jednak niewolnikiem wielkiej skali. Do jego ulubionych motywów należą szczury. Artysta maluje je na murach, w skali niewiele większej od naturalnej. Szczury, niczym miejscy partyzanci, wyzywająco patrzą na przechodniów i celują do nich z puszek z farbą w sprayu. Innym powtarzającym się tematem są małpy: jedno z graffiti przedstawia smutnego szympansa z podpisem: „Możesz się teraz śmiać, ale pewnego dnia ja będę górą”.

Bombardowanie dywanowe
Banksy jest górą już dzisiaj. W historii sztuki ulicy nie było nigdy artysty tak głośnego – i tak drogiego. Ceny jego prac zwyżkują szybciej niż ceny ropy w trakcie kryzysu na Bliskim Wschodzie. W 2006 roku Christina Aguilera kupiła królową Wiktorię przedstawioną przez Banksy’ego w pieprznej scenie jako sado-maso lesbijkę. Piosenkarka zapłaciła 25 tys. funtów za oryginalny szablon i dwie odbitki.

Aguilera nie jest jedyną celebrity wśród fanów Banksy’ego; na prace artysty polują Brad Pitt, Angelina Jolie i Jude Law. Nic dziwnego, że Banksy bije co chwila aukcyjne rekordy. W październiku 2006 zestaw obrazów przedstawiających Kate Moss poszedł w Sotheby’s za ponad 50 tys. funtów. Wkrótce potem szablon i odbitki graffiti przedstawiającego emerytów grających w kręgle bombami sprzedały się już za 100 tys.

Praca zatytułowana była „Bombing Middle England”. „Bombardować” to w slangu street arterów tyle, co malować na murze graffiti. Bombardowanie, które przeprowadza Banksy, jest doprawdy dywanowe; obecnie na pierwszoligową pracę dywersanta sztuki 100 tys. funtów nie wystarczy – trzeba mieć dwa razy tyle.
„Wciąż nie mogę uwierzyć, że wy durnie kupujecie to gówno” – komunikat takiej treści pojawił się na internetowej stronie Banksy’ego po aukcji pracy „Bombing Middle England”. Świat rzeczywiście oszalał na punkcie Banksy’ego. Dlaczego?

Ten sukces to kombinacja kilku skądinąd pospolitych elementów i oczywiście kwestia proporcji, w jakich są zmieszane. Kiedyś marzyło się o sztuce dla mas; Banksy tworzy taką sztukę, a nawet robi więcej: jego prace są nie tylko dla mas, ale dla wszystkich. Satyryczne koncepty Banksy’ego są błyskotliwe, ale proste i zrozumiałe dla każdego, również dla tych, którzy na wystawach współczesnej sztuki czują się zagubieni. Z drugiej strony artysta jest wystarczająco zadziorny i przewrotny, aby mieć po swojej stronie „wykształciuchów”, włącznie z krytyką artystyczną. Banksy podoba się także dlatego, że ubiera w kostium rewolucyjnej akcji przekonania elit: w końcu kto spośród nich lubi wielkie korporacje i globalny drapieżny kapitalizm? Kto lubi Busha i mur na Zachodnim Brzegu? Kto popiera wojnę?

Artystyczny kaskader
Ton brzmiący w graffiti Banksy’ego słuchać u wielu innych artystów ulicy. Jednak dopiero Banksy zdołał zrobić z graffiti – działalności oryginalnie offowej – medialny show. Malarz podbija publiczność jako artystyczny kaskader. W londyńskim zoo wlazł do wybiegu dla pingwinów i namalował napis: „We’re bored of fish” („Znudziły nam się ryby”). W zoo w Bristolu w wybiegu dla słonia napisał: „Chcę wyjść. Tutaj jest za zimno. Dozorca śmierdzi. Nuda. Nuda. Nuda”. Do kalifornijskiego Disneylandu podrzucił dmuchaną lalę przebraną w strój więźnia z Guantanamo.

Podrzucanie artystycznych wirusów do różnych instytucji to druga, po malowaniu murów, ulubiona taktyka Banksy’ego. W maju 2005 w British Museum zawisło dodatkowe malowidło naskalne. Przedstawia grupę ludzi pierwotnych polujących na… wózek z supermarketu. Kustosze stanęli na wysokości zadania i zamiast usunąć „zabytek”, włączyli go do kolekcji, dodając tabliczkę ze stosownym podpisem.

Banksy z upodobaniem produkuje pastisze słynnych dzieł sztuki – np. kopie klasycznych pejzaży, w których pojawiają się niepokojące szczegóły: wrzucony do stawu wózek z supermarketu albo policyjna taśma odgradzająca miejsce zbrodni. Tematem jednego z takich malarskich remiksów stał się kultowy obraz Edwarda Hoppera „Nighthawks”. W dziele Banksy’ego za oknem lokalu, w którym siedzą Hopperowskie ćmy barowe, pojawia się angielski chuligan – kibic piłkarski, ubrany jedynie w szorty z motywem „Union Jack”, znad których wylewa się wypełniony piwem brzuch. Kibol wznosi okrzyki i właśnie próbuje wybić szybę plastikowym krzesełkiem ogrodowym.

I chyba właśnie ta spektakularność jego działań sprawia, że wszystko, czego dotknie Banksy, zamienia się w złoto. W 2007 roku doszło nawet do tego, że mieszkańcy jednego z domów w Bristolu, którego mur raczył przyozdobić Banksy, wystawili budynek na sprzedaż – ale nie przez agencję nieruchomości, lecz przez galerię sztuki.

Oto paradoks: antykonsumpcyjny i antyrynkowy Banksy okazuje idealnym produktem rynkowym i medialnym; staje się tym bardziej sławny, im bardziej jest nieznany. Czy sukces odbiera mu wiarygodność art-partyzanta? Niekoniecznie, przecież Banksy w pojedynkę przyczynił się do wielkiego awansu graffiti – tego nikt mu nie odbierze. Poza tym nikomu nic nie obiecywał. No i w ogóle niewiele o nim wiadomo.
Stach Szabłowski dla „Dziennika”

A ten konkretny rysunek przypomina mi zespół Cool Kids of Death, nie tylko ze względu na ich okładki, ale również teksty. Mam silne skojarzenie, Banksy+CKOD.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS