RSS
 

Osiem cztery.

08 sie

83-87391-75-1.jpg

„Osiem cztery” to tytuł pierwszej książki Mirosława Nahacza. Na postać tego młodego autora zwróciła mi uwagę bliska osoba, która przypomniała sobie o Nahaczu, kiedy przeczytała notkę prasową o jego śmierci. Miał 23 lata, kiedy znaleziono go martwego w mieszkaniu w Warszawie, gdzie studiował kulturoznawstwo. Prawdopodobnie popełnił samobójstwo.
Nahacz wydał „Osiem cztery” w 2003 roku w wydawnictwie Czarne, a odkrywcą jego talentu pewnie można nazwać Andrzeja Stasiuka.
Pochodzący z Beskidu Niskiego, prawdopodobnie Łemek, należy więc do pokolenia młodych, wydających w wieku 18-stu czy 19-stu lat. Zaliczyłbym do tego grona Dorotę Masłowską z jej „Wojną polsko-ruską pod flagą biało-czerwoną” czy Sławomira Shuty, autora „Zwału”, bo już raczej nie Jacka Dehnela. Jest jednak zasadnicza różnica między Nahaczem a dwojgiem wspomnianych przeze mnie pisarzy. Nahacza po prostu lubię.
Pisze on mniej więcej na ten sam temat, który interesował również Masłowską czy Shuty. Jest to opis pokolenia ludzi zagubionych, chociaż pewnie w każdym pokoleniu tacy się rodzą. Są więc u Nahacza imprezy, wymiotowanie, bogate panienki z dobrych domów, problemy ze szkołą, szarość bloku i strach przed powszedniością. Nie podzielam wielu tych lęków, bo z większości chyba się wyrasta. Ale Nahacz pisze ciekawiej. Jasne, jest duża różnica między jego patrzeniem na świat a moim. Może dlatego to on był artystą. Patrzy bowiem na świat bardzo subiektywnie. Jest brudno, lepko, ciemność jest ciężka, smak trawy zielony, pomieszanie zmysłów. Wydaje mi się, że Nahacz uważa świat za dość ciężki, pusty, ale wini za to właśnie świat. Ja uważam, że to jak widzę świat to kwestia mojej wrażliwości. To nawet można trenować. Nie winię świata (życia, społeczeństwa, etc.) za swoje cierpienia. Każdy ma swoje chandry, melancholie, małe i większe depresje. Jasne, inaczej wtedy postrzegamy otoczenie, ale pisanie w takim stanie to opieranie swojego myślenia o świecie na dość wątłym fundamencie. Ważą się na to artyści i chyba za to ich cenimy.
Nahacz trochę bawi się językiem, robi to inteligentnie, zabawnie. Nie ma w tym okropnej egzaltacji, jaka bucha z prozy Masłowskiej, nie ma tych błyszczących sztuczek Shuty. Ta dwójka w swojej prozie potrafi narzekać na świat, czy jest to kapitalizm czy życie w bloku. Nahacz nie narzeka, on raczej przygląda się światu. Robi to o wiele subtelniej niż autorka „Pawia królowej” czy autor „Cukru w normie”. Trudno mi to opisać, ale do Nahacza czuję sympatię, a do wspomnianej dwójki raczej niechęć.
Podczas swojej „przygody”, Olgierta, głównego bohatera „Osiem cztery” często otacza ciemność, ale w końcu wschodzi słońce. Zamknięty na wysokościach, zastanawia się, czy to wszystko przypadkiem nie jest snem czy majaczeniem wariata. To są pytania zupełnie naturalne, każdy albo większość takie sobie zadaje. Nahacz robi to w dobrym stylu, bez sztucznego cierpiętnictwa. Miał 17 czy 18 lat kiedy pisał „Osiem cztery”. Bliżej mu do Jarry’ego niż Shuty. To dobra książka, może trochę niedojrzała, ale przecież jej autor też jeszcze dorastał. Ostatecznie rozpłynął się w ciemności.

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz

 

 
 

  • RSS