RSS
 

Archiwum - Sierpień, 2007

Lolo-rozpruwacz.

29 sie

karol.jpg

Poniższy tekst to wywiad z Karolem Kotem, nastolatkiem z Krakowa, seryjnym mordercą, wampirem. Zgładzono go w 1968 roku, urodził się w 1946.

„Prawie świtało, gdy Karol z rodzicami zakończył świętować zdaną maturę. Spałby więc jeszcze, ale nie mógł znieść łomotania do drzwi.
- Obywatel Karol Kot? – spytał wytworny jegomość, w nienagannie skrojonym płaszczu, stojący w otoczeniu kilku cywili.
- Tak słucham – odparł młodzieniec.
Funkcjonariusze milicji, którym polecono doprowadzenie 19-letniego Karola Kota do komendy , zdumieli się. Zobaczyli przed sobą sympatycznego chłopca, o niezwykle przyjemnej twarzy, miłego i grzecznego, którego powierzchowność musiała budzić zaufanie.
- Jesteśmy z milicji, obywatel jest zatrzymany, proszę się ubrać, jedziemy do komendy – padła zwyczajowo powtarzana formuła.
- Panowie, ale o co chodzi? – zdziwił się Karol.
- Wyjaśnimy na miejscu – uspokajali policjanci.
- No dobrze, ale tylko szybko wyjaśniajcie, bo złożyłem papiery do Wyższej Szkoły Oficerskiej i chcę w terminie przystąpić do egzaminów wstępnych.
Tymczasem do wyjaśnienia zebrało się sporo, na początek dwa dokonane zabójstwa, cztery usiłowane oraz jedna groźba zabójstwa. Gdy w komendzie zdradzono o co chodzi Karol Kot nie zaprzeczył temu. Przyznał się również przed prokuratorem. Nie były to zresztą wszystkie krwawe owoce jego krótkiego życia.
12 lipca 1966 Kraków odetchnął. Komunikaty prasowe obwieściły bowiem o wielkim sukcesie, o ujęciu szalejącego od dwóch lat potwora. Skończył się dręczący niepokój, ustąpił paniczny strach i groza. W każdym przecież zauku, w każdej bramie i klatce schodowej, w każdym miejscu i o każdej porze czaił się złowieszczy cień tego zwyrodnialca. W najmniej spodziewnaym miejscu czyhała z jego ręki nagła śmierć. Bóli dramat tych, których dosięgnął, były udziałem wszystkich. Błyskawiczne ciosy jego noża godziły w mieszkańcó Krakowa, w ich serca i poruszały do głębi sumienie każdego. Krakó żył dotąd w ustawicznym napięciu, drżał przed następnym atakiem, zastanawiając sięktobędzie następną ofiarą potwora. Wszyscy głęboko przeżywali i wstrząsającą okrutną śmierć zaledwie 11-letniego Leszka, i 8 kłótych ran krórych doznała malutka Małgosia i cios noża zadany w przedsionku Klasztoru, który trafił w serce zniedołężniałej staruszki i nagłe bolesne uderzenie nożem w plecy innej starszej kobieciny powodujące trwałe kalectwo i ból jaki dosięgnął jeszczeinna kobietę po ugodzeniu ją nożem podczas modlitwy w kościele. Następną ofiarą mogło być każde dziecko i każda bezbronna staruszka. Wiele kobiet, zwłaszcza starszych, wkładało pod ubrania metalowe płyty, poduszki, albo inne przedmioty aby chronić swoje życie przed ciosami wampira. Kraków miał zawsze „szczęście” do głośnych morderstw, ale jeszcze nigdy dotą nikt nie targnął się na życie dzieci. Karol Kot był pierwszym. Toteż komunikat o jego pojmaniu wywołał spodziewaną reakcję. Telefony, listy, osobiste wizyty mieszkańców Krakowa w KW MO z podziękowaniem za ulgę, za przywrócenie bezpieczeństwa dzieciom i starszym nie miały końca. Wszystkich intrygował jednak wiek mordercy, zastanawiano się w którym momencie zrodziło się to, co wyzwoliło w nim zbrodniarza, przecież chodził do szkoły, zdał maturę. Pytano czemu nikt w porę nie wytrącił mu noża z ręki, gdzie byli rodzice, koledzy, wychowawcy, a w konsekwencji czy ofiary te były konieczne.
Spodziewano się, że na te pytania odpowie proces. Tak się niestety nie stało, przeszkodziła temu postawa oskarżonego. Rozprawa rozpoczęła się 3 maja. Urząd prokuratorski zarzucił Kotowi 2 zabójstwa dokonane, 10 zabójstw usiłowanych (w tym 6 przez otrucie) oraz 4 zbrodnicze podpalenia. W toku przewodu przesłuchano 64 świadków oraz wysłuchano opinii biegłych psychiatrów.
Przemówienia stron trwały wiele godzin. Prokurato Zygmunt Piątkiewicz, wnosząc o wymierzenie Karolowi Kotowi kary śmierci, powiedział na zakończenie : „(…) Niech wyrok Wasz Obywatele sędziowie, wyrok jedyny jaki może zapaść w tej strasznej, ponurej sprawie (…) usunie raz na zawsze rozpostarty nad Krakowem cień krwawego wampira, przywróci poczucie bezpieczeństwa w starych zaukach naszego miasta, da satysfakcje tak strasznie sponiewieranemu poczuciu prawnemu i moralnemu społeczeństwa, przywróci zachwianą wiarę w człowieczeństwo natury ludzkiej. A zarazem wyrok Wasz -który z tej koszmarnej od oparów zbrodni sali, za pośrednictwem prasy, radia i telewizji wybiegnie na szeroki słoneczny świat, od krańca po kraniec Polski – niech będzie też groźnym memento – ostrzeżeniem dla wszystkich tych tchórzliwych bohaterów, którzy kierując się egoistycznymi pobudkami, poważyli się targnąć na najwyższe dobro społeczne, jakim jest życie człowieka, tergnąć na życie staruszek, targnąć na życie dzieci!!!”
Wyrok ogłoszono 14 lipca 1967 roku. Przewodniczący składu orzekającego – sędzia Sądu Wojewódzkiego A. Olesiński, uzasadniając skazanie Karola Kota na karę śmierci, powiedział, ze: ,,(…) czyny, jakie oskarżony popełnił wykazują, ze jest groźniejszy od dzikiej bestii, bo obdarzony rozumem, (…) ten drugi jego życiorys pisany był męczeństwem, cierpieniem i krwią niewinnych ofiar, życiorys ujawniający cechy okrucieństwa i narastającego chłodu uczuciowego, życiorys, którego treścią było zabijanie, niszczenie, podpalanie i trucie (…).” Wyrok uspokoił społeczeństwo Czyny Kota tak mocno wstrząsnęły miastem, że nie było człowieka, który miałby choć cień litości dla tego zwyrodnialca. Długo jeszcze powtarzano słowa prokuratora Piątkiewicza: „Kot urodził się na nieszczęście ludzi, na swoje własne i swoich bliskich.”
Przypadek Karola Kota nie dawał jednak spokoju tym, którzy chcieli go poznać, chcieli wiedzieć, kim był naprawdę, wtargnąć do jego mrocznego wnętrza i rozszyfrować psychikę, tym, którzy szukali jego prawdziwej twarzy. Licząc na więcej szczerości ze strony Karola Kota, aniżeli okazał to na rozprawie, przeprowadzono z nim wiele rozmów. Karola Kota zobaczyłem po raz pierwszy na sali rozpraw. Wiedziałem już o nim sporo od prokuratora, z gazet i z opowiadań funkcjonariuszy MO. Ciągle jednak czegoś brakowało w wiedzy o nim. Jaki jest zwyrodnialec prywatnie, w rozmowie sam na sam, czy jest równie nonszalancki, cyniczny i zadufany w sobie, jak to pokazał przed sądem ?”

- Kilka miesięcy temu Sąd Wojewódzki w Krakowie skazał Pana, nieprawomocnym co prawda wyrokiem, na karę śmierci. Rozmowy na którą się Pan zgodził, proszę nie traktować jako objawu współczucia czy wyróżnienia. Z tego bowiem, co wiem Pana młode życie pisane byto suto krwią, sprowadziło wiele nieszczęść, bólu i strachu , niewarte jest przypomnienia. Jeśli jednak powracam do niego, to jedynie dlatego, ze, chcąc ustrzec się podobnych przypadkow należy bliżej poznać Pana, poznać Pana poglądy na wiele spraw i w ten sposób może doszukać się prawdziwej Pana twarzy i znależć źródła zbrodniczej działalności.

- Mój przykład jest ostatnim w historii tego miasta lepszego ode mnie nie będzie, choć jestem przegrany. Niewiele dni mi zostało, może to i moja ostatnia rozmowa. Co chce Pan wiedzieć?

- Proszę powiedzieć coś o sobie.

- No cóż, chyba się najpierw urodziłem. Było to krótko przed gwiazdką 1946 r. Tu w Krakowie. Jestem spod znaku Koziorozca, przez 8 lat byłem jedynakiem. Potem urodziła się siostra. Matka nie pracowała, nie chodziłem do przedszkola. Łatwo zaliczyłem podstawówke i startowałem do technikum łączności. Z braku miejsc nie zostałem jednak przyjęty. Długo nie mogłem tego zrozumieć. Potem zdawałem do technikum energetycznego na Loretańskiej. Przyjeli mnie. Chodziłem tam aż do zdania matury.

- Czy Pan chorował w tym czasie, gdzieś się leczył?

- Pamiętam, że mając 10 lat zachorowałem na dyfteryt. Leżałem nawet w szpitalu. Poza tym zawsze byłem sprawny i zdrowy, jak żołnierz.

- Jak szła nauka?

- Nigdy nie miałem kłopotów. Lubiłem przedmioty techniczne. Byłem średnim uczniem. W technikum byłem słaby z języka polskiego i z przedmiotów elektrycznych. Niepowodzenia w nauce przezywałem mocno. W ostatniej klasie w budzie przeżyłem załamanie psychiczne, bo miałem poprawkę z „polaka”. Matka chciała nawet zaprowadzić mnie do psychiatry.

- Czy należał Pan do szkolnych organizacji?

- Tak. byłem członkiem ZMS, LOK. a od czwartej klasy należałem nawet do ORMO przy Komendzie Dzielnicowej Kraków – Stare Miasto.

- W czasie rozprawy mówił pan na temat swojego niecodziennego hobby.

- To długi lemat, pewno nie skończylibyśmy go omówić do kolacji powiem tytko, że interesowało mnie to, co służy na wojnie niszczeniu człowieka i jego dobrobytu, a wiec: trucizny, noże, broń palna oraz sposoby ich najskuteczniejszego używania. Miałem sporą kolekcję noży : finki, noże sprężynowe, monterskie, rybackie i inne. Milicja zwinęła mi 17 sztuk. Należałem do sekcji strzeleckiej w klubie „Cracovia”. Byłem najlepszym strzelcem z k.b.k.s w Krakowie. Zbierałem atlasy medyczne i podręczniki z medycyny sądowej, studiowałem przebieg żył i umiejscowienie narządów, których rażenie powoduje nagłą śmierć. Czy Pan wie, że najłatwiejsza droga do serca prowadzi przez plecy?
Miał Pan też wiele szczególnych upodobań.

- Widzę, ze coś Pan wie o tym, wiec w skrócie. Przyjemność sprawiał mi widok zarzynanych zwierząt i ich rozbierania. Z rodzicami jeździłem na wakacje do Pcimia (to taka dziura pod Myślenicami). Było nudno, chodziłem więc do tamtejsze] rzeźni i asystowałem przyj zabijaniu cieląt. Lubiłem ten widok i w końcu zasmakowałem w cieplej krwi. Piłem krew z cielęcia i wieprza. Dawali mi rzeźnicy, ile chciałem. Wiedziałem, ze ich to bawiło, i dziwili się mi, a ja z tego korzystałem. Zabijałem potem żaby. kury, gawrony, krety i cielęta. Matka o tym nic nie wiedziała, a dla niepoznaki odmawiałem jej zabicia ryby czy drobiu na obiad, choć to powstrzymywanie się dużo mnie kosztowało, bo przecież tak lubiłem wydłubywać oczy ptakom, pruć ich flaki i lizać krew. Inne upodobanie, to namiętne rysowania noży, gilotyn, szubienic i broni palnej. Gdy wiatrówkę miałem w domu. strzelałem do książek, do mięsa, które matka przynosiła na obiad, aby zbadać energie i siłę pocisku. Dobrze operowałem nożem. Nosiłem go zawsze ze sobą Wiele ćwiczyłem, np. refleks wyrabiałem sobie, uderzając nożem między swoimi rozłożonymi palcami Doszedłem do takiej wprawy, że przebijałem na wylot 3 cm deskę. Bardzo lubiłem niszczyć bilon. Miałem tego całą kolekcję. Rzucałem nożem do kart od gry
- zawsze wybierałem na ofiary damy. Od czwartej klasy ćwiczyłem karate. Zbierałem tez truciznę, bo to przecież jeden z rodzajów broni wojskowej. Miałem także proch strzelniczy.

- Co na to mówili koledzy, nauczyciele, rodzice?

- Wszyscy traktowali moje upodobania jako niewinne dziwactwa. Koledzy z klubu byli zdania, że rzucanie nożem to takie samo ćwiczenie, jak wiele innych. Kiedy zaś nauczycielka w technikum odebrała mi nóż, którym dziobałem po ławce, powiedziała coś w rodzaju, ze jestem za duży na zabawy w Indian. Rodzice też nie mieli nic przeciwko temu, matka nigdy nie odmawiała forsy na nabycie nowego noża lub na jego zrobienie. Wiedziałem, ze się cieszyli, ze syneczek ma jakieś zamiłowanie.

- Czy były takie osoby, którym Pan ufał, komu się zwierzał, Jakie było miejsce w tym rodziców?

- Pewnie, że miałem, byłem przecież normalnym człowiekiem. Najbliższe mi osoby to rodzice, dwóch kolegów szkolnych, koleżanka klubowa oraz trener klubu strzeleckiego „Cracovia”. Matka była mi bliższa od ojca. Miałem odwagę zwracać się do niej o usprawiedliwienie opuszczonych lekcji. Była nieraz zła na mnie, gniewała się, ale pisała fałszywe oświadczenia tłumaczące moją nieobecność. Jej zwierzałem się z niepowodzeń, mówiłem o tym, że koledzy mi dokuczają. W ogóle to rodzice nie mieli zbyt wiele czasu dla nas. Bardziej zajęci byli pracą zawodową i społeczną. Poniekąd ich rozumiałem, przecież nawet się nie domyślali, kim jestem naprawdę, pamiętam, że jak w domu czytaliśmy o kolejnych napadach wampira, to matka mówiła, ze jest to wyjątkowy drań, ojciec był podobnego zdania, powiedział kiedyś „tylko drań może zdobyć się na takie ohydne czyny”. Co ja wtedy sobie myślałem, to łatwo się domyśleć. Byłem zwyczajnym chłopcem, może nie geniusz, ale i nie głupi, choć przepraszam, w sprawach wojskowych nie było w szkole większego znawcy ode mnie. Do rodziców miałem pretensje tylko o jedno – ze więcej kochali moją siostrę. Była ode mnie młodsza o 8 lat. Nie powiem, tez ją lubiłem, troszczyłem się o nią jak była mała. Gdy trochę podrosła, denerwowała mnie, z byle powodu ją karciłem, gdy rodziców nie było w domu, bo u mnie dyscyplina wojskowa to rzecz pierwsza i święta. Biłem ją też, aby się wyładować po jakichś niepowodzeniach na strzelnicy czy w budzie. Tłukłem ją czym popadło – ręką, paskiem a nawet kiedyś, pamiętam, wieszakiem. Waliłem byle gdzie, kiedyś o mało nie wybiłem jej oka. Gdy beczała, zamykałem ją w pokoju, jak żołnierza, który przeskrobał, wsadza się do celi. Jak już mówię o pretensjach do rodziców, to powiem Panu, ze nie zapomnę to im tego, iż nie chcieli kupić mi skórzanej kurtki strzeleckiej. Wiem, ze nie było ich stać na to, była droga, ale przecież jak ja chciałem, to powinno być to ważniejsze. Proszę nie myśleć, ze byli chytrusami, o nie, regularnie dawali mi przecież kieszonkowe, a gdy np. zapragnąłem sportowego karabinka, to mi kupili. Widzi Pan dlaczego nie mogę im wybaczyć tej kurtki. 2 kolegów poważałem Roberta i Andrzeja. Przychodzili do mnie, razem się uczyliśmy, ale w ogień za nimi bym nie skoczył. Gdy będę już tam, w grobie, wspominać będę sobie o moim trenerze klubowym, był to fajny chłop. Nie poznał się na mnie, tak jak i rodzice. Wyróżniał mnie ze wszystkich, może dlatego że miałem talent, ze byłem najlepszym strzelcem. Zrobił mnie nawet swoim zastępcą do spraw gospodarczych sekcji. Miałem więc klucze od Pomieszczeń, w których przechowywany był sprzęt i amunicja. To wszystko było moje, mogłem wytłuc cały Kraków, a wie Pan, że tego nie zrobiłem. Trenerowi dużo pomagałem. Bywałem u niego w domu. Miał on syna jedynaka i nieraz mówił do niego „..popatrz, bierz przykład z Karola chcę żebyś był taki, jak Karol” Kiedy coś przeskrobał, to trener kazał mi go karcić, nieraz więc złoiłem mu skórę. Trener był mądry chłop, literat i malarz, ale nie wiedział, ze jego syneczek był na mojej liście straceń, tyle ze nie na medalowym miejscu. Gdy czytałem akta śledztwa, widziałem pismo trenera wystosowane do Ministerstwa Sprawiedliwości i paru innych osobistości, w którym protestował przeciwko mojemu aresztowaniu. Szczerze się uśmiałem. Ale i on chyba przejrzał, bo w kilka miesięcy później przysłał mi list pełen oburzenia i wymówek. Pisał, abym odpiął odznakę sportową i ją oddal, bo niegodny jestem miana sportowca, i wiedział on o moim zamiłowaniu do noży, nawet sam dał mi swój nóż fiński, za to zrewanżowałem mu się później i podarowałem nóż z zakrzywioną rękojeścią. Dajmy mu spokój i tak dostał za swoje. Bardziej szkoda mi mojej dziewczyny. Była ode mnie starsza. Studiowała sztuki piękne. Poznałem ją na treningach. Była to miłość platoniczna, nieskonsumowana, choć bardzo tego chciałem. Jej perswazje łagodziły moje zapędy. Ona znała moją tajemnicę. Zimą 1966 r. w czasie pobytu w Tyńcu pod Krakowem zwierzyłem jej się za swoich skłonności sadystycznych, mówiłem jej, że zadawanie ran sprawia mi przyjemność. Zresztą doznała tego na sobie. Kiedyś znów pojechaliśmy do Tyńca. Chciała coś tam rysować. Szliśmy jakimś wałem, przewróciłem ją na ziemię i przytknąłem nóż do jej gardła. Powiedziałem, że ją zabiję. Była spokojna, mówiła, że to nie ma sensu, przecież ludzie znajdą ciało, a milicja mnie złapie, bo wiadomo, ze byłem z nią. Darowałem jej życie, jednak gdy wracaliśmy, znów ją dusiłem, ale ponownie puściłem ją wolno. Widziałem, że moje zachowanie traktowała jako żart, wtedy pokazałem jej szkło, które miałem w kieszeni. Zgłupiała kompletnie, a ja mówię, że przygotowałem je po to, aby po morderstwie poprzecinać jej żyły i upozorować czyn samobójczy, a potem ciało rzucić do rzeki. Gdyby ją znaleźli, wszyscy by potwierdzili, ze z miłości do mnie to zrobiła. Przeraziła się wtedy chyba na dobre. Następnego dnia namówiła mnie, abym poszedł z nią do lekarza. Dali mi jakieś witaminy. Więcej już nie byłem i powiedziałem jej, że i tak to już za późno. Ona jedna wiedziała przed napadem na tę małą, chyba Małgosię, ze muszę kogoś zgładzić. Wtedy jeszcze nie dowierzała. Nie mogłem jej zawieść, więc jak powiedziałem, tak zrobiłem.

- Jaki miał pan stosunek do nauczycieli?

- Szanowałem wszystkich, byłem zdyscyplinowany i usłużny. Pilnie wykonywałem różne ich polecenia. Bywało też, że informowałem ich o różnych wybrykach kolegów. Gdy to się wydało, mówili na mnie „donosiciel”. Byłem średnim uczniem, nie mieli ze mną kłopotu. Myślę, ze ładnie ich zaskoczyła wiadomość o moim aresztowaniu.

- Porozmawiajmy teraz choć chwilę o koleżankach z klasy, z klubu.

- Tak na dobrą sprawę nie miałem prawdziwej dziewczyny bo tak myślę, czy plastyczka, o której mówiłem, była rzeczywiście moja. Nazywali mnie w związku z tym „Lolo erotoman’ Byłem chyba wulgarny wobec koleżanek. Jak się nawinęły, klepałem je po pośladkach.

- Miał Pan jakieś zwierzęta?

- W domu mieliśmy dwa koty. Były to koty siostry. Może dlatego znęcałem się nad nimi. Kopałem je, rzucałem z pokoju do pokoju, uderzałem o ścianę. Nie mogłem natomiast patrzeć jak prowadzili na rzeź cielęta, jak zabijano kury i świniaki. Płakałem jak bóbr. Może dla złagodzenia ich bólu i ze współczucia lubiłem ich krew To prawdziwy napój bogów. Świadomość, że pijesz krew. która przed chwilą była żywa, to coś wzniosłego. Wy, którzy zostajecie wśród żywych, nie pojmiecie tego, zrozumieć to mogą tylko wybrani. Ja byłem naznaczony na tej ziemi, aby to odczuwać i sycić swój organizm odchodzącym życiem innych istot.

- Szkoła to nie sama nauka, jest tez czas na zabawy, na uczestnictwo w kółkach zainteresowań, a jak to było z Panem?

- Nie należałem do żadnych kółek, bo nie było takich, które mnie interesowały. Wyzywałem się więc w przerwach między nauką i na wspólnych wycieczkach. Jak już mówiłem, zaczepiałem dziewczyny, ale przede wszystkim sprawdzałem swoje umiejętności na kolegach. Zaskakiwałem ich od tylu i dusiłem. Kiedyś Jackowi zarzuciłem sznurek na szyję i tak ścisnąłem, ze przez wiele dni miał ślad na szyi, albo Mańka podduszałem przewodem elektrycznym. Czerwienił się, dusił, ale oswobodzić się nie mógł – taką miałem wprawę. Zabawiałem się w Indian, wydawałem dzikie okrzyki, fingowałem atak, składałem ręce, jakbym celował, Nosiłem z sobą noże, wyciągałem je zawsze na przerwie i pozorowałem rozpruwanie ciała, podrzynanie gardła, zadawanie ciosów. Chciałem pokazać, aby się mnie bali, dziewczynom chciałem tym za imponować, bo one lubią brutali, i to najbardziej te niewinne, nieśmiałe, co to nie wiedzą rzekomo, po co są stworzone. Lubiłem jak piszczały, chowały się, podniecało mnie to. Goniłem je wtedy a jak dopadłem, udawało mi się nieraz dotknąć ich miejsc niedostepnych i osamotnionych. Dziewczyny mi się podobały. Planowałem różne orgietki z nimi, ale nie zdążyłem ich zrealizować. Wyjeżdżałem tez na wycieczki ze szkołą. Byliśmy kiedyś w Oświecimiu. Zachwyciła mnie organizacja i idea obozów koncentracyjnych. Ja wymyśliłbym jeszcze okrutniejsze tortury.

- Przyzna Pan, ze nie było to normalne zachowanie, czy spotakały Pana za to jakieś przykrości?

- Na początku budy może tak, ale później – niechby się jakiś znalazł. Choć już w II klasie, gdy pobił mnie silniejszy Janusz, nie dałem za wygraną, wyciągnąłem nóż i zraniłem go w rękę. Już od wtedy wiedzieli, ze ze mną to nie przelewki. Wiedzieli, że jestem silny, na ich oczach przebijałem nożem ławki i rzucałem nim celnie, czego oni nie potrafili. W związku z moimi licznymi upodobaniami róznie mnie nazywali. Przede wszystkim byłem określany jako „Lolo” lub „Lolek”, do tego dodawali „rozpruwacz”, „krwawy” „erotoman”, „wariat”, „benzyna”. Sam nazywałem siebie: „Lolo-rozpruwacz”, „Lolo-pirotechnik”, „Anastazja” i „AI Capone”. Mnie to nie obrażało, no może poza przezwiskiem „Lolo-donosiciel”, choć była to prawda.

- No tak, prawda boli najbardziej. Pomówmy teraz o Pana marzeniach i planach życiowych.

- Zaskoczę Pana. Byłem cholernie ambitny, chciałem być kimś, mieć dobre stanowisko, coś znaczyć w tym społeczeństwie. Pierwszym moim marzeniem było zostać komandosem. Przypadła mi do gustu ich odwaga, zimna krew, żelazna dyscyplina i twarde życie. Potem marzyłem o karierze wojskowej, chciałem skończyć szkołę oficerską i zostać wysokim dowódcą. Złożyłem nawet podanie do takiej szkoły. Z moich marzeń zdążyło się spełnić jedno, chciałem i byłem katem ludzi, choć myślałem o większej rzezi, o prawdziwym dużym krematorium. Gdyby była wojna, chciałbym być szefem obozu koncentracyjnego, obcinałbym piersi kobiet i kładł je pod hełmy żołnierzy, aby nie uciskały ich w głowę. Marzyły mi się masowe mordy w komorach gazowych, łapanki, ćwiartowanie ludzi. Chciałem wymordować wszystkie kobiety, może poza dwoma – moją siostrą i kuzynką. Niestety, nie zdążyłem. Nie wiem , kto na tym stracił.

- Ciekaw jestem Pana poglądów i rozumienia pewnych pojęć i zjawisk; czy wie Pan, że morderstwo jest czynem potępianym?

- Wiem dobrze, o ile pamiętam, to kodeks zakazuje takiego rozstawania się ludzi z życiem.

- Jak Pan ocenia swoje czyny?

- Nie mam i nie miałem żadnych obiekcji moralnych.

- Co to w takim razie jest postępowanie etyczne, zgodne z moralnością?

- Według mnie jest to takie postępowanie, które sprawia przyjemność, które odpowiada człowiekowi. Co jest przyjemne, to jest moralne. Jeśli wiec mnie sprawiało satysfakcję i zadowolenie zgładzanie ludzi, to było to postępowanie zgodne z moją moralnością. Byłem oburzony, gdy rodzice komentowali opisywane w gazetach wypadki mordu i mówili, że robi to drań. Ja siebie nie uważam za drania. Drań to taki, który jest pijakiem, złym człowiekiem. Ja zaś uważam siebie za dobrego człowieka. Dokonywane przeze mnie mordy to była moja prywatna sprawa, Byłbym złym człowiekiem, gdybym pil wódkę i zadawał się z prostytutkami. Można więc być mordercą i zarazem dobrym człowiekiem, tak jak ja.

- Przezywano Pana wampirem.

- Tak, mówiły tak na mnie dziewczęta. Dla mnie wampir to taki osobnik, który zabija młode kobiety, rozkoszuje się widokiem krwi i ją pije.

- Czy Pan się modli?

- Teraz już nie, bo i tak nic już nie wymodlę. Kiedyś tak, nieczęsto może, ale tak. Modliłem się o to, aby w szkole nie być pytanym, czy o to, aby planowane morderstwo się udało.

- Czy rozumie Pan uczucie miłości?

- Myślę, że tak, przecież kochałem rodziców.

- W śledztwie mówił Pan jednak, ze nie lubi matki i pragnie śmierci ojca.

- Faktycznie tak mówiłem, ale było to co innego. Robili ze mną takie dziwne testy, pytali o skojarzenia i tak powiedziałem, ale mogę zapewnić, i to będzie chyba jedyna pociecha dla moich rodziców, że ich kochałem faktycznie.

- A ból i cierpienie?

- Samo cierpienie jest pięknem, a zadawanie komuś bólu lub cierpienia jest dziełem sztuki, a nie każdy to potrafi.

- Pana credo życiowe?

- Powiem krótko: zabijać i pić krew ofiar, niszczyć ludzi i ich majątek.

- Jak zrodziła się w Panu chęć zabijania ludzi?

- Początkowo było to upodobanie, bardzo lubiłem patrzeć na nienaganny profil noży. Było to wiele lat temu. Zbierałem je, kupowałem, wymieniałem, zamawiałem noże według moich projektów. Nosiłem je zawsze przy sobie. Kochałem je i tak myślę, ze była to moja największa chyba miłość – miłość do przedmiotu. Dla mnie nóż był żywym tworem, lubiłem jego mowę, cieszyłem się jego dziełem, równo uciętą połacią mięsa, przebitą deską. Nóż to byłem ja. Stale mnie coś ciągnęło i namawiało, abym spróbował jak nóż wchodzi w ciało człowieka. Bałem się jednak. Obawa przed karą hamowała moją rękę, bo wiedziałem, ze za to wieszają. Rozpocząłem więc od istot nieludzkich, chodziłem na łąki, gdzie było dużo żab. Wbijałem im ostrze kozika w wypukłe brzuszki i rzucałem za siebie. Potem były krety, ptaki i gołębie. Kiedyś spostrzegłem, ze krew tych istot robi na mnie dziwne wrażenie. Lubiłem patrzeć, jak spływa po nożu, jak krople padają w ziemię i jeszcze do niedawna żywe wsiąkają w podłoże. Krew ciągle żyła, była ciepła. Potem była rzeźnia w Pcimiu. Patrzyłem jak ubijali cielaki i świnie. Krwi było pełno, jej ciepły zapach podniecał mnie. Piłem szklankami Kiedyś będąc z dziadkiem na wsi, złapałem cielaka za mordkę i zarżnąłem. Była to pierwsza większa sztuka. Stale prześladowała mnie myśl, aby spróbować tego z człowiekiem. Pamiętam, że będąc nieletnim jeszcze chłopcem, nieraz w czasie zabawy z Janka przymierzałem swoją finkę do jej pleców. Nie miałem jednak odwagi wbić noża w jej drobne ciało. Postanowiłem ćwiczyć obycie z ciałem przeciwnika, dusiłem więc kolegów, rzucałem się na nich, uderzałem karate. Ale to ciągle nie było to, bo pragnąłem krwi człowieka.

- No właśnie, czy tylko dlatego Pan mordował?

- Wie pan, początkowo po to, aby zdobyć odwagę, jak również dla własnej przyjemności, dla pokonania samego siebie. Później przyczyną była niechęć do ludzi. Wydawało mi się ciągle i to mnie męczyło, że nikt mnie nie lubi, i dlatego ja nikogo nie lubiłem. Pamiętam, że mówiłem o tym do plastyczki, mówiłem jej że będę mordercą, będę zabijał, bo ludzie są dla mnie źli. Mam z tego powodu kompleksy i będę się mścił za najlżejsze szyderstwo,_ każde złe słowo. Kto tego nie przezywa, to nie zrozumie moich natarczywych myśli, które nurtowały mnie, nie dawały spokoju, które mówiły, że muszę kogoś zabić. Było to bardzo męczące, a po to, żeby się od tego uwolnić, musiałem wybiec na miasto i gonić za ofiarą. Niektórzy mówili, że wampir działa bez motywów, ale to nieprawda przecież dogadzałem swoim zachciankom i uwalniałem się od obezwładniających mnie myśli. Pasjonował mnie widok krwi, cierpienie ofiary i dzieło zniszczenia. Prawdę powiedział o tym prokurator „gdyby Kot chciał, to mógł odmówić sobie przyjemności zabijania, lecz nie chciał, bo wolał zabijać”.

- Pokrótce wiemy dlaczego Pan zabijał, wiemy tez, że był Pan świadomy, iż nie wolno zabijać, ze za to wieszają – czym w takim razie usprawiedliwia Pan zabijanie, jak można było dokonać tak potwornych zbrodni, przecież trzeba do tego odwagi, a i możliwość umknięcia kary jest minimalna?

- Rozumiem, o co Panu chodzi. Zbrodniarze hitlerowscy usprawiedliwiali przed sobą i przed sumieniem świata swoje niesłychane zbrodnie oddaniem i wierną służbą dla Fuhrera i Vaterlandu, a czym tłumaczy swoje zbrodnie Karol Kot, czyż nie tak?

- Wlaśnie o to spytałem

- Wytłumaczenie jesi we mnie, w moim wnętrzu, w mojej filozofii, w moich poglądach na dobro i zło. Mówiłem już dzisiaj, ze dobrem jest to co sprawia przyjemność, w takim razie, skoro zabijanie dawało mi zadowolenie, wiec jest dobrem, a ja porządnym człowiekiem. Nie jestem wiec draniem czy zbrodniarzem, ale tylko mordercą. Wierze w to, ze jestem porządnym człowiekiem. To, ze mordowałem niewinnych to moja osobista, prywatna sprawa.

- Jak tę filozofię wcielał Pan w życie, czyli po prostu, co ma Pan na sumieniu?

- Zaraz, mam tu ze sobą akt oskarżenia, to będzie łatwiej o wszystkim powiedzieć, Był wrzesień 1964 r. Coś od rana chodziło za mną, gnało mnie, nakłaniało, aby kogoś ugodzić nożem. Zabrałem dwa noże i wyszedłem szukać obiektu. Pomyślałem, ze najpewniej będzie zamordować w pustym kościele jakąś starą, modlącą się kobietę. Wpierw zajrzałem do kościoła Kapucynów, a potem do Sercanek. Wszedłem do wnętrza, uklękłem, przeżegnałem się i tak bezmyślnie czekałem na jakąś starowinę. Jak na złość żadna nie przychodziła. Już wychodziłem gdy w drzwiach zobaczyłem starą kobietę. Gdy uklękła, podszedłem do niej, wyjąłem bagnet i ciosem od dołu dźgnąłem ją silnie w plecy, mierząc na wysokości serca, tak aby cios był śmiertelny. Wyszedłem zaraz z kościoła. W jednej z bram otarłem bagnet palcem. a krew zlizałem. Jeszcze w tym samym miesiącu, kilka dni później musiałem znów kogoś zabić. Spostrzegłem staruszkę i szedłem za nią. Gdy weszła do kamienicy i była na półpiętrze, uderzyłem ją nożem w plecy. Również kolejną ofiarę przyuważyłem na ulicy. Wszedłem za nią do przedsionka klasztoru Prezentek i tam uderzyłem nożem w plecy. Potem w najbliższej bramie starłem krew z noża i palec oblizałem, W lutym 1966 r, było to w niedzielę, nie mogłem usiedzieć w domu, Pojechałem na Kopiec Kościuszki. Dzień był ładny leżało sporo śniegu. Gdy dochodziłem do Kopca, słyszałem odgłosy jakiś zawodów. Szedł akurat mały chłopczyk, ciągnął za sobą sanki. Spytałem „czy są, tu jakieś zawody lub spartakiada”. Odpowiedział, że tak i wskazał jak mam iść. Gdy się odwrócił, przyciągnąłem jego główkę do siebie i prawą ręką uderzałem go nożem w okolicach łopatek i nerek. Wracając, kupiłem ciastka i zawiozłem do domu. W kwietniu tego roku znów poczułem „natchnienie”. Wszedłem do jednej z kamienic. Po chwili zeszła mała dziewczynka do skrzynki z listami. Lewą ręką złapałem ją za szyję, a prawą zadawałem nożem ciosy w plecy, brzuch i okolice serca. Noża nie schowałem od razu do pochwy, aby nie zetrzeć krwi. Wracając do domu, wszedłem do KW MO, aby przedłużyć zezwolenie na broń. Muszę tez powiedzieć o próbach zabójstwa na koleżankach. Oprócz wspomnianych już dziś dwóch zamachów na plastyczkę, przypominam sobie również trzeci, było to w piwnicy, gdy odmówHa zbliżenia, strzeliłem do niej z biodra, ale chybiłem. Myślałem też o zamordowaniu czterech innych dziewczyn, dwie odmówiły pójścia ze mną na spacer i to je uratowało. Trzecia, której chciałem pomóc zejść z tego świata, nie była sama w domu, a czwartą uratowało to, iż chciałem brzytwą rozciąć jej głowę „od ucha do ucha”, ale nie miałem pieniędzy na brzytwę. Jak Pan wie, próbowałem tez zabijać trucizną. Podjąłem cztery próby, ale chyba żadna się nie udała, choć doprawdy nie wiem jakto było możliwe. Kupiłem kiedyś dwie butelki piwa i wsypałem do nich po około łyżeczce uwodnionego arsenianu sodu. Jedną butelką postawiłem w bramie przy ul. Wawrzyńca, a drugą przy ul. Bożego Ciała. Stałem i czekałem, aż się ktoś złakomi. Dopóki wytrzymałem, nikt nie skusił się na piwo. Innym razem butelkę piwa z trucizną postawiłem w bramie przy ul. Dzierżyńskiego, gdzie mieszkała moja koleżanka – w nadziei, że może ona da się złapać. Kolejny raz zadziałałem inaczej. Zabrałem ze sobą sproszkowaną truciznę i po spożyciu obiadu w restauracji „Sielanka” wsypałem ją do stojącej na stole oranżady ale znów nic z tego chyba nie wyszło. Ostatni raz wsypałem truciznę do buteleczki z octem w barze ,,Przy Błoniach”. Myślałem tak, jak posmakuje ktoś oranżadę, to może nie dopić i wylać, a w occie nigdy nie wykapuje. Czytałem potem gazety, pytałem, ale nikt nie słyszał o żadnym otruciu. Może ono poszło na konto kogo innego a może lekarze uznali, ze to zawal serca, nie wiem, choć chciałbym wiedzieć. Najgorzej jest przecież wtedy, gdy robota idzie na marne albo coś się zrobi, a z wyniku korzysta ktoś inny. Może już starczy o tych truciznach, muszę się sprężać, więc teraz o moim zamiłowaniu do ognia. Od najmłodszych lat lubiłem zabawy z ogniem. Pamiętam ojciec nauczył mnie takiej sztuczki: w usta nabierałem naftę, potem ją rozpraszałem w powietrzu i zapalałem zapałkę albo umywalkę napełniałem wodą, na to lałem naftę lub benzynę i podpalałem. Efekty były wspaniałe i tak przyzwyczajałem się do płomienia . Ogień na wojnie jest jednym ze środków niszczenia nieprzyjaciela, to i ja pomyślałem, ze trzeba go tez wykorzystać w moich planach. Gdy pierwszy raz spróbowałem, był to pamiętam maj, było już ciepło. Wyszedłem ze szkoły, kupiłem ćwierć litra rozpuszczalnika i chodziłem po różnych bramach w poszukiwaniu najlepszego obiektu na podpalenie. Pamiętam, ze na ul. Gołębiej znalazłem poddasze z drewnianym schowkiem i jakimiś papierami. Polałem je rozpuszczalnikiem i podpaliłem. Wyszedłem, a gdy po jakimś czasie wróciłem, aby zobaczyć jak pali się dom, zdziwiłem się, nie było nawet dymu. W tydzień później podpaliłem drewnianą ubikację na strzelnicy, ale ugasił ją dozorca. W czerwcu wszedłem do piwnicy domu przy Straszewskiego. Leżało tam sporo szmat i papierów. Polałem je benzyną i podpaliłem. Czekałem potem długo na ulicy, ale tez bez efektu. Widzi Pan, jak miałem się nie denerwować, skoro nic mi nie wychodziło, nie miałem po prostu szczęścia, a teoretycznie to wszystko wyglądało tak oczywiście. Po co te moje przygotowania, studiowanie podręczników, wyrabianie zręczności, kiedy nie mogłem tego wykorzystać. Czuję taki niedosyt, a głupio umierać ze świadomością, ze nie spełniło się swojego posłannictwa na tym świecie, może na tamtym, w uznaniu zasług, będę jakimś szefem destrukcji, ale Pan i tak mi w tym nie pomoże. Wezmę z sobą akt oskarżenia i wyrok, może to ich przekona.

- Co Pan czul w momencie zabijania?

- Chce Pan dotknąć moich czułych miejsc, a niech tam. Każdy mój czyn poprzedzała dziwna myśl, taka natrętna, drążąca cały mózg, dręczyła mnie, prześladowała, chodziła za mną , krępowała moje poczynania. Nie mogłem spać, uczyć się, cierpiałem okrutnie. Musiałem więc szybko myśleć, gdzie i kogo zabić. Warunki zbrodni były niby proste, musiałem być ja, musiała być ofiara i musiał być spokój. Szukałem ofiary w miejscach odludnych, a więc w kościołach, na oddalonych peryferiach miasta czy na pustej klatce schodowej. Z ofiarą musiałem być sam na sam, choćby przez ułamki sekundy, ale sam. Gdy tak nie było, potrafiłem zrezygnować. Prokurator w związku z tym, ze potrafiłem zaatakować tylko slabszych ode mnie i gdy byli sami, nazwał mnie tchórzem A co miałem zabijac na oczach setek, kto wtedy za mnie zabijałby następnych. Czcza demagogia. Przed samym momentem uderzenia, gdy stwierdziłem, że są do tego warunki, ogarniało mnie silne podniecenie, którego nie mogłem opanować. W chwili zaś uderzania miałem jakieś zakłócenia w widzeniu, choć cios pierwszy i ostatni rejestrowałem dobrze, a te środkowe to waliłem na oślep. Przyjemności doznawałem, gdy nóż wchodził w mięso, jest to uczucie nie do opisania, przeżycie warte jest szubienicy. Zazdroszczę chirurgom, jak tak na okrągło tną ciało, tyle że brak im tej atmosfery, tego napięcia, ze ktoś ich nakryje, a w dodatku pacjent nic nie przezywa, bo jest uśpiony. Kiedy przykładałem nóż do gardła plastyczki, chciałem widzieć obłędny strach i grozę w jej oczach, styszeć krzyk rozpaczy i przerażenia, błaganie o darowanie życia, a po wbiciu ostrza – słyszeć rzężenie konającej. Dlatego też tak rzadko uciekałem się do innych narzędzi. W przypadku użycia trucizny przyjemnie byłoby jedynie przeczytać w gazecie, że ktoś się otruł w restauracji, bo można wyobrazić sobie jego cierpienia przed śmiercią.

- Czy mordowanie dawało Panu zadowolenie seksualne?

- Cierpienie ofiary dawało mi zadowolenie, ale czy było to zadowolenie ze sfery seksualnej, tego nie wiem, bo nigdy nie doznałem zadowolenia z kobietą. Mogę jedynie opisać, jak się czułem po mordzie. Momentalnie się uspokajałem, byłem jakiś swobodny, złe głosy odstępowały ode mnie, lepiej spałem, nie czułem potrzeby biegania za ofiarą, byłem zadowolony jak po otrzymaniu oczekiwanego prezentu.

- Z tego co słyszałem w sądzie i co dziś Pan można wnioskować, że przestępcze działanie Pana było przemyślane, Podstępne i chytre. W Tyńcu przed próbą zamachu na plastyczkę udawał Pan zwichnięcie nogi, przed atakiem pod Kopcem Kościuszki uśpił Pan czujność tego chłopca, zagadując go na temat zawodów, gdy Małgosia dochodziła do skrzynki z listami, udawał Pan, ze jej nie widzi, przed wbiciem noża w ciało jednej ze staruszek klęczal Pan i odmawiał modlitwę itd. itd.

- Ma Pan rację, bo ja potrafiłem zabijać, robiłem to jak nikt inny. Proszę zauważyć, że działałem w otoczeniu tysięcy ludzi, a jednak nie ujęto mnie na gorącym uczynku. Nie byłem przecież szaleńcem -jak słusznie mówił prokurator – który opętany żądzą mordu biega po mieście z nożem w ręku i uderza bez zastanowienia, gdzie popada. Ja działałem z rozeznaniem, przez to byłem groźny i nieuchwytny.

- Jak Pan scharakteryzowałby swoje zachowanie się po czynie?

- Jako czujne i ostrożne, ale był i czas na cieszenie się z dobrej roboty. Przede wszystkim uciekałem z miejsca przestępstwa, a odprężenie, jakiego doznawałem po czynie, pozwalało mi zachowywać się normalnie i nie popełniać błędów. Dlatego tez, jak już dzisiaj mówiłem, po ataku na Małgosię spokojnie poszedłem do KW MO przedłużyć ważność pozwolenia na bron, a potem zjadłem obiad. Po zabiciu Leszka pod Kopcem pojechałem do kolegi, oglądaliśmy albumy i prospekty, a potem kupiłem ciastka i pojechałem do rodziców. Po każdym czynie przez jakiś czas nie nosiłem ze sobą noży, a nóż, którym zabiłem Leszka, oddałem nawet na przechowanie plastyczce. Zwłok nie starałem się nawet ukrywać, przecież małego Leszka mogłem wrzucić do pobliskiego wąwozu i długo by go nie znaleźli. Jedynie gdy chodzi o plastyczke, planowałem upozorować samobójstwo i wrzucić jej ciało do Wisły, ale to zrozumiałe, bo gdybym tego nie zrobił, to zabójstwo skojarzono by zaraz ze mną, a tak to jeszcze współczuliby mi, że straciłem dziewczynę. Chwilą radości dla mnie po czynie było, gdy ścierałem palcem krew z noża, a potem go oblizywałem. Robiłem to jak najszybciej, w pierwszej lepszej bramie.

- Jak dziś ocenia Pan swoje zachowanie, czy wyraża żal lub skruchę z tego powodu?

- Ja się cieszyłem z tego, co udało mi się zrobić. Gdy w gazecie ukazało się zdjęcie Leszka, pobiegłem do kolegi i pochwaliłem się, że to moje dzieło, planowałem nawet tymi zdjęciami wytapetować swój pokój. Gdy zaś nożem podźgałem Małgosię, to nie mogłem powstrzymać się, aby nie powiedzieć o tym plastyczce. Nie żałuję niczego, a gdybym mógł, mordowałbym dalej. Do żalu musi być jakiś powód, fakt zaś ewentualnej kary śmierci nie wzbudza we mnie żalu, bo wierzę w przeznaczenie, będzie tak, jak być musi. Jak się coś robi dla przyjemności lub z namiętności, to według mojego pojmowania prawa nie jest to przestępstwo. Nie wiem, dlaczego nie rozumie tego prokurator i twierdzi, ze to art. 225. Gdyby chodziło o zabójstwo na tle rabunkowym lub z zemsty, to tak, trzeba dawać dookoła wojtek lub huśtawkę tzn. dożywocie lub karę śmierci, ale mnie, za co, no za co, czy ktoś zdoła mi to przetłumaczyć. Pytał Pan też o skruchę – otóż powiem, że nigdy skruchy nie czułem. Prawdą jest, ze w śledztwie mówiłem, że żałuję tego, co zrobiłem, ale tylko dlatego, ze milicjanci tak nudzili mnie napominałem o skrusze, ze wreszcie powiedziałem, jak chcieli. Ale za to już przed sądem mówiłem prawdę, ze nie czułem i nie czuję żadnej skruchy, no bo niby dlaczego.

- Czy współczuł Pan ofiarom, tym które przeżyły, one przez wiele Miesięcy walczyły ze śmiercią, cierpiały?

- Uczucie współczucia znam dobrze, ale jeśli komuś współczułem, to tylko sobie. Nigdy nie przyszło mi na myśl, ze należy współczuć ofiarom czy ich rodzinom. Cieszyła mnie moja robota, krew, śmierć, cierpienie ofiar i to było najważniejsze. Powiem więcej, gdy się dowiedziałem, że niektórzy wylizali się z moich uderzeń, to byłem zły na siebie, ze mogłem tak spartaczyć robotę.

- A obawa przed ujęciem?

- Mógłbym powiedzieć, ze się nie bałem, i musiałby Pan przyjąć to za dobrą monetę, ale ja powiem prawdę, bałem się przez jakiś czas po czynie, stąd – jak mówiłem – nie nosiłem ze sobą tego noża, którym zabiłem, przez kilka dni. Potem wszystko ustępowało i czekałem, kiedy najdą mnie myśli, żeby ruszyć w Kraków na polowanie.

- Pana krwawe konto stale się powiększało, czy nie było momentów refleksji, że należy się opamiętać i zaprzestać dalszych morderstw?

- Wie Pan, ze mną było jak w tym porzekadle „ciało puszczone w ruch puszcza się dalej”. To był taki nałóg, jak w niego wpadłem, nie mogłem żadną miarą z niego się wydostać. Zresztą muszę szczerze powiedzieć, że nawet na myśl mi me przyszło, aby z niego się wygrzebać, myśli były ode mnie silniejsze, one dowodziły moim umysłem, ja byłem jak posłuszny żołnierz. Prawdą jest, ze zwierzałem się z moich wyczynów, ale nie po to, aby osoby, którym to mówiłem, ratowały mnie. Najwięcej wiedziała plastyczka. Powiedziałem jej nawet o tym, że wsypałem truciznę do butelki octu w restauracji. Ona chyba chciała mnie ratować. Wiedziałem, że już za późno, ale dla świętego spokoju poszedłem z nią do lekarza. Jeden raz, więcej nie poszedłem.

- Czy utkwiły w Pana pamięci jakieś szczególne momenty ze śledztwa?

- Tak, chodziło o okazywanie mnie staruszkom, które uderzyłem w kościele i które przeżyły. Jedna, pamiętam, wskazała na mnie i powiedziała „to bydlę napadło mnie w kościele”. Zdenerwowało mnie to, że mówiła prawdę, a ja jej to umożliwiłem, partacząc robote. Gdy druga staruszka tez wskazała na mnie, nie wytrzymałem i przy milicjantach walę prosto z mostu: „dobrą ma pani pamięć, niech pani podejdzie do mnie, to do reszty z pani farbę wytoczę”.

- Pomówmy chwilę o procesie, o Pana zachowaniu się na rozprawie.

- Sądowi i dziennikarzom nie podobało się moje pogodne usposobienie. Chcieli, abym wył z bólu, szlochał i mdlał. To co miałem udawać i wtedy byłbym „dobrym”? Ja byłem sobą. Co w tym złego, że gdy sąd kazał mi wyjaśniać, ja spytałem, czy dobrze słychać przez te mikrofony i czy mogę już zaczynać. Nieraz sąd przywoływał mnie do porządku i żądał powagi. Albo gdy sąd pytał jak z moim zdrowiem w więzieniu, a ja powiedziałem, że jem, śpię dobrze, a nawet przytyłem – to co, miałem powiedzieć nieprawdę, ze schudłem, bo przezywam tragedię życiową. Prawda, ze nieraz śmiałem się i bawiłem, gdy zeznawali świadkowie. Śmiałem się z kłopotliwej sytuacji, w jakiej się znaleźli. Śmieszy mnie schocking profesorów, trenera, kolegów, gdy w układnym, grzecznym chłopcu odkryto przed nimi twarz okrutnego mordercy. Nie obyło się bez incydentów. Matka Leszka dwukrotnie próbowała mnie uderzyć torebka, w twarz, ja również zaatakowałem fotoreportera, bo mnie sprowokował, huknąłem go dwa razy w brodę, chyba popamiętał Kota. Wybaczy Pan, ze nie powiem o dwóch krytycznych momentach w procesie, gdy zrobiło mi się słabo. Kolega mówił o planowanych przez nas orgietkach i nie wytrzymałem.

- Dużo czasu w toku procesu zajęta sprawa Pana poczytalności.

- Nie jest to przecież chyba normalne, ze 19-letni chłopak ma już tak zapaćkane sumienie. Mówiłem o tym plastyczce, powiedziałem jej, ze jestem chyba chory na schizofrenię lub psychopatie, bo zabiłem dwóch lub trzech ludzi. Biegli byli innego zdania, twierdzą, że nie jestem chory. Ja myślę sobie tak, czemu moi koledzy, rówieśnicy nie popełniali takich czynów jak ja, a skoro ja mordowałem i jestem zdrowy psychicznie, jak i oni, to chyba dla nich jest krzywdzące, że zaliczam się do tego samego grona normalnych chłopaków, ale trudno, biegli są mądrzejsi. Prokurator miał na to gotową odpowiedź. Mówił, że przecież wielu groźnych przestępców też było normalnych. Mówił o jakimś dusicielu 8 pielęgniarek z Chicago, o facecie, który ukrył bombę w samolocie, powodując śmierć 44 osób, oraz o pielęgniarzu! z Niemiec, który dla popsucia reputacji lekarzowi otruł arszenikiem kilkunastu operowanych przez niego pacjentów. Widzi Pan, w jakim jestem towarzystwie. Nie wiem, czy Pan wie, ze siedziałem w sądzie na tej samej ławie oskarżonych, na której byli przede mną Mazurkiewicz i Zdanowicz. Czyżby do trzech razy sztuka?

- Wróćmy do Pana ostatniego stówa w procesie.

- Nie powiedziałem nic, przecież to nie miało sensu. Sąd mnie wyraźnie naciągał na wypowiedź, pytano, czy mam może prośbę wsprawie wyroku – powiedziałem też, ze nie.

- Czy znalazłby Pan jakieś pozytywne cechy u Karola Kota?

- Sam prokurator powiedział, że nie miałem amputowanego sumienia i miał rację, mogę wymienić wiele dobrego u Kota, choćby to, że był bardzo wrażliwy, użalał się nad losem cieląt i trzody chlewnej pędzonej na rzeź, płakał z powodu otrucia psa, potępiał zadawanie się z prostytutkami, kradzieże, picie alkoholu, przebywanie w złym towarzystwie, nieuctwo i brak zdyscyplinowania, był prawdomówny i ambitny, marzył o karierze wojskowej, uprawiał sport i osiągał w nim liczące się wyniki, przeżywał niepowodzenia w nauce, darzył sympatią plastyczkę, był religijny. Gdy tak mówię o Karolu Kocie, to aż nie chce mi się wierzyć, że to ja, bo tyle tego pozytywnego, a tymczasem skazany jestem, choć nieprawomocnie, na karę śmierci.

- Dlaczego w takim razie tak ułożyły się losy Karola Kota, czemu nie pielęgnował i nie rozwijał tych cech pozytywnych?

- W ten sposób wracamy do początku rozmowy, może wiec powiem tylko, że dużo nad tym myślałem i doszedłem do tego, ze niemało w tym winy mojej rodziny, a konkretnie mojego dziadka, który byt tęgim rozrabiaką. Jestem więc może dziedzicznie obciążony, choć dziadkowi daleko do moich wyczynów. Przerostem go. Dobrze, ze ja nie miałem dzieci, co by z nich wyrosło, gdyby miały mnie prześcignąć w zbrodniach. Czy to nie jeszcze jedna pozytywna cecha Kota, że nie zostawił po sobie zbrodniczego potomstwa?

- Czego się Pan obawia obecnie?

- Śmierci, własnej śmierci, choć staram się o tym nie myśleć a gdy takie chwile przychodzą, odsuwam je od siebie.

- A więc strach przed karą, boi się Pan, bo sytuacja zagraża życiu a to, że Pan sam tylu wysłał na tamten świat, to nie robiło na Panu wrażenia?

- W chwili zbrodni nie myślałem o karze dla siebie, lecz o przyjemności. Teraz boję się kary, chcę żyć, ale wiem, ze mój los został przesądzony już w chwili pierwszego mordu. Co mi teraz zostato, to tylko przygotować sobie watę, zęby stryczek za bardzo nie uwierał.

- Co by Pan robił w razie zwolnienia z więzienia?

- Kpi Pan sobie ze mnie, dlatego na więcej pytań już nie odpowiem. Choć muszę dodać na pożegnanie, ze miałem bogate plany zbrodnicze, o których myślę z ubolewaniem, że ich nie zrealizowałem Przede wszystkim miałem mordować młode dziewczyny. Wymyśliłem cały przebieg poszczególnych morderstw, wiele miało mieć postać orgietek zakończonych torturami i śmiercią. Planowałem też wysadzenie wiaduktu kolejowego, mordowanie dzieci i starych. Nie zdążyłem, trudno.

- Skoro kończymy już naszą rozmowę, powiem szczerze, iż według mojej orientacji będzie Pan najprwawdopodobniej stracony. Trudno nawet przecież myśleć, że wyrok Sądu Wojewódzkiego ulegnie zmianie w drugiej instancji, przed Sądem Najwyższym. Rozstanie się więc Pan z życiem, mając tyle zła na koncie, tyle wyrządzonych nieszczęść i bólu, czy nie widzi Pan potrzeby choćby moralnej rekompensaty tym osobom, ich rodzinom?

- Niedługo spotkam się z ofiarami, tam gdzie się wybieram, to sobie pogadamy, tu na ziemi nie mam z kim rozmawiać.

Po tej rozmowie rewizję od wyroku Sądu Wojewódzkiego w Krakowie wnieśli do Sądu Najwyższego prokurator ( bo sąd skazał Kota na karę śmierci jedynie za zabójstwo Leszka C.) oraz obrońcy. Sąd Najwyższy w składzie zwykłym, wyrokiem z 22 listopada 1967 r., zmienił wyrok i skazał Karola Kota na karę łączną dożywotniego więzienia. Zdaniem bowiem sądu młodociany wiek oskarżonego i stwierdzona u niego psychopatia stanowią przesłanki przemawiające przeciwko wymierzeniu mu kary śmierci. Od tego prawomocnego wyroku wyroku rewizję wniósł Prokurator Generalny PRL. W dniu 11 marca 1968 r. Sąd Najwyższy w skłądzie siedmioosobowym ogłosił wyrok : Karol Kot został skazany łącznie na karę śmierci ( w tym za zabójstwo Leszka C. i usiłowanie zabójstwa Małgosi P. na karę śmierci ) i utratę praw obywatelskich na zawsze. W uzasadnieniu sąd podał m.in, że „szczególnie okrutny sposób działania oskarżonego przy zabójstwie 11-letniego Leszka C. i próba zabicia 7-letniej Małgorzaty P., godzenie w bezbronne istoty, jego cynizm i brak skruchy sprawiają, że jedynie słuszną karą za nie jest kara śmierci”. Rada Państwa PRL nie skorzystała wobec Karola Kota z prawa łaski i wyrok wykonano w dniu 16 maja 1968 r. Przerażenie ogarnia na myśl, co by się stało, gdyby Karol Kot pozostał wśród żywych.”

Tekst pożyczony ze strony http://home.autocom.pl/basia/index.html .

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Mark Ryden.

23 sie

rydenbg6.jpg

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Afirmacja życia, po występach zmęczony, wg Kapuścińskiego.

21 sie

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Porażająca wiadomość.

16 sie

BE887875.gif

Używając modnego ostatnio słowa (słowo modne też jest modne), chcę przekazać informację, jaką przed chwilą usłyszałem w radio. Otóż grupa naukowców z Bostonu, korzystając z ogromnej mocy superkomputera, udowodniła, że by ułożyć tzw. kostkę Rubika, wystarczy wykonać 26 ruchów. Wcześniej sądzono, że wymaganie minimum to 27. Komputer, aby to obliczyć, wykonał 43 tryliardy obliczeń, tzw. operacji. To jest tak absurdalna wiadomość, że koniecznie musiałem się nią podzielić.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

O ptaku Feniksie – Laktancjusz († ok. 330)

16 sie

Rinasce_piu_gloriosa.png

„Lucius Coelius Caecilius Firmianus Lactancius. Pochodził z Afryki; wykładał retorykę w Nikomedii, gdzie był naocznym świadkiem prześladowań, następnie został nauczycielem syna Konstantyna Wielkiego. Jego główne dzieła to: O gniewie Bożym, Jak umierali prześladowcy i Boskie urządzenia – próba syntezy nauki chrześcijańskiej. Poemat O ptaku Feniksie jest utworem przypisywanym Laktancjuszowi z dużym prawdopodobieństwem.”


O PTAKU FENIKSIE

Jest na dalekim wschodzie kraina szczęśliwa,
Kędy się brama szeroko wiecznych otwiera nieb;

Z dala od stron, gdzie się słońce zimą czy latem zrywa,
Tam, gdzie na niebie wiosną jasny budzi się dzień.

Tam to równina roztacza horyzont szeroki,
Ni się pagórek tam wzdyma, ni dolin głębi rów,

Lecz leży ona kraina na szczycie wysokim,
Dwanaście łokci wyższym od naszych wzniosłych gór.

Święty tam rośnie gaj słońca, w którym mu wiecznie zielonym
Liściem przystraja ustronie gęstodrzewy las.

Gdy niebo palił pożarem Faetonta płomień,
Miejsce to nienaruszone przetrwało ognia czas,

I kiedy potop w wód głębi świat cały pogrążył,
Nad topiel deukalionejskich wznosiło się fal.

Nie ma tam chorób niszczących, ni starość tam ciąży
Ni śmierć się sroży, ni dreszcz budzący strach.

Nie ma tam zbrodnia dostępu, ni bogactw chęć obłąkana,
Ni żądzą krwi pałający szał, ni mściwy gniew.

Smutku też gorycz tam obca, i nędzy w łachmanach,
Troska snu z powiek nie spędza, głód nie pali trzew.

Ani tam burze szaleją, czy straszne wichury,
Ziemni nie kryje szron zimny, nie mrozi jej lód.

I cienia nad polami nie rozpinają chmury,
Ni z nieba wysokiego strugi padają wód.

Na środku gaju jest źródło, życia źródłem zwane,
Przejrzysty i łagodny bogaty w wodę zdrój,

Co raz w miesiącu wybucha i swymi falami
Dwanaście razy nawadnia cały gaj ten swój.

Tutaj też drzewa się w górę wysoki pień wspina,
Nie spadający na ziemię słodki wydając plon.

W tym to zieleńcu, w tym gaju, mieszka ptak jedyny,
Feniks, co życie swe wznawia przez swój własny zgon.

Posłusznie ptak ten niezwykły stosuje się do Feba,
Taki mu matka-natura dała służby dar:

Gdy tylko złotoróżana Jutrzenka wkracza na nieba
I gwiazdy płoszy rumieńcem swych barw,

Trzykroć po cztery razy nurza się w zdroju życia,
Trzykroć po cztery razy kosztuje żywych wód,

Wzbija się w górę i siada na najwyższym szczycie
Drzewa, co jedno na cały gaj spogląda w dół,

I tam zwrócony w stronę wschodzącego Feba
Czeka na słońca promienie, na nowy dnia świt.

A kiedy światło słoneczne wschodzi nad próg nieba
I pierwszy błyska zorzy poranny znicz,

Świętego śpiewu zaczyna melodyjne tony
Nowy witając głosem przedziwnym dzień,

W którym mu sprostać by nie mógł ni słowik natchniony,
Ni cyrrejskich muzyka melodii i pień.

Ni kyllenejska lutnia dźwięcznych pieśnią strun.
Kiedy zaś Feba krąg cały na niebios przestworze

W biegu swym wyjdzie i blaskiem wypełni się łun,
Ptak ten trzykrotnym skrzydeł uderzeniem

Trzykroć ognistej cześć tarczy oddawszy kończy pieśń.
Podobnie rącze godziny wyznacza tym pieniem,

Niewysłowioną melodię nucąc w noc i w dzień,
Gaju czcigodny on kapłan i światłości sługa,

Jedyny świadek w twój, Febie, wtajemniczon cud
A gdy lat tysiąc przeżyje i czasu nić długa

Ściągnie nań wieku podeszłego trud,
Miłe opuszcza, jak zwykle, swe mieszkanie w gaju,

By życie swe odnowić zmęczone biegiem lat:
Opuszcza święte miejsce odrodzić się mając

I leci w nasz ten królestwa umierania świat.
Ku Syrii loty swe kieruje starością utrudzon,

W kraj, który imię od niego właśnie wziął:
Lecąc przez puste bezdroża w jakiś gaj na odludziu

Szuka, gdzie las by mu w górach odległy dał schron.
Tam sobie wzniosły szczyt palmy wysokiej wybiera,

Co również odeń feniksa grecką nazwę ma,
By żaden na nią szkodnik nie zdołał się wdzierać,

Czy to wąż śliski, czy też drapieżny jakiś ptak.
Wtedy to Eol w zawiesistych wiatry zamyka jaskiniach,

Bu aury purpurowej nie mącił ich wiew,
Czy też by chmura, zgęszczona przez wiatr, nie rzucała cienia

Słońce ptakowi kryjąc na przestrzeni nieb.
Sam on z kolei gniazdo, czy grób, sobie ładzi:

Bo ginąc, żeby ożyć, sam odradza się –
Olejków z lasu bogactwo, wonności gromadzi,

Jakie Asyria, Arabia zbiera bogata w nie,
Jakie pigmejski lud zbiera, jakie India rodzi,

Czy też sabejskich łagodne łono ziem:
Cynamon i amomy, których woń z dala dochodzi,

Liście balsamu pachnącym nasycone tchem,
Nie brak tam kasji przyjemnej, ni wonnych gałązek akantu,

Ni kadzideł podobnych do łez grubych gron.
Do nich dodaje pachnące młodego kłosy nardu

I jakby mirra pachnącej panacei woń.
Zaraz też ciało, co się odmienić, w tym gnieździe,

W tym życiodajnym łożu składa, starych członków znój,
Po czym wonności dziobem po członkach rozmiecie

I mając umrzeć sam sobie gotuje pogrzeb swój.
Wreszcie swą duszę wszelakim wonnościom powierza,

Nie bojąc się w depozyt im oddać ten dar.
Tymczasem ciało niszczone przez śmierć, co odświeża,

Rozgrzewa się i samo nieci w sobie żar
Od światła eterycznego bierze płomień z dala;

Płonie i w proch się rozkłada pogrzebowy stos.
Ale te prochy natura w jedną masę scala

Nadając jej skuteczną, jak nasienia, moc:
Z niej coś żywego, jak mówią, bez członków, powstaje,

Robak, co kolor podobno mlecznobiały ma;
Ten rosnąc w krągłe przekształca się jaje

I tak przez czas określony snem zmożony trwa.
W końcu jak polna na nitce wisząc u kamienia

Gąsienica w motyli przekształca się ród
I kształt swój w kształt motyla pierwotnie przemienia,

Tak Feniks krusząc osłonę w pisklęcy przechodzi płód.
Lecz nie wolno mu w świecie naszym brać pokarmu:

Nikt też dla nieopierzonego nie troszczy się o chleb.
Ambrozyjskie on pije rosy niebiańskich nektarów,

Delikatne, z gwiaździstych płynące mu nieb.
Te zbiera, tymi się karmi ten ptak wśród wonności,

Dopóki nie osiągnie pełni swoich sił.
A kiedy zacznie kwitnąć już wiosną swej młodości,

Leci wracając w dom swój, by w nim dalej żył.
Wpierw jednak wszystko, co z ciała jego pozostało,

Czy to kości, czy prochy, czy inne szczątki są,
Dziobem swym zbiera i w jedną bryłę całą

Maścią balsamu i mirrą stopioną ulepia ze czcią:
Niosąc ją w szponach do Słońca udaje się do grodu

I na ołtarzu w świątyni w ofiarny skłąda dar.
Sam zaś przybiera postać przepiękną, prawdziwie czcigodną,

Tak cudny jest, taki w sobie ma niezwykły czar.
Najpierw więc kolor – jak pod gwiazdą Raka

Łupina ma, co okrywa słodycz granatu ziarn;
Jakim lśnią kwiatów płatki na polnych makach,

Gdy Flora swą rozpina szatę w czerwony łan.
Takim okryciem barki i piersi pięknie się palą,

Takim i głowy, i czyi, i grzbietu barwy lśnią.
Ogon pociągły ma kolor złotego metalu,

A w nim mieniące się plamy purpurowe tkwią.
Skrzydeł mu pióra z wierzchu barw gamą się mienią.

Jak nieraz chmury Iryda stroi w barwny łuk.
A bielą z szmaragdową zmieszaną zielenią

Rozwartego się dzioba perli się czysty róg.
Oczy ma wielkie – myślałbyś, że to dwa hiacynty,

W których w środku jasny płomień skrzy.
Na głowie purpurowej krąg promienisty,

Jako ten, co ozdabia głowy Feba szczyt.
Łuski nóg złotym się świecą metalem,

Szpony mu pięknie zdobi czerwieni róż.
Ogólny jego wygląd – czymś pomiędzy pawiem

I barwnym owym ptakiem znad Fazydy wód.
Wielkości jego żaden skrzydlacz Arabii nie może

Dorównać, czy to będzie zwierz, czy będzie ptak.
Lecz nie jest przez to powolny, jak ptaki o wielkim ciężarze,

Z powodu swojej wagi w wolny kroczące takt.
Zwinny i szybki on, lecz pełen królewskiej godności

Trzyma się zawsze, gdy go dojrzy lud.
A chodzi tam Egipt, by ptaka pięknego nad podziw

Ujrzeć i witać z radością ten tak rzadki cud.
Zaraz na świętym marmurze rzeźbią jego obraz

I nowym oznaczają napisem i fakt ten, i dzień.
Zlatuje się doń gromadnie wszelki ptaków rodzaj,

Nie myśląc o szukaniu pokarmu, nie pomnąc, co lęk.
I tak wysoko on wzlata w tym tłumnym ptaków chórze,

Co za nim leci radośnie w zbożnej dla niego czci.
Ale gdy dotrze w czystego eteru przestworze,

Wraca w ukrycie i odtąd dopełnia tam swych dni.
Szczęśliwy los tego ptaka, szczęśliwy i koniec.

Że Bóg mu z siebie samego odradzać się dał!
Czy on płci żeńskiej, czy męskie, czy żadną nie płonie,

Szczęśliwy, że Wenery nie doświadcza praw!
Śmierć mu Wenerą: jego rozkaz – z śmiercią:

By się narodzić – żądzą mu śmierci stan.
Sam sobie dzieckiem, sam ojcem i spam spadkobiercą,

Sam żywicielem, wychowankiem sam.
Jest sobą, a nie tym samym: tym samym, a nie sobą:
Przez umieranie wieczny byt mu dan.

Przełożył Mieczysław Brożek

O Laktancjuszu znalazłem jeszcze taką notkę:
„Życie. Urodził się około 260 roku w Afryce północnej (Africa Proconsularis). Otrzymał staranne wykształcenie z zakresu filozofii, literatury i retoryki. Był uczniem Arnobiusza z Sikka (Hieronim, De vir. ill., 80). Pod koniec III wieku (między 290 a 300 r.) został powołany przez cesarza Dioklecjana do Nikomedii (Bitynia) na stanowisko nauczyciela wymowy łacińskiej. Podczas pobytu w Nikomedii przyjął chrzest. Tam też prawdopodobnie poznał się z przyszłym cesarzem Konstantynem. W roku 303, gdy wybuchło prześladowanie Dioklecjana, zrezygnował z piastowanego stanowiska. Odtąd borykał się z trudnościami materialnymi. W 317 roku Konstantyn powołał go na dwór cesarski do Trewiru i powierzył mu stanowisko wychowawcy swojego syna, Kryspusa. Laktancjusz zmarł w Trewirze około 330 roku.

Twórczość. Pod względem doskonałości formy i stylu Laktancjusz przewyższył wszystkich współczesnych sobie pisarzy. W jego założeniu, elegancja stylu miała być narzędziem ewangelizacji. Dlatego świadomie starał się naśladować największego mówcę rzymskiego Cycerona. Z tej racji też został nazwany przez humanistów “chrześcijańskim Cyceronem”. Należy jednak dodać, że jego znajomość teologii oraz autorów greckich daleka jest od tej doskonałości, którą osiągnął w zakresie formy. Do naszych czasów zachowało się sześć dzieł Laktancjusza.

O Bożym stworzeniu (De opificio Dei), pierwsze chronologicznie dzieło Laktancjusza (303-304) o charakterze filozoficznym, skierowane do Demetriusza, dawnego słuchacza, poświęcone nauce o człowieku. Człowiek złożony z duszy i z ciała jest “dziełem Bożym”; Bóg obdarzył człowieka rozumem, który go wyróżnia i czyni panem stworzeń; opatrzność czuwa nad człowiekiem; ludzkie ciało jest piękne i celowo zbudowane.

Boże nauki (Divinae institutiones) w siedmiu księgach, napisane wiatach 304-313, główne dzieło Laktancjusza, o charakterze apologetycznym, na gruncie łacińskim jest pierwszą próbą przedstawienia syntezy całej nauki chrześcijańskiej. Krytykuje politeizm wykazując, że bogowie pogańscy byli ludźmi, którzy dopiero po śmierci zostali uznani za bogów (I); przyczyną politeizmu są demony; Bóg na początku stworzył dwa duchy; jeden z nich oddalił się od Boga i stał się zły; szkodzi on człowiekowi i jest źródłem wszelkiego zła; podlegają mu demony, czyli upadłe anioły, które namawiają ludzi do zła i odwrócenia się od Boga (II); oskarża “fałszywą mądrość filozofów”, która jest drugim źródłem wszelkich błędów; istniejące sprzeczności w różnych systemach filozoficznych, nie pozwalają wyprowadzić jednolitych i wiążących norm etycznych; dobrem najwyższym jest nieśmiertelność; cnota i wiedza (mądrość) są drogami prowadzącymi do jej osiągnięcia (III); Jezus Chrystus, Bóg – człowiek, prawdziwy nauczyciel i wzór mądrości, osiągnął ideał doskonałości mędrca, którego nie osiągnął żaden z filozofów (IV); prawdziwa sprawiedliwość powróciła na ziemię, kiedy Jezus zstąpił z nieba; jej podstawą jest pobożność (pietas) i równość wszystkich ludzi (aequitas) prześladowcy chrześcijan są niesprawiedliwi i okrutni (V); wymogami sprawiedliwości są: cześć oddawana Bogu i miłosierdzie okazywane ludziom; sprawiedliwość buduje jedność z Bogiem przez religię oraz jedność z ludźmi przez miłosierdzie i dobroć (humanitas), z niej wypływają: gościnność, troska o uwięzionych, wspieranie ubogich, opieka nad chorymi, grzebanie umarłych (VI); nagrodą dla tych, którzy czcili Boga prawdziwego, będzie życie wieczne. Laktancjusz jest wyznawcą millenaryzmu (łac. mille – tysiąc), zwanego też chiliazmem (gr. chilioi – tysiąc), poglądu o mającym nadejść tysiącletnim Królestwie Boga.

Tak, jak po sześciu dniach następuje siódmy dzień odpoczynku, tak po sześciu tysiącach lat istnienia świata nastąpi tysiącletnie Królestwo Boga, w którym będzie panował Chrystus i sprawiedliwi, którzy powstaną z martwych. Według Laktancjusza do końca szóstego tysiąclecia brakowało około dwustu lat. Po upływie siódmego tysiąclecia panowania Królestwa Bożego powstaną jeszcze raz bezbożni i nastąpi Sąd Ostateczny. Świat zostanie odnowiony, sprawiedliwi otrzymają nagrodę, a niesprawiedliwi poniosą wieczną karę.

Epitome, adresowane do Pentadiusa (przekł. pol. J. Czuj, POK 16, s. 79-158), jest skróconym wydaniem dzieła Boże nauki. Autor nie poprzestaje na samym streszczeniu poprzedniego pisma, lecz wprowadza elementy nowe oraz poszerza i pogłębia wcześniejsze wywody, wprowadzając dodatkową argumentację zaczerpniętą z dzieł filozoficznych.

O gniewie Bożym (De ira Dei), adresowane do Donata, (przekł. pol. J. Czuj, POK 16, s. 159-207). Odrzuca epikurejski pogląd o tym, że Bóg, obojętny na losy świata, nie ulega gniewowi ani dobroci oraz pogląd stoicki, że Bóg zdolny jest tylko do dobroci, nie do gniewu; opieka Boga nad ludźmi wymaga, by gniewał się na tych, którzy postępują źle oraz okazywał łaskawość dobrym. O gniewie Boga i człowieka pisze, co następuje: “Pozostaje jedno ostatnie pytanie. Albowiem może ktoś powiedzieć, że do tego stopnia Bóg się nie gniewa, iż nawet w przykazaniach zabrania gniewać się człowiekowi. Mógłbym odpowiedzieć, że gniew człowieka należało ograniczyć, ponieważ często wybucha niesprawiedliwie, i równocześnie się wzrusza, gdyż jest czasowy. Dlatego, aby się nie działo to, co czynią w gniewie i maluczcy, i przeciętni, i wielcy królowie, należało szał jego poskromić i opanować, aby, opanowawszy umysł, nie dopuścił się jakiejś zbrodni, nie dającej się naprawić.

Bóg natomiast nie gniewa się zaraz, ponieważ jest wieczny i doskonały, i jeżeli się gniewa, to tylko słusznie. Lecz jednak nie tak przedstawia się sprawa. Bo gdyby w ogóle zabraniał się gniewać, sam w pewnej mierze ganiłby własne dzieło, On, który od początku włożył gniew w wątrobę człowieka; gdyż wierzy się, że przyczyna tego poruszenia mieści się w żółci. A więc nie zakazuje w całości gniewać się, ponieważ uczucie to dane zostało z konieczności; natomiast zabrania trwać w gniewie. Gniew bowiem śmiertelnych powinien być śmiertelny, bo gdy trwa, potęguje się nieprzyjaźń na wiekuistą zgubę. Wreszcie, gdy wprawdzie przykazał się gniewać, lecz nie grzeszyć, oczywiście nie wyrwał gniewu z korzeniami, lecz go złagodził, byśmy w każdym karaniu zachowali sprawiedliwą miarę. Ten więc, który nakazuje nam gniewać się, sam również gniewa się;

Ten, który nakazuje dać się przebłagać, sam jest przebłagalny, nakazuje bowiem rzeczy sprawiedliwe i powszechnie pożyteczne.

Lecz ponieważ powiedziałem, że gniew Boga nie jest czasowy, jak gniew człowieka, który zapala się pod wpływem chwilowego wzruszenia, i nie może się łatwo opanować z powodu

ułomności, winniśmy zrozumieć, że jest tak dlatego, ponieważ Bóg jest wieczny, i dlatego gniew Jego trwa na wieki. Lecz ponieważ obdarzony jest największą mocą, panuje nad swym gniewem, i nie ulega mu, ale kieruje nim według swej woli, co oczywiście nie sprzeciwia się temu, co wyżej powiedziano. Bo gdyby gniew Jego bezwzględnie był nieśmiertelny, nie byłoby po upadku miejsca na zadośćuczynienie lub łaskę, a tymczasem sam przykazuje ludziom jednać się przed zachodem słońca. Lecz gniew Boski trwa na wieki przeciwko tym, którzy grzeszą na wieki. Dlatego Boga można przebłagać nie kadzidłem, nie ofiarą, nie drogimi darami, bo to wszystko jest znikome, lecz poprawą obyczajów, i kto przestaje grzeszyć, ten czyni gniew Boga śmiertelnym. Dlatego też nie na chwilę karze winowajcę, lecz by człowiek miał możność zastanowienia się i poprawy” (21).

O śmierci prześladowców (De mortibus persecutorum), poświęcone Denatowi (przekł. pol. J. Czuj, POK 16, s. 25-78: (Jak umierali prześladowcy chrześcijan). Wykazuje, że wszyscy prześladowcy chrześcijan umierali straszliwą śmiercią. Najpierw opisuje tragiczną śmierć Nerona, Domicjana, Decjusza, Waleriana i Aureliana; następnie przedstawia sylwetki współczesnych mu prześladowców: Dioklecjana, Galeriusza Sewera i Maksymina; wylicza ich zbrodnie popełnione przeciwko Kościołowi oraz opisuje ich upadek. W rozdziale 33 podaje realistyczny opis nieuleczalnej choroby Galeriusza i jego śmierci w strasznych męczarniach: “Upłynął już osiemnasty rok, gdy go Bóg dotknął nieuleczalną chorobą. Rodzi mu się wrzód w dolnej części przyrodzenia i coraz bardziej się rozszerza. Lekarze wycinają, leczą. Lecz po zagojeniu wrzód pęka na nowo, a z przerwanej żyły płynie krew, grożąc niebezpieczeństwem śmierci. Z trudem udaje się wstrzymać upływ posoki. Cała kuracja zaczyna się na nowo; zabliźnia się pozornie. Ale znów za lekkim poruszeniem ciała rana się otwiera, płynie więcej krwi, niż przedtem. On blednie i słabnie z wycieńczenia; posoka upływa strumieniem. Lekarstwo już nie działa na ranę, sąsiednie części obejmuje gangrena i im więcej wycinają dokoła, tym bardziej się sroży, im bardziej leczą, tym bardziej wzrasta; «ustali mistrze, Filirydes, Chiron, Amytaonjus, Melampus». Ściągają zewsząd sławnych lekarzy. Nic nie mogą wskórać ludzkie ręce. Uciekają się o pomoc do bogów. Błagają Apollina i Asklepiusza, domagają się lekarstwa; zło powiększa się jeszcze bardziej.

Niedaleka już była zguba, bo wszystkie dolne części zostały zjedzone. Gniją trzewia, a cały pośladek rozpływa się w gangrenie. Nie ustają jednak nieszczęśni lekarze, lecz wbrew nadziei pokonania zła, zabiegają, leczą. Nie przyjmując leków, posuwa się choroba w głąb, we wnętrzu lęgną się robaki. Wstrętny odór rozchodzi się nie tylko po pałacu, ale także po całym mieście. Nic dziwnego, gdyż kał i mocz zmieszane były razem. Toczy go robactwo, ciało zamienia się w zgniliznę wśród nieznośnych boleści. «Straszne jęki wznosi aż pod gwiazdy; takie ryki wydaje zraniony wół».

Przykładają do cieknącego pośladka gotowane i ciepłe mięso zwierząt, by ciepło wywabiało robaki. Po usunięciu mięsa ukazuje się niezliczony rój robactwa, a płodna choroba gnijących wnętrzności rodzi tego robactwa coraz więcej. Z powodu nawału dolegliwości ciało straciło częściowo swój wygląd. Od góry aż po ranę wysechł, a wynędzniała, zżółkła skóra pozapadała się głęboko między kości. Dołem – nogi bezkształtne, spuchnięte jak konwie.

Tak się to ciągnęło przez cały rok, aż wreszcie złamany nieszczęściem, pod ciężarem nowych cierpień, zmuszony był uznać Boga i od czasu do czasu krzyczał, iż przywróci Bogu świątynie i za zbrodnie zadość uczyni. I już konający wydaje następujący edykt: «Wśród różnych zarządzeń dla dobra i pożytku państwa chcieliśmy też w swoim czasie na mocy dawnych praw i karności publicznej wszystkie sprawy rzymskie załatwiać i doprowadzić także do tego, by chrześcijanie, którzy porzucili religię swych przodków, odzyskali zdrowy rozsądek. Albowiem chrześcijan tych z jakiegoś powodu takie opanowało dziwactwo i taka głupota, że nie zachowywali owych poleceń przodków, jakie od początku były wprowadzone, lecz dowolnie, według swego upodobania ustanawiali sobie prawa, których przestrzegali i w różnych miejscach różne zgromadzali narody. Gdy wreszcie ukazał się nasz rozkaz tego rodzaju, by zawrócili do praw przodków, wielu z nich znalazło się w niebezpieczeństwie, wie lu zginęło. A gdy w większej części trwali w uporze, i gdy widzieliśmy, że ani bogom należnej czci i szacunku nie oddają, ani Bogu chrześcijańskiemu nie służą, kierując się naszą najłagodniejszą łaskawością i stałym zwyczajem, według którego zwykliśmy wszystkim użyczać przebaczenia, uznaliśmy za stosowne i dla nich najchętniej być pobłażliwymi, aby na nowo mogli być chrześcijanami i odbywać swe zebrania, tak jednak, by nic nie czynili wbrew karności.

W innym zaś liście podajemy sędziom do wiadomości, czego się mają trzymać. Stąd, za to nasze pobłażanie, będą mieli powinność prosić swego Boga o nasze zdrowie, o dobro państwa i swoje, by rzeczpospolita znikąd nie była naruszona i by oni bezpiecznie w siedzibach swoich mogli żyć»” (33-34).

Edykt powyższy ukazał się w Nikomedii, 29 kwietnia 311. W kilka dni później Galeriusz zmarł. Traktat Laktancjusza jest ważnym źródłem do historii prześladowań, szczególnie w czasach Dioklecjana. Laktancjusz jest świadkiem naocznym tych ostatnich wydarzeń.

O ptaku Feniksie (De ave Phoenice), jest poematem o legendarnym ptaku Feniksie, który co tysiąc lat przylatuje z dalekiego Wschodu do Syrii. Tam wyszukuje sobie palmę i z pachnących gałązek i liści wije sobie gniazdo, jako grób, kładzie się w nim i spala. Z popiołów spalonego ptaka, po szeregu przekształceniach (kokon mlecznego koloru, motyl), powstaje nowy Feniks. Następnie zabiera z sobą pozostałe popioły i ulatuje do miasta Heliopolis, w Egipcie, gdzie składa je na ołtarzu w świątyni. Stamtąd odlatuje do swej ojczyzny, na Wschodzie. Feniks jest symbolem zmartwychwstania. W sztuce chrześcijańskiej, głównie nagrobnej, występuje jako symbol nieśmiertelności (zob. H. Wójtowicz, Feniks w literaturze wczesnochrześcijańskiej, “Vox Patrum” 6-7 (1984), s. 376-383).

Nauka. Laktancjusz sprowadza chrześcijaństwo głównie do moralności. Sławi męczeństwo, miłość Boga i bliźniego, czystość oraz pokorę. Niedostatecznie jednak akcentuje rolę łaski, jako daru nadprzyrodzonego, który pozwala człowiekowi osiągnąć doskonałość. Zwraca uwagę na przekształcenia i postęp, jakie przynosi chrześcijaństwo. Słabo akcentuje prawdę o zbawczym dziele Jezusa Chrystusa. W swej argumentacji bardziej odwołuje się do filozofii, niż do wiary. Głęboko przekonany o absolutnej wyższości wiary chrześcijańskiej nad pogaństwem, lepszy jest w burzeniu tego, co pogańskie, niż w budowaniu tego, co chrześcijańskie. Zauważył to już Hieronim w słowach: “Oby mógł tak dobrze potwierdzać to, co nasze, jak łatwo burzył obce” (Ep. 58,10). Ideą główną, która powraca we wszystkich jego dziełach, jest idea Opatrzności Bożej.”

A jeśli ktoś ciekaw, O ptaku Feniksie w oryginalnej łacinie można znaleźć na tej stronie: De ave phoenice.

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Osiem cztery.

08 sie

83-87391-75-1.jpg

„Osiem cztery” to tytuł pierwszej książki Mirosława Nahacza. Na postać tego młodego autora zwróciła mi uwagę bliska osoba, która przypomniała sobie o Nahaczu, kiedy przeczytała notkę prasową o jego śmierci. Miał 23 lata, kiedy znaleziono go martwego w mieszkaniu w Warszawie, gdzie studiował kulturoznawstwo. Prawdopodobnie popełnił samobójstwo.
Nahacz wydał „Osiem cztery” w 2003 roku w wydawnictwie Czarne, a odkrywcą jego talentu pewnie można nazwać Andrzeja Stasiuka.
Pochodzący z Beskidu Niskiego, prawdopodobnie Łemek, należy więc do pokolenia młodych, wydających w wieku 18-stu czy 19-stu lat. Zaliczyłbym do tego grona Dorotę Masłowską z jej „Wojną polsko-ruską pod flagą biało-czerwoną” czy Sławomira Shuty, autora „Zwału”, bo już raczej nie Jacka Dehnela. Jest jednak zasadnicza różnica między Nahaczem a dwojgiem wspomnianych przeze mnie pisarzy. Nahacza po prostu lubię.
Pisze on mniej więcej na ten sam temat, który interesował również Masłowską czy Shuty. Jest to opis pokolenia ludzi zagubionych, chociaż pewnie w każdym pokoleniu tacy się rodzą. Są więc u Nahacza imprezy, wymiotowanie, bogate panienki z dobrych domów, problemy ze szkołą, szarość bloku i strach przed powszedniością. Nie podzielam wielu tych lęków, bo z większości chyba się wyrasta. Ale Nahacz pisze ciekawiej. Jasne, jest duża różnica między jego patrzeniem na świat a moim. Może dlatego to on był artystą. Patrzy bowiem na świat bardzo subiektywnie. Jest brudno, lepko, ciemność jest ciężka, smak trawy zielony, pomieszanie zmysłów. Wydaje mi się, że Nahacz uważa świat za dość ciężki, pusty, ale wini za to właśnie świat. Ja uważam, że to jak widzę świat to kwestia mojej wrażliwości. To nawet można trenować. Nie winię świata (życia, społeczeństwa, etc.) za swoje cierpienia. Każdy ma swoje chandry, melancholie, małe i większe depresje. Jasne, inaczej wtedy postrzegamy otoczenie, ale pisanie w takim stanie to opieranie swojego myślenia o świecie na dość wątłym fundamencie. Ważą się na to artyści i chyba za to ich cenimy.
Nahacz trochę bawi się językiem, robi to inteligentnie, zabawnie. Nie ma w tym okropnej egzaltacji, jaka bucha z prozy Masłowskiej, nie ma tych błyszczących sztuczek Shuty. Ta dwójka w swojej prozie potrafi narzekać na świat, czy jest to kapitalizm czy życie w bloku. Nahacz nie narzeka, on raczej przygląda się światu. Robi to o wiele subtelniej niż autorka „Pawia królowej” czy autor „Cukru w normie”. Trudno mi to opisać, ale do Nahacza czuję sympatię, a do wspomnianej dwójki raczej niechęć.
Podczas swojej „przygody”, Olgierta, głównego bohatera „Osiem cztery” często otacza ciemność, ale w końcu wschodzi słońce. Zamknięty na wysokościach, zastanawia się, czy to wszystko przypadkiem nie jest snem czy majaczeniem wariata. To są pytania zupełnie naturalne, każdy albo większość takie sobie zadaje. Nahacz robi to w dobrym stylu, bez sztucznego cierpiętnictwa. Miał 17 czy 18 lat kiedy pisał „Osiem cztery”. Bliżej mu do Jarry’ego niż Shuty. To dobra książka, może trochę niedojrzała, ale przecież jej autor też jeszcze dorastał. Ostatecznie rozpłynął się w ciemności.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Stabat Mater – Jacopone da Todi. Muzyka: Giovanni da Palestrina

06 sie


Bolesna Matka stała
Pod krzyżem we łzach cała –
Na krzyżu wisiał Syn…
Mieczem dusza rozdarta –
Krwawiąca rana otwarta
Czym zleczyć żałość? Czym?
Na sercu Matki Boskiej
Kładzie się ciężar troski,
Największy z wszystkich ból –
Na serce Matki Boga
Śmiertelna pada trwoga,
Gdy kona Syn i Król –
I nam serce mroczy,
Gdy spojrzym w łzawe oczy,
W matczynej męki toń.
Zmierzch smutku w duszy rośnie
Gdy płacze tak żałośnie
Nad Synem łamiąc dłoń.
Za ludu swojego winy
Ten Jezus Jej jedyny
Chciał gorzki kielich pić.
Morze się bólów piętrzy
Nad Słodkim i Najświętszym
I oto przestał żyć…
Miłości zdroju czysty,
O Maryjo, Matko Chrysta,
Dziś z Tobą płakać chcę!
Spraw, niech łuny pożarne
Miłości mnie ogarną
I niech spopielą mię!
Chcę nosić w sercu rany,
Jak Twój ukrzyżowany:
Bolesnych znaków pięć.
On raczył cierpieć dla mnie
Tak gorzko, tak otchłannie
Daj mi mąk Jego część!
Chcę być ubiczowany:
Niech palą jego rany,
Upaja Krzyż i krew!
Tylko przed ogniem wiecznym
Ty uczyń mnie bezpiecznym,
Gdy na sąd przyjdzie zew –
O Panie Jezu Chryste,
Przez Matki ręce czyste,
Ty mi zwycięstwo daj!
A kiedy zemrze ciało,
Ty Boże, moja chwało,
Przez nią mi otwórz raj.
– Amen – Alleluja.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Pod powierzchnią.

04 sie

g-2.jpg

Film Marka Gajczaka pt. „Pod powierzchnią” jest filmem prostym, mnie osobiście bardzo dotykającym (co prawie się nie zdarza), wyrazistym.
Główny bohater, którego gra debiutujący Zbigniew Kaleta (który świetnie odnajduje się w tej roli), to doktor, humanista, więc z góry wiemy, że dość sfrustrowany. Jeśli do obrazka dołączyć jego znajomego, który odnosi sukcesy w branży reklamowej, możemy sądzić, że wszystko jest już wiadome. To walka cynika z cynikiem, nie ma dobra, a w ideały nie wierzy sam bohater, chociaż mocno chce wierzyć, że wierzy.
Kiedy ze swoją partnerką udają się do domku nad mazurskim jeziorem, należącym do Michała (w tej roli znany aktor, Tomasz Karolak), specjalisty od reklamy, Piotr zaczyna się gubić.
To człowiek pusty, wyżarty. Gajczak ciekawie pokazał dwie postawy zranionych ludzi. Z jednej strony Michał, który po zawodzie miłosnym zmienia się w totalnego cynika, z drugiej Piotr, który uważa siebie za człowieka bardziej uczuciowego, wierzącego w miłość, w kobiety (Michał ma prostą filozofię – wszystkie kobiety są takie same, a najważniejsze dla nich są pieniądze). Chce się za takiego uważać, ale wie, że sam siebie okłamuje. Jest wypalony, więc w nic nie wierzy. Kobieta Michała jest dla Piotra obiektem czysto fizycznego pożądania, a jeśli na tym poprzestać, to po spełnieniu zaczyna się taki obiekt szczerze nienawidzić. Tak jak Michał nienawidzi Piotra, bo widzi w nim dawnego siebie – wciąż wierzącego w pierwiastek dobra w ludziach. Wiem, że najbardziej nienawidzi się ludzi, którzy wierzą w coś, w co my, ja, przestaliśmy już wierzyć. Napawają obrzydzeniem, ich naiwność, głupota.
Piotr zaczyna mylić swoje fantazje z rzeczywistością. Jako człowiek pozbawiony uczuć, spodziewa się najgorszego i nie ufa nikomu. Jest zamknięty w sobie, więc przełyka zniekształcone obrazy rzeczywistości, jakie podtyka mu wyobraźnia. Nie ufa swojej partnerce, ale nie ufa też sobie, szczególnie, gdy przestaje rozróżniać świat realny (obiektywny) od tego wyobrażonego. Nie ma to rozróżnienie większego znaczenia, bo on nie może patrzeć na ten światy innymi oczyma niż te, które posiada. On siebie nienawidzi, bo nic w sobie nie znajduje. Jest powodem cierpienia, a jego istnienie nie ma dla nikogo większego znaczenia. Czy rzeczywiście posunął się tak daleko i zgwałcił? Kilka faktów na to wskazuje, kilka innych na coś przeciwnego. Komu więc ma zaufać? Taśmie wideo czy stojącemu na uboczu kieliszku po wódce?
Najpierw sądziłem, że wyobraźnia podsuwa mu czarne wizje dlatego, żeby go odratować. Trochę tak, jak wizja życia rodzinnego ratowała Jezusa w „Ostatnim kuszeniu Chrystusa” Scorsese. Teraz, dobrnąwszy do końca, sam nie wiem.
To, co pisze Piotr, jest smutne. „Ludzie potrzebują afirmacji”, twierdzi Michał, który stara się zrobić z przyjaciela copywritera. Czytanie, jak twierdził w jednym z ostatnich wywiadów Stefan Chwin, osłabia. Za każdym razem czegoś pozbawia. Złudzeń?
Nie wiem czy Piotr jest potworem. Mamy wiele wspólnego. Jedyna uczucie, jakie się w nas tli to złość połączona z rozpaczą. Najzwyklejsza przeszkoda, błahostki, jak zapalniczka, która nie chce się zapalić, wprowadzają nas w szał. Ile razy krzyczałem w zrezygnowaniu tak jak Piotr, który ze złości ciska tą zapalniczką i stara się ją zadeptać? Podejrzliwość jako uczucie wszechogarniające, bo zastępujące wszelkie inne uczucia. Frustracja, beznadzieja. Bo jeśli wierzysz w miłość i tracisz tę wiarę to rzeczywiście nic nie pozostaje. Nie chodzi o to, że miłość nie istnieje, jak twierdzi Michał (dla niego ludzie zakochani to obłudnicy, potrzebują kilku lat najwyżej by zacząć się oszukiwać. Są odrażający, bo żyją za fasadą, którą Michał odrzuca, ukazując oblicze szczerego cynika, ale fundamentem jego cynizmu również jest wydarzenie miłosne, więc cynizm ten oparty jest na cierpieniu), ona po prostu nie istnieje dla mnie. Czy to tylko zły sen, pijacka mara? Takie mogłoby być przesłanie filmu Gajczaka, że nie wszystko stracone. Gdyby nie samotny kieliszek i zerwana sprzączka.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Kierkegaard.

04 sie

Soren_Kierkegaard.jpg

(…) nie ma dla mnie nic wstrętniejszego nad łzy kobiece: zmieniają one wszystko, a przecież nic nie oznaczają.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wilhelm Sasnal.

02 sie

2624b.jpg

Z wywiadu dla „Dziennika” z dzisiaj:

-Ma pan zdolność dostrzegania elementów ironicznych w sytuacjach zwyczajnych czy kiczowatych. Ten nowy realizm podszyty jest dużą dawką ironii.
-(…)Chwytam coś, co jest paradoksalne, ironiczne, a w życiu z takimi sytuacjami ciągle mamy do czynienia. Wydarzają się w zasięgu wzroku. Najistotniejsze to coś zauważyć, później przemyśleć, a następnie zrobić obraz.

Bardzo lubię obrazy Sasnala, bo rzeczywiście wyrażają jakieś pokolenie jako puste (nie sądzę, że poszukujące). Postaci z obrazów są bardzo uproszczone, kolory mocno się od siebie oddzielają. Wszystko jest trochę jałowe. Lubię Sasnala i rozumiem jego podejście do sztuki, tj. zobrazować jakiś absurd, dać do myślenia, uderzyć w mieszczaństwo. Ale czy to jest sztuka warta, jak podpowiada „Dziennik”, nawet 400 tysięcy dolarów? Bo gdyby ten wywiad kończył się tak: „Najistotniejsze to coś zauważyć, później przemyśleć, a następnie zrobić skecz.„, to cały wywiad mógłby być rozmową z Monty Python’em. Uwielbiam Pythonów, bo mnie bawią. Robią z tych codziennych sytuacji sytuacje absurdalne, czy może dostrzegają ten absurd, lekko go koloryzując, by śmieszył. Ale z drugiej strony atak na codzienność jest bardzo łatwy. Jak pisał Mrożek, a co cytowałem wcześniej na tym blogu, jak pogodzić myślenie o rzeczach ważnych, głębokich czy zgoła metafizycznych (czy rzecz może być metafizyczna?) i pranie skarpetek? Pranie tych brudnych skarpet zawsze będzie wypadało cokolwiek tragikomicznie. Dostrzec coś pod czy ponad takim praniem, trochę pisał o tym Hłasko w swoich felietonach z Ameryki, gdzie opisywał swoją pracę w sortowni starych komiksów. Dobrze by jednak było, gdyby oprócz uświadomienia (a uświadamiaczy mamy całe mnóstwo) coś też wynikało. Dla malarza Sasnala wynika, on z kolejnym obrazem staje się bogatszy, przez co później może mówić, że teraz robi co chce. Bo jest niezależny. A może przez ten majątek jest o wiele bardziej zależny niż malarze, dla których herbata za 5 złotych jest dość luksusowym towarem? Daleko mi od bycia zwolennikiem „sztuki dla sztuki”, ale samo wyszydzanie codziennych spraw, ludzkich przywar jest jak codzienna rozmowa z politykami w radio, to takie nieskończone tasiemce brazylijskie, gadające głowy jako sztuka w odcinkach.
Jakie znaczenie ma dla mnie sztuka? Sentymentalne? Czy jest ważna, czy tylko czymś w rodzaju hobby? A może czytam taki wywiad, bo nie mam z kim porozmawiać podczas konsumowania tatara? Niechże w końcu coś mnie naprawdę wstrząśnie, niech zobaczę w końcu coś, co odmieni moje patrzenie na światy, przynajmniej w jakimś względzie, w jakiejś części. Czytam Pilcha, bo lubię język, jakim on pisze, taki ciężki i frywolny zarazem, barokowy, jak mówią. Oglądam Sasnala, bo od „Przekroju” coś widziałem w tych obrazach, były wyraziste, jakby pozbawione nadziei. Monty Python mnie śmieszy, bo najczęściej mogę się tam śmiać sam z siebie. Ale czy coś z tego wynika?

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS