RSS
 

Przedwojenne kino polskie – „ABC miłości”

18 lip

447_3.jpg

Kolejna świetna komedia, niestety – nie w całości. Zachował się godzinny fragment tego filmu, który nadawał kanał Kino Polska. W pewnym momencie akcja urywa się i przechodzi o kilkanaście, kilkadziesiąt minut w przód, co jest dość chaotyczne, bo w tym czasie najwyraźniej dużo się działo.
„ABC miłości” (1935) to perypetie sklepikarza Wincentego Poziomki, jego szefowej Basi (mała dziewczyna dziedziczy sklep), dobermana Teofila, sprzedawczyni Helenki i artysty rewiowego Krupkowskiego (w rolę tą wcielił się Kazimierz Krukowski…).
Wincenty Poziomka (rola Adolfa Dymszy, który ukazuje w kilku momentach nie tylko świetny talent komediowy, ale także dramatyczny, ciężko mi to opisać, to należy zobaczyć – jego wypowiedź, kiedy wchodzi do zdemolowanego sklepu czy wcześniej, kiedy marzy mu się kariera sceniczna) to marzyciel, człowiek optymistyczny. Mistrz Krupkowski to hipochondryk, nadęty bufon, ale w bardziej śmieszny niż nieprzyjemny sposób. Kiedy Poziomka zastępuje Krupkowskiego na scenie, wybucha niemałe zamieszanie. Niestety, ciężko powiedzieć jak się to rozwija z powodu braku tych minut, natomiast film warto zobaczyć choćby dla tych samych powodów, o których pisałem wcześniej. Nienachalny, inteligentny humor (znów, może trochę zbyt naiwny), świetna gra aktorska (nawet małej Basi, dzieci w filmach rzadko grają znaczącą rolę, tutaj jest podobnie), cudowna polszczyzna – słowem, film z zaginionego świata.

 
Komentarze (4)

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz

 

 
  1. Ewa Bieńczycka

    22 lipca 2007 o 08:29

    Zastanawiające jest, że tak dobrze piszesz o filmach ewidentnie złych. Dla mnie akurat sztuka filmowa w latach międzywojennych to wielka kompromitacja, co bardzo zaciążyło na produkcjach powojennych i trwa chyba do dzisiaj. Kiedy powstawały arcydzieła Chaplina, tkwiliśmy w mieszczańskim, niewybrednym dowcipie i popisie okropnej gry dzieci, mydłkowatych mężczyzn i otyłej Ćwiklińskiej. Polska komunistyczna telewizja w latach sześćdziesiątych pokazywała te filmy, mama mdlała z sentymentalnego wstrząsu, a ja, jako kilkuletnie dziecko juz nie mogłam pojąć tych zachwytów. Dlatego zastanawia mnie ten powrót złego smaku w Twoim pokoleniu. Może to wszystko działać na zasadzie kuriozum, co z Twoich tekstów nie wynika.

     
  2. N

    22 lipca 2007 o 11:47

    Bo ja na to patrzyłem głównie z sentymentalnego punktu widzenia. W porównaniu z dzisiejszymi komediami, te przedwojenne to czysta poezja. Mnie, jako, miejmy nadzieję, przyszłego polonistę, interesuje głównie język, a ten jest cudowny. Nie tylko dobierane słowa, ale także ich wymowa (dykcja i nie tylko).

    Piszę przecież, że to filmy są naiwne, takie celuloidowe trzpiotki, ale mnie to relaksuje i uspokaja.

     
  3. Ewa Bieńczycka

    22 lipca 2007 o 20:59

    Nie jest to rzecz gustu, lecz wartości. Oczywiście, seriale teraz w telewizji powtarzane dla dzieci to różne kompromitujące wytwory ubiegłego systemu. Są tak samo złe, ale czy tu może być jakiś ranking? I dlaczego sentyment? Do czego? Podobno było w Polsce lat międzywojennych jakieś kino artystyczne, ale wszystko spłonęło w czasie okupacji i pozostały kopie masowych, komercyjnych filmów, na które chodziły służące i na nich płakały.

     
  4. n

    22 lipca 2007 o 23:08

    Z chęcią i te „artystyczne” filmy bym zobaczył, teraz oglądam to, do czego mogę dotrzeć. To nie musi mieć żadnej innej poza sentymentalną wartości. Dla mnie to jest świat skradziony. Mówię tutaj o wychowaniu, kulturze ludzi z takich filmów (ciągle dodawajmy – cukierkowych, wylizanych), ale także o systemie. Dwudziestolecie to między innymi kapitalizm. Była konkurencja, było traktowanie klientów niemal jak królów i królowe (o czym choćby w „Lalce” pisał Prus). To wszystko, zdaje się, szło w dobrą stronę, dopóki socjaliści nie zaczęli na siłę wszystkich uszczęśliwiać.
    Teraz, w 18 lat po obaleniu komunizmu w Polsce moja dziewczyna dziwnie na mnie patrzy, kiedy wychodzę z restauracji, bo kobieta, która ma mnie obsłużyć gawędzi sobie z kolegą. Może jestem nadwrażliwy, może jestem dziwakiem, może przesadzam, ale takie zachowanie doprowadza mnie w kilka sekund do białej gorączki, takie lekceważenie klienta działa na mnie fatalnie. Więc od razu wychodzę, bo takie są prawa wolnego rynku – źle mnie traktują, wychodzę, innym odradzam, firma w końcu bankrutuje. Za komuny to sprzedawca był panem i władcą. Te młode dziewczyny w restauracjach tak jak ja nie pamiętają komuny, ale mają głęboko w sobie utkwione myślenie socjalistyczne. Tak samo na nerwy działają mi pielęgniarki, górnicy i cała budżetówka. Kiedy słyszę, że górnik zarabia średnio 4 tysiące, a policjant 1,5, krew mnie zalewa.
    Trochę się zapędziłem w dyskusję o systemie państwowym, ale to już chyba taka nasza narodowa wada/zaleta.
    Poza tym lubię czarno-białe filmy.

     
 

  • RSS