RSS
 

Przedwojenne kino polskie – „Ja tu rządzę!”

29 cze

34392bg5.jpg

Film „Ja tu rządzę!”, wyreżyserowany w 1939 roku przez Mieczysława Krawicza (swoją drogą, w samym ’39 roku powstało w Polsce przynajmniej 21 filmów, można to porównać do tych 6-7 rocznie, jakie teraz powstają) jest komedią romantyczną połączoną z komedią omyłek, które to gatunki zdecydowanie dominowały w owym czasie w polskiej kinematografii. Opowiada historię pewnego mezaliansu, ale mnie bardziej zainteresowały związki między arystokracją, robotnikami, służbą etc.
Kiedy młody hrabia, prowadzący hulaszczy tryb życia, chce założyć teatr ze znajomym – autorem pierwszej operetki, i znajomą – pierwszą diwą, napotyka na opór matki, która z powodu niepoważnego trybu życia syna nie chce dać mu dwudziestu tysięcy złotych, które są niezbędne by spełnić marzenie trójki przyjaciół. By rozwiązać ten problem, hrabia najmuje się na termin u szewca Kopytkiewicza, sądząc, że matka da mu pieniądze, chcąc wydostać go z pracy – hrabiemu nie wypada…
Na początku przeciwna, w końcu jednak daje mu pieniądze, jednak hrabia teraz je odrzuca – spodobało mu się proste i spokojne życie, gdzie śpiewa piosenki razem z czeladnikami, najbardziej zaś przywiązała go do miejsca terminatora miłość, jaką zaczął żywić do szewcówny.
Dodać trzeba, że drugim terminatorem jest Józio, prosty człowiek, który opowiada, że na pewno jest dzieckiem hrabiowskim, zaś w dziecięctwie porwali go Cyganie i zamienili w robotnika (pomysł ten wydobył, jak się zdaje, z książki, którą czyta, czy raczej literuje, w pracy). Wystarczy dodać, że hrabia także ma na imię Józef, a wyjdzie nam pyszna historia, pełna omyłek, trochę podobna do „Księcia i żebraka”.
Poza świetną grą aktorską wszystkich występujących w filmie (nie wspominam już nawet wspaniałej polszczyzny…) i świetnym humorem, mamy okazję spojrzeć, może trochę humorystycznie, na stosunki, jakie panowały wtedy między różnymi klasami społecznymi. Hrabia jest oczywiście przedstawicielem arystokracji, piękny, elokwentny, kiedy zakochuje się w szewcównie porzuca tryb życia hulaki i zaczyna być człowiekiem bez mała krystalicznie czystym moralnie. Naiwne przedstawienie spraw i jednowymiarowość postaci jedna nie męczy. Postaci nie są tylko symbolami. Pewien prezes, Żurek-Żurkowski (otyły pan z wąsem, który chce koniecznie wydać córkę, Kicię, za hrabiego – oczywiście tego fałszywego, o czym Żurek wcześniej nie wiedział), to obraz kapitalisty, człowieka pragmatycznego, pozbawionego honoru, z okropnymi manierami. Jest bogaty i tylko bogaty, nie ma w sobie nic z Wokulskiego. Można mniemać, że Żurkowski sam sobie dodał do nazwiska. Kiedy robi przyjęcie dla „hrabiego”, zaprasza tylko rodzinę („tak jest bezpieczniej”), która ma odgrywać rolę ludzi z wyższych sfer – to baron, to profesor czy mecenas, kłócą się o te tytuły… Uważa się za człowieka genialnego („Zawsze mówiłem, że jestem genialny”), zaś jego córka wiele po ojcu odziedziczyła („Papcio jest genialny!”), jest niemądrą trzpiotką, której najbardziej zależy na tytule hrabiny.
Kiedy rodzina Żurka bawi się razem z „hrabią”, wszyscy stoją, panuje chaos, jest głośno, ludzie się upijają. Prezes częstuje „hrabiego” kawiorem, ten jednak wybiera zupę, która została z obiadu. Tej groteskowej zabawie, bogatej i urządzonej bez smaku, przeciwstawiono majówkę, gdzie czas spędzają szewc Koptykiewicz, czeladnicy, szewcówna i oczywiście hrabia, jak terminator zwany Ignacem. Szewc jest człowiekiem prostodusznym, spokojnym i dobrym, praca w warsztacie przedstawiona jest niemal jak praca krasnoludków z „Królewny Śnieżki”. Majówka jest więc przedłużeniem tego obrazu – w tle gra akordeon, jest piękna pogoda, czeladź śpiewa, wszyscy bawią się dobrze, prosto, szczerze – w tych cudownych okolicznościach przyrody.
Bardzo polecam ten film – każdemu. Filmy przedwojenne, które widziałem dotychczas, wydają się być naiwne, zrobione na zasadzie czarne-białe, jest w tym coś idealistycznego, ale to uspokaja. Kiedy patrzę na niezwykłą grę aktorską tak świetnych aktorów jak Zbigniew Rakowiecki, Mieczysława Ćwiklińska czy świetny Władysław Grabowski w roli wuja „Ignaca”, hrabiego Anatola (postać epicko roztargniona, ta rola to diament!), kiedy słyszę piękną polszczyznę, kiedy staram się przyglądnąć obyczajom (filmowym, oczywiście że filmowym, ale zawsze) – tęsknię za tym straconym światem, pogrzebanym w tym samym roku, w którym nakręcono film pt. „Ja tu rządzę!”.

 
1 komentarz

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz

 

 
  1. enregistreur vocal

    11 października 2012 o 18:46

    enregistreur vocal…

    Przedwojenne kino polskie – „Ja tu rządzę!” | nacodzien blog…

     
 

  • RSS