RSS
 

Fragment listu Mrożka do Skalmowskiego, 11 czerwca 1975 roku.

20 maj

„Często męczy mnie konieczność najrozmaitszych i najróżniejszych planów, sfer, wymiarów, perspektyw, w których muszę żyć jednocześnie. Jednocześnie muszę prać skarpetki i zastanawiać się nad Zagadką Wszechbytu. Rozpiętość, skala, wielość planów jest doprawdy wielka. Odbija mi się po jedzeniu oraz podobno mam duszę nieśmiertelną. (…) Oczywiście, trzeba wszystko naraz. To znaczy, wszystko pomieścić w sobie, niczego nie ucinać, nie wyrzucać, nie zapominać, a tylko nieustannie porządkować, choć nigdy się niczego do ostatecznego porządku nie doprowadzi, może i na szczęście. Oczywiście, najlepiej by było znaleźć jakieś połączenie między praniem skarpetek a Istotą Najwyższą, ale to są już luksusy. Niemniej nie zamieniać się ani w skarpetkę, ani w Mesjasza. Tylko ganiać między jednym a drugim.”

 
Komentarze (7)

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz

 

 
  1. Ewa Bieńczycka

    21 maja 2007 o 21:20

    Skoro nie boisz się wklejać cudzych tekstów, to wkleję ten fragment opisu piekła z „Portretu z czasów młodości” Jamesa Joyce’a, o którym pisałam kilka notek niżej. Tłumaczenie Macieja Słomczyńskiego:
    „(…)
    — A teraz spróbujmy, o ile możności, wyobrazić sobie na moment naturę tego siedliska potępieńców, które sprawiedliwość obrażonego Boga powołała do istności ku wiecznej karze grzeszników. Piekło jest to ciasne, ciemne i smrodliwe więzienie, siedlisko czartów i dusz zatraconych, pełne ognia i dymu. Ciasnota tego więzienia zamierzona została przez Pana Boga jako kara dla tych, którzy nie chcieli trzymać się Jego zakonu. W ziemskim więzieniu biedny więzień ma przynajmniej pewną swobodę ruchów, choćby tylko wśród czterech ścian celi lub na mrocznym podwórzu więziennym. Inaczej jednak jest w piekle. Tam, na skutek wielkiej ilości potępionych, więźniowie są ciasno stłoczeni w tym okropnym więzieniu, którego ściany, jak powiadają, mają cztery tysiące mil grubości, a potępieńcy tak są ściśnięci i bezradni, że jak pisze jeden błogosławiony święty, święty Anzelm, w swym dziele o podobieństwach, nie potrafią nawet wyjąć sobie z oka gryzącego je robaka.
    Leżą oni w ciemności. Albowiem należy pamiętać, że ogień piekielny nie promieniuje światłem. Tak jak na rozkazanie boskie ogień pieca babilońskiego utracił żar nie utraciwszy światła, tak też na rozkazanie boskie ogień piekielny, choć zatrzymuje siłę żaru, jest wiecznie płonącym mrokiem. Jest to burza niekończącej się nigdy ciemności, ciemnego płomienia i ciemnego dymu unoszącego się z płonącej siarki, wśród której ciała leżą spiętrzone jedne na drugich, bez odrobinki choćby powietrza. Ze wszystkich plag, które nękały kraj faraonów, jedną tylko plagę, plagę ciemności, nazywano straszliwą. Jakżeż, zatem nazwać ciemności piekielne mające trwać nie przez trzy dni, lecz przez całą wieczność?
    Grozę tego ciasnego i ciemnego więzienia powiększa jeszcze panujący w nim przeraźliwy smród. Powiadają, że wszystkie brudy świata, wszystkie odpadki i nieczystości świata spłyną do tej ciemnicy jak do olbrzymiej śmierdzącej kloaki, gdy straszliwa pożoga dnia ostatecznego oczyści świat. Również siarka, płonąca tam w tak niesłychanych ilościach, napełnia całe piekło nieznośnym smrodem; a przy tym ciała potępieńców również zieją takim fetorem, taką zarazą, że jak powiada święty Bonawentura, jedno takie ciało wystarczyłoby dla zakażenia całego świata. Nawet na tym naszym świecie powietrze, ów czysty żywioł, staje się ciężkie i niezdatne do oddychania, jeśli znajduje się przez długi czas w niewietrzonym pomieszczeniu. Rozważcie tedy, jak dalece zepsute jest powietrze w piekle. Wyobraźcie sobie ziejącego zaduchem, gnijącego trupa, który niszczejąc i rozkładając się leży w grobie jak galaretowata, śluzowata, psująca się papka. Wyobraźcie sobie, że taki trup staje się pastwą płomieni, że pożera go ogień spalającej się siarki i że trup ten wydaje gęste, duszące opary rozkładu, przyprawiające o mdłości i wymioty. A potem wyobraźcie sobie ten obrzydliwy smród, uwielokrotniony jeszcze miliony milionów razy przez niezliczone miliony cuchnącego ścierwa stłoczonego w pełnym wyziewów mroku niby olbrzymi ropiejący wrzód. Wyobraźcie sobie to wszystko, a będziecie mieli słabe pojęcie o okropnym smrodzie panującym w piekle.
    Jednak smród ten, jakkolwiek okropny, nie jest jeszcze największą fizyczną udręką, której poddaje się potępieńców. Męczarnie zadawane za pomocą ognia stanowiły zawsze największą torturę stosowaną przez tyranów wobec bliźnich. Włóżcie na chwilę palec w płomień świecy, a poczujecie, jaki ból sprawia ogień. Lecz nasz ziemski ogień stworzył Pan Bóg dla dobra człowieka, by utrzymać w nim iskrę żywota i dać mu pomoc w pożytecznych poczynaniach. Inna jest właściwość ognia piekielnego, stworzonego przez Pana Boga ku udręce i karze zatwardziałych grzeszników. Otóż nasz ziemski ogień, zależnie od odporności przedmiotów, na które się rzuca, trawi je bardziej lub mniej gwałtownie, tak, że ludzka przemyślność zdołała nawet wynaleźć chemiczne substancje wstrzymujące lub udaremniające jego działanie. Natomiast siarka płonąca w piekle jest substancją o tej specjalnej właściwości, że płonie wiecznie i na wieki płonąć będzie z niewypowiedzianą gwałtownością. Ponadto nasz ziemski ogień strawią się wraz z płonącym paliwem, tak, że im jest silniejszy, tym krótsze jego trwanie; ogień piekielny zaś ma tę właściwość, że konserwuje paliwo, a chociaż sroży się z niewiarygodną mocą, srożyć się tak będzie po wieczne czasy.
    Dalej, nasz ziemski ogień, bez względu na gwałtowność lub zajęty obszar, zawsze posiada ograniczony wymiar, natomiast jezioro ogniste w piekle jest bezgraniczne, bezbrzeżne i bezdenne. Podobno nawet diabeł, na pytanie pewnego żołnierza, musiał potwierdzić, że góra cała wrzucona do płonącego piekielnego oceanu spłonęłaby w sekundzie do cna jak okruch wosku. A straszliwy ten ogień nie tylko z zewnątrz dotyka ciała potępionych, lecz każda potępiona dusza stanowi sama w sobie piekło, albowiem bezkresny ogień sroży się w najgłębszych jej zakątkach. Ach, jakże okropny jest los tych nieszczęsnych istot! Krew kipi i wre w żyłach, mózg gotuje się w czaszce, serce w piersiach żarzy się i pęka, wnętrzności tworzą czerwoną od żaru masę płonącego miąższu, obolałe oczy promienieją jak topione kule.
    Jednak wszystko to, co powiedziałem o sile, jakości i bezkresie tego ognia, jest niczym w porównaniu z intensywnością ognia będącego narzędziem kary zarówno dla duszy, jak i ciała, ustanowionym przez boskie zrządzenie. Jest to ogień wypływający bezpośrednio z Bożego gniewu i działający nie sam przez się, lecz jako narzędzie Bożej pomsty. Podobnie jak woda chrztu oczyszcza duszę przez ciało, tak też karzący ogień dręczy ducha przez ciało. Każdy zmysł cielesny doznaje tortur, a przez to również każda właściwość duszy: oczy cierpią na skutek nieprzeniknionych, skrajnych ciemności, nos — na skutek smrodliwych wyziewów, uszy —na skutek wrzasków, wycia i złorzeczeń, smak — na skutek zgnilizny, trędowatego rozkładu, niesłychanego i dławiącego brudu, dotyk — na skutek rozpalonych do czerwoności gwoździ i włóczni, okrutnych języków płomieni. A przez tę różnoraką udrękę zmysłów dusza nieśmiertelna doznaje w samej swojej głębi wiecznotrwałych katuszy pośród bezliku mil żarzącego się ognia, który rozpalił w otchłani obrażony majestat Wszechmocnego Boga i który rozdmuchuje na wieczne trwanie i w coraz większą pożogę jego gniewny oddech.
    Zważcie na koniec, że mękę tego piekielnego więzienia zwiększa jeszcze samo sąsiedztwo potępieńców. Złe sąsiedztwo na ziemi jest tak szkodliwe, że rośliny jakby instynktownie unikają sąsiedztwa każdej zgubnej i szkodliwej rzeczy. W piekle wszelkie prawa są obalone — nie ma tam myśli o rodzinie lub ojczyźnie, więzi, pokrewieństwie. Potępieńcy wyją i wrzeszczą na siebie, albowiem obecność istot męczonych i szalejących jak oni sami powiększa jeszcze ich własną mękę i szał. Wszelkie poczucie ludzkie poszło w niepamięć. Wrzaski cierpiących grzeszników napełniają najdalsze zakątki olbrzymiej otchłani. Usta potępionych pełne są bluźnierstw przeciw Bogu i nienawiści ku towarzyszom niedoli oraz przekleństw na dusze, które były ich wspólnikami w grzechu. W starożytnych czasach istniał zwyczaj karania ojcobójcy, który podniósł morderczą dłoń na własnego ojca; wrzucano go w głębiny morskie, zaszytego w worek, do którego wkładano koguta, małpę i węża. Intencją owych prawodawców, którzy stworzyli” to prawo, wydające się okrutnym w naszych czasach, było ukaranie przestępcy sąsiedztwem złośliwych i zjadliwych zwierząt. Lecz czymże jest wściekłość tych niemych zwierząt w porównaniu z wściekłymi przekleństwami wybuchającymi ze spieczonych warg i zbolałych gardzieli piekielnych potępieńców, w chwili, gdy poznają w swych towarzyszach niedoli ludzi, którzy pomagali im i zachęcali do grzechu, ludzi, których słowa zasiały pierwszy posiew złej myśli i złych obyczajów w ich umyśle, ludzi, których sprośne podszepty popchnęły ich do grzechu, ludzi, których oczy skusiły ich i sprowadziły z drogi cnoty. Rzucają się, więc na tych wspólników, przezywają i przeklinają ich. Lecz nic to nie pomaga, nie ma już żadnej nadziei, za późno teraz na żal.
    Zważcie wreszcie, jak straszną udrękę dla tych potępionych dusz, zarówno dla kusicieli, jak i skuszonych, stanowi sąsiedztwo diabłów. Diabły dokuczają potępieńcom w dwojaki sposób: przez swą obecność i przez wyrzuty. Nie można wyobrazić sobie okropności tych diabłów. Święta Katarzyna Sieneńska ujrzała raz diabła i napisała, że wolałaby do końca życia chodzić po szlaku rozpalonych węgli niż jeszcze raz choćby na mgnienie ujrzeć tak okropną poczwarę. Te diabły, niegdyś piękni aniołowie, są tak ohydne i szpetne, jak dawniej były piękne. Naśmiewają się i naigrawają z potępionych dusz, które same doprowadziły do zguby. Te właśnie złe duchy są w piekle głosem sumienia. Czemu grzeszyłeś? Czemu użyczałeś ucha kuszeniu przyjaciół? Czemu odwróciłeś się od nabożnych praktyk i dobrych uczynków? Czemu nie unikałeś sposobności do grzechu? Czemu nie opuściłeś złego towarzysza? Czemu nie porzuciłeś rozwiązłych i nieczystych przyzwyczajeń? Czemu nie słuchałeś rad swego spowiednika? Czemu, gdy upadłeś po raz pierwszy lub wtóry, trzeci, czwarty albo i setny, nie żałowałeś złych uczynków i nie zwróciłeś się do Pana Boga czekającego tylko na twój żal, by odpuścić ci grzechy? Teraz czas skruchy minął. Jest czas, był czas, lecz czas minął! Był czas do grzeszenia w ukryciu, do pobłażania swemu lenistwu i pysze, do pożądania rzeczy zakazanych, do ulegania skłonnościom niższych popędów, do prowadzenia żywota zwierząt, gorzej niż zwierząt, albowiem one przynajmniej są tylko bydlętami i nie posiadają rozumu, który by je prowadził; był czas, lecz czas minął! Bóg przemawiał do was w tak różnoraki sposób, lecz nie chcieliście słuchać. Nie chcieliście wyplenić pychy i złości z serca, nie chcieliście oddać dóbr źle nabytych, nie chcieliście okazać posłuszeństwa nakazom świętego Kościoła ani spełniać religijnych obowiązków, nie chcieliście opuścić zepsutego towarzystwa, nie chcieliście unikać niebezpiecznych pokus. Takim językiem przemawiają owi szatańscy dręczyciele, przemawiają słowami pogardy i wyrzutów, nienawiści i wstrętu. Wstrętu, tak jest! Albowiem nawet te diabły, gdy zgrzeszyły, popełniły tylko takiego rodzaju grzech, do jakiego jedynie zdolna była ich anielska natura: był to bunt ducha; i nawet te złe diabły z oburzeniem i wstrętem odwracać się muszą na widok owych niewymownych grzechów, przez które upadły człowiek znieważa i bezcześci świątynie Ducha Świętego, bezcześci i kala samego siebie.
    O moi mili braciszkowie w Chrystusie, oby nigdy nie wypadło nam słuchać tej mowy! Oby to nigdy nie spotkało nas, powiadam! Modlę się gorąco do Boga, aby w ostatecznym dniu straszliwego obrachunku ani jedna z dusz będących dziś w tej kaplicy nie znalazła się pośród owych nieszczęśliwych istot, którym Wielki Sędzia każe odejść precz na wieki sprzed swego oblicza, aby nikomu z nas nie rozległ się nigdy w uchu straszliwy wyrok potępienia: „Idźcie precz ode mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom!”
    Stefan szedł między ławkami w kaplicy i nogi trzęsły się pod nim, a po czaszce przechodziły mu ciarki, jak gdyby dotykały jej upiorne palce. Szedł na górę po schodach, a potem korytarzem wzdłuż ścian, na których palta i płaszcze nieprzemakalne wisiały bezgłowe, ociekające wodą, bezkształtne jak złoczyńcy na stryczku. A za każdym krokiem rodziła się w nim obawa, że już umarł, że wyrwano mu duszę z pochwy cielesnej, że spada głową na dół w przestwór.
    Nie mógł utrzymać się na nogach, siadł więc ciężko na ławce, otworzył na oślep pierwszą lepszą książkę i pochylił się nad nią. Każde słowo stosowało się do niego! To prawda. Pan Bóg jest wszechmocny. Pan Bóg może wezwać go teraz do siebie, wezwać z tej ławki, zanim zdąży uświadomić sobie wezwanie. Pan Bóg wzywa go. Tak? Co? Tak? Ciało skurczyło się na nim, jakby dotknięte żarłocznymi językami płomieni, wyschło, jakby owiane wirem dławiącego powietrza. Umarł. Tak. Już go sądzą. Fala ognia przebiegła mu przez ciało: pierwsza. Znów fala. Mózg poczyna płonąć. Jeszcze jedna fala. Mózg gotuje się i bulgocze w trzaskającym naczyniu czaszki. Płomienie buchają mu z czaszki na wszystkie strony i krzyczą jakby ludzkim głosem:
    „Piekło! Piekło! Piekło! Piekło! Piekło!”

     
  2. n

    22 maja 2007 o 09:52

    Dziwić się, że kiedyś Kościół bym czymś zgoła innym niż dzisiaj. Ja nie pamiętam, żeby w kościele mówiono o obrazie piekła, to już nie moje czasy (chociaż z drugiej strony od wielu lat nie byłem w kościele). Kiedy to czytałem, pomyślałem sobie – zręcznie, nawet ja zaczynam myśleć o spowiedzi.
    Straszono ludzi chcąc ich posłuszeństwa. Teraz raczej podkreśla się miłosierdzie. Podobno Bóg jest Rozumem i Miłością. Zastanawia mnie, czy ten wymiar piekielnej kary nie jest trochę przesadzony w stosunku do grzechów?

     
  3. Ewa Bieńczycka

    22 maja 2007 o 19:05

    To cieszę się, że Cię zainteresowało. Ale bardzo mi przykro, diabły wszystko we mnie pomieszały, nie napisałam dobrze tytułu (Portret artysty z czasów młodości) i przetłumaczył to Zygmunt Allan. Teraz jest nowe tłumaczenie, bardzo zachwalane: James Joyce, „Portret artysty w wieku młodzieńczym”, przekład, posłowie i przypisy: Jerzy Jarniewicz, Wydawnictwo Znak, Kraków 2005.
    Ale ja jestem bardzo do tej książki przywiązana, czytałam, jak jeszcze nie było spolszczonego „Ulissesa”.
    A nominowanego Mrożka szukam w bibliotekach, na razie jest w czytaniu. Chciałabym, by dostał Nike.

     
  4. n

    22 maja 2007 o 19:55

    Jeśli w Baltazarze defekował, masturbował, wymiotował, krwawił, ropiał i wszystko okraszył wielkim Nic swojego czy następnego pokolenia – to ma duże szanse na Nike.

     
  5. Ewa Bieńczycka

    23 maja 2007 o 11:56

    nie, Mrożek nie jest taki. No to chyba szansy nie ma…
    Ale czytam teraz najnowszą Gretkowską i według Twojego klucza, to nawet nie jest nominowana. A wszystko, co wymieniłeś, tam jest.

     
  6. n

    23 maja 2007 o 13:24

    Może za stara? Mrożek tam jest, żeby na liście byli i starzy i młodzi, itd. On nie wygra, no, chyba że dadzą mu, żeby wyrównać po Masłowskiej. Nie wiem, może jestem zbyt uprzedzony już do Nike.

     
  7. enregistreur audio

    11 października 2012 o 05:00

    enregistreur audio…

    Fragment listu Mrożka do Skalmowskiego, 11 czerwca 1975 roku. | nacodzien blog…

     
 

  • RSS