RSS
 

O tym co zyskałem, co straciłem i o kilku innych wydarzeniach z ostatnich dni.

13 maj

Chciałbym opowiedzieć o teatrze i koncertach, w których i na których ostatnio byłem.


arabskan_svo2.jpg

Pierwszą sztuką jest „Arabska noc” Rolanda Schimmelpfenniga w reżyserii Tomasa Svobody w Teatrze Ludowym (Scena pod Ratuszem). Sztuka jest bardzo w stylu, jaki teraz cenią młodzi. Opowiada historie kilku przypadkowych osób, gdzieś się to zaczyna, gdzieś kończy, coś się nawet dzieje, ale ponadto niewiele tam jest. Naprawdę dobra gra aktorska (szczególnie Dominiki Markuszewskiej) i świetna scenografia (aktorzy przez cały występ brodzą w wodzie, woda jest w ogóle jednym z głównych bohaterów) to plus, ale jeśli chodzi o uczucia (których szukam w sztuce, dlatego czytam, oglądam etc.), ja ich nie potrafiłem dostrzec. Więcej o sztuce na, bardzo ładnej zresztą, stronie internetowej Teatru Ludowego:
http://www.ludowy.pl/


11775076681Zbombardowani_2.jpg

Druga sztuka, o której chcę napisać, to „Zbombardowani” Sarah Kane (czemu w żadnej gazecie, nigdzie zupełnie, nikt nie odmienia jej imienia, np. na „Sary”?) w reżyserii Mai Kleczewskiej na scenie Teatru Starego (Scena Kameralna). W gruncie rzeczy moje zdanie na temat tego spektaklu wyraziła w 19 numerze „Tygodnika Powszechnego” Anna Burzyńska, więc polecam lekturę jej recenzji:
http://tygodnik.onet.pl/1548,1410319,dzial.html

Tutaj scenografia (ciekawe, że dokładnie to samo co Burzyńska dostrzegłem w teatrze, tj. te wiatraki zawieszone nad sceną) ani gra aktorska (aktorom, Globiszowi i Korzeniak, jakby nie pozwolono wybić się ponad poziom dość przeciętny, może to taka sztuka, może Kleczewska, nie wiem) nie pomagają. Więcej o „Zbombardowanych” na stronie Starego: Zbombardowani

wyswietl_obrazek.php?d=&pictures_id=291

Inaczej natomiast wyglądała adaptacja „Biesów” Dostojewskiego na scenie Teatru Stu w reżyserii Krzysztofa Jasińskiego. Ten bardzo dobry spektakl, jubileuszowy na czterdziestolecie istnienia Stu, założonego przecież przez Jasińskiego, to przede wszystkim popis genialnej gry aktorskiej Grzegorza Mielczarka w roli Piotra Wierchowieńskiego. Absolutnie zdominował on scenę, czułem, że cała publiczność czekała na jego pojawienie się na scenie (zresztą jego długą wypowiedź w drugiej części występu nagrodzono brawami), ja na pewno. Sam spektakl natomiast oddaje klimat znany Dostojewskiego, jego język (który czasem chciałbym nazwać przedkafkowski) i neurozę jego bohaterów. Całość okrasza piękny śpiew chóru „Woskriesiennia”, który przyjechał z Ukrainy, przez co „Biesy” w Stu są niemal mszą (dym kadzideł często towarzyszy aktorom, a całość zaczyna i kończy dźwięk kościelnych dzwonów, sznur do wprawienia ich w ruch jest wtedy centralnym punktem sceny). Więcej o sztuce można znaleźć na stronach Teatru Stu, gdzie w tle śpiewa chór, bardzo miły dodatek: Biesy

head_akt.jpg

Koncerty natomiast to część krakowskich Juwenaliów. W czwartek były to Rewolucja, Coma, Myslovitz i Strachy na Lachy, a w sobotę Cool Kids Of Death i Hey. Z pierwszego koncertu, który odbył się na stadionie Wisły, niewiele pamiętam (muzycznie), większość czasu spędziłem z przyjaciółmi obok sceny, rozmawiając, bawiąc się i pijąc piwo Żywiec, który wykupił wyłączność na krakowską zabawę studentów. Bawiliśmy się dość długo i do takiego stanu, że zacząłem gasić papierosy na czubku swojej głowy, po czym chyba będę miał pamiątkę na całe życie. Na Cool Kids Of Death (zdążyliśmy na kilka ostatnich piosenek, postój w kolejce zajął nam około godziny) było bardzo żywiołowo, ale nie bardziej niż na Hey, który zaraz po nich występował. Masa ludzi obok Żaczka skakała i latała na boki, tłum jak jedność pływał pod stopami Nosowskiej. Było kilku śmiałków, którzy pływali na tym morzu, z których jeden zostawił mi odcisk buta na głowie. Zabawa była prawie przednia, ale najciekawiej było po powrocie do domu. Około drugiej w nocy zrobiliśmy grilla i bawiliśmy się do samego rana, słuchając piosenek najróżniejszej maści i pijąc to wódkę, to wiśniowicę, to znowuż rum.
Na dzisiejszym kacu przyszło mi kilka niezłych myśli do głowy, niestety starym zwyczajem nie zanotowałem ich (zawsze sobie obiecuję, że kiedyś muszę zacząć), teraz więc czuję się suchy w środku, zupełnie wyprany z dobrych pomysłów, które chciałem opowiedzieć w tym wpisie.
Jeśli mi się uda coś z tego odzyskać, mam nadzieję znaleźć czas na zanotowanie. Więcej o juwenaliach:
http://www.juwenalia.krakow.pl/

 
1 komentarz

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz

 

 
  1. matylda

    13 maja 2007 o 22:16

    no tak juwenalia były fantastyczne :-) na szczęście zanosi się, że z naszej „grupy” to Ty jeszcze co najmniej 5 lat postudiujesz, więc czeka nas jeszcze 5 takich imprez :-) co do spekatkli: Kleczewską kocham za „Sen nocy letniej”. Na „Biesy” muszę się wybrać… jednak ciągle nie poszedłeś na „Dziady” Sobocińskiego. Z tego, co wiem, to dość rzadko je grają bo duża część obsady pracuje poza Krakowem, ale myślę, że jedna jakaś okazja się znajdzie. tymczasem :-)

     
 

  • RSS