RSS
 

Rysunek Alberto Giacomettiego.

06 maj

giacometti.jpg

 
Komentarze (6)

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz

 

 
  1. Ewa Bieńczycka

    13 maja 2007 o 08:47

    Widziałam w ubiegłym roku w Nowym Jorku w MoMa całą salę poświęconą Giacomettiemu. Rzeźby wbrew reprodukcjom są olbrzymie (te z kołami), a znowu inne bardzo maleńkie, zamknięte w szklanych gablotach. Natomiast rysunki barwnymi kredkami są klarowne i czyste, wbrew procesowi tworzenia, polegającego na wielogodzinnych studiach modela, na medytacyjnej, mnisiej kontemplacji. Wyglądają, jakby były robione przez pięć minut wściekle, pod wpływem impulsu.

    Lech Bukowski od dłuższego czasu w necie propaguje Alberto Giacomettiego, który stał się dla francuskich intelektualistów swego czasu artystą sztuk wizualnych nadającym się na przełożenie na literaturę.

    Emile Cioran, którego „Zeszyty” właśnie ukończyłam czytać, nie podziela tego zapału:
    „Tekst Geneta o Giacomettim, w którym podziw ociera się o bałwochwalstwo. Ton wyborny, ale przesadny, chybiony. Dziwi taki szacunek dla rzeźbiarza pośledniego. I to ze strony ikonoklasty.
    Ma się wrażenie, iż autor kontempluje Michała Anioła i gawędzi sobie z nim. A w ogóle trzeba się cieszyć, gdy napotykamy naiwność u kogoś, kto gromko oznajmia, że jest jej pozbawiony.”

    I o samym artyście:
    „Ekspozycja Giacomettiego
    Przeceniony jako malarz i rzeźbiarz. Lepiej było zrobić z niego wybór i wystawić go w jednej albo dwóch salach, zamiast rozcieńczać po całej Oranżerii.

    Jego ostatni okres jest cudowny. Po co było wyciągać rzeczy sprzed wojny? Oryginalny i frapujący jest dopiero z chwilą, w której się odnalazł, tzn. w latach, w których żyrafizuje, wysmukla korpusy i głowy tak, odejmując im mięsistość, masę, ciężar. To niebywale subtelny zamach na materię, ważkość. Giacometti miał talent do ścieniania; nawet gdy działa z rozmachem, czyni to w… deminutywie.
    Jest coś śmiesznego w woli „stworzenia” dzieła. Jak jednak określić odmowę imania się dzieła, gdy mamy środki do stworzenia go?”

    A teraz o mnie. Ponieważ powrót do zespołowego działania w sieci okazał się zwykłą podpuchą, nosiłam się z zamiarem uaktywnienia komentarzy na swoim blogu, ale widzę, że u Ciebie oprócz mnie i Pani Matyldy nikogo nie ma. Więc może poprzestanę na gościnności Twojego bloga.
    Hej!

     
  2. n

    13 maja 2007 o 19:43

    To prawda, niewiele się dzieje w tych moich komentarzach poza Waszymi wypowiedziami, ale też nie bardzo mi na tym zależy. Zdanie przemyślanie jest przecież o wiele ważniejsze (bo innych zdań w Internecie, nie tylko zresztą tu, jest dość mało, np. w moim życiu też tak się dzieje. Się, samo?).
    A za fragment o Giacomettim jestem wdzięczny. Mi się spodobał ten rysunek, nie znam się ani na jego rzeźbie ani na sztuce w ogólności. Nie rozumiem tego, bo to jest opis i sublimacja uczuć, to zestaw obrazów, symbole, słowa-klucze(wytrychy nawet), to wszystko dla mnie piękna zagadka.

     
  3. Ewa Bieńczycka

    13 maja 2007 o 21:09

    Skoro Ci nie zależy…

     
  4. n

    13 maja 2007 o 22:40

    Nie zależy mi na ilości tych komentarzy, ale to, że Ty komentujesz bardzo mi pomaga. Wprowadza też jakieś inne niż moje myśli, inny punkt widzenia. To dla mnie bardzo ważne, bo sam nie potrafię myśleć inaczej niż przez pryzmat samego siebie.

     
  5. Ewa Bieńczycka

    14 maja 2007 o 15:19

    Właśnie zastanawiam się nad komnentarzami, szczególnie, że mąż teraz walczy z tym piekielnym blogiem i uaktywniło się wstecz, co oznacza, że nikt mnie nie chciał komentować od początku jego powstania.
    Ale ja wiem, czy to ma sens? Wszystko przecież można wyszukać samemu, jeśli chodzi o artystów. A czyjś odbiór? A czy można mu zaufać?

     
  6. n

    14 maja 2007 o 16:48

    To, czy można komuś zaufać to już kwestia każdego z nas, odpowiedzialność za siebie. A według mnie warto, bo te inne myśli, inne sposoby widzenia działają naprawdę otrzeźwiająco czasem. Np. Ty kiedyś uświadomiłaś mi pewną rzecz, bardzo ewidentną zresztą, o której sam wcześniej pewnie bym nie pomyślał. To ważne.

     
 

  • RSS