RSS
 

Archiwum - Maj, 2007

Córki Eurynome.

30 maj

Gracje_z_Pompejow_400.jpg

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Kłapouchy.

28 maj

Od kilku numerów „Tygodnik Powszechny” zamieszcza artykuły w serii „Bohater naszych czasów”. Znane osobistości opisują swoich ulubionych, uważanych za najciekawszych itd. bohaterów bajek. W ostatnim numerze Joanna Olech, m. in. autorka bajek dla dzieci, świetnie opisała postać Kłapouchego z genialnej książki Milne’a o Kubusiu Puchatku.

ba773aa4953659904d42daaa7d3bbca1,5,8.jpg

Najbardziej udane dziecko Milne’a – poczciwy, bury osioł Kłapouchy. Paranoik, safanduła, nieznośny czarnowidz, zdumiewająca mieszanka megalomanii, cierpiętnictwa i sarkazmu. „Poczciwy” jest pierwszym słowem, którego użył pisarz, wprowadzając na scenę osła. I taka zapewne była intencja autora, ale z każdą linijką Kłapouchemu przybywało toksyny.

„– Nikt mi o niczym nie mówi – rzekł Kłapouchy. – Nikt mnie o niczym nie zawiadamia. Będzie już siedemnaście dni w przyszły piątek, odkąd nie zamieniłem z nikim ani słowa.

– Na pewno nie siedemnaście…

– W przyszły piątek – wyjaśnił Kłapouchy.

– A dziś jest sobota – rzekł Królik – więc to by było jedenaście dni, a ja sam byłem tutaj tydzień temu.

– Ale nie dla przyjacielskiej pogawędki – rzekł Kłapouchy. – Powiedziałeś tylko »Jak się masz« i znikłeś w okamgnieniu. Widziałem twój ogon o sto kroków na wzgórzu, gdy rozważałem, co ci odpowiedzieć. Myślałem o powiedzeniu: »Co?«, ale było już, oczywiście, za późno.

– Ach, byłem wtedy okropnie zajęty!

– Żadnej z nikim Styczności – ciągnął ponuro Kłapouchy – żadnej Wymiany Myśli, tylko »Jak się masz?«… Myślę, że taka rozmowa do niczego nie prowadzi, zwłaszcza jeśli w drugiej części rozmowy ukazuje się ogon tej osoby”.

Najbardziej udane dziecko Milne’a – poczciwy, bury osioł Kłapouchy. Paranoik, safanduła, nieznośny czarnowidz, zdumiewająca mieszanka megalomanii, cierpiętnictwa i sarkazmu. „Poczciwy” jest pierwszym słowem, którego użył pisarz, wprowadzając na scenę osła. I taka zapewne była intencja autora, ale z każdą linijką Kłapouchemu przybywało toksyny, toteż pod koniec lektury przymiotnik „poczciwy” brzmi jak zjadliwa ironia.

Kłapouchy to majstersztyk – literatura dla dzieci nie zna drugiej postaci tak genialnie scharakteryzowanej. Bo jakkolwiek jest to bezlitosny portrecik Starego Piernika, to przecież lubimy Kłapouchego. Pisarz do nieznośnego ponuractwa dorzucił rys fatalizmu i rezygnacji – Kłapouchy przyjmuje swoje nieuchronne, upragnione porażki z godnością – i kiedy, wbryknięty przez Tygrysa do strumienia, kręci się powoli na powierzchni wody kopytami do góry – jest w nim majestat stoika, kasandryczna duma: „A nie mówiłem?”.

Jako dziecko, nie wiedziałam, skąd znam Kłapouchego. Dlaczego wydaje mi się starym znajomym, kogo w nim rozpoznaję… Kiedy zostałam mamą, wyrosły mi ośle uszy, grzbiet porósł burym filcem: „– Mamusia haruje, żyły sobie dla ciebie wypruwa, a ty nawet śmieci nie wyniesiesz, gówniarzu?” „– Dobrze, dobrze, nie idź po zakupy, matka pójdzie, od tego są matki, a ty sobie poleż, odpocznij…”.

POCZUCIE WINY – słowo klucz, poręczne narzędzie manipulacji, tajna broń Kłapouchego. Instrukcja obsługi dziecka nader często odwołuje się do winy – niezawodnego rodzicielskiego tricku. We własnym mniemaniu nie dość wynagradzani za nasze rodzicielskie zasługi, nieumiejący wyegzekwować od dziecka pożądanych przysług – obwiniamy, odwołujemy się do obowiązku miłości, sporządzamy bilans poniesionych ofiar. Jak rodzicielska egzekutywa lipnym szlochem skłaniamy do uległości.

Postawa Kłapouchego jest starą sztuczką wychowawców, rodziców, dziadków. Wyuczona, wdrukowana w podświadomość – usłużnie wyskakuje jak diabeł z pudełka, kiedy sami zostajemy wychowawcami, rodzicami, dziadkami. Niestety – ten greps ma krótki okres przydatności do spożycia. Nie bez powodu Kłapouchy sterczy samotnie w odludnym zakątku, z masochistycznym uporem rozpamiętując własną krzywdę. Mieszkańcy Stumilowego Lasu odwiedzają go raczej z powodu wyrzutów sumienia niż w nadziei na pyszną zabawę.

Naiwny (jak dziecko) Prosiaczek – dobroduszny, nie splamiony żadną złą intencją, postanawia obdarować osła bukiecikiem fiołków. Nie zdoła go wręczyć, bo zawczasu nasłucha się pretensji, szyderstw, połajanek Kłapouchego, bo osioł onieśmieli go paternalistyczną tyradą. Wreszcie Prosiaczek kapituluje:

„– Myślę… – zaczął Prosiaczek nerwowo.

– Nie myśl – rzekł Kłapouchy.

– Myślę, że fiołki są bardzo milutkie – powiedział Prosiaczek. To mówiąc, położył swój mały bukiecik przed Kłapouchym i prędko uciekł”.

Oby to nie był ostatni bukiecik, na jaki osioł może liczyć.

Nie do wiary, jak Milne zdołał do dziecięcej opowiastki upchnąć tak tragiczną postać, a przy tym nie zmącić fabuły solenną powagą. Najwyraźniej pisarz znał sekretną recepturę na książkę wszechczasów i z aptekarską precyzją zmieszał słodycz i gorycz. Kłapouchy jest nieodparcie komiczny w swoim fatalizmie, w swojej zrzędliwej melancholii:

„– Dzień dobry, Kłapousiu! – powiedział Krzyś, gdy otworzył drzwi i Kłapouchy wszedł do pokoju. – Co słychać?

– Wciąż pada śnieg – odpowiedział Kłapouchy posępnie.

– A tak, pada.

– I mróz bierze.

– Naprawdę?

– Tak – rzekł Kłapouchy. – Jednakże – ciągnął rozpogadzając się trochę – nie mieliśmy ostatnio trzęsienia ziemi”.

„Puchatek”, rzecz jasna, jest książką o dzieciach. Dziećmi są Kubuś, Prosiaczek, Tygrys. Królik – w pół drogi między dzieckiem a rodzicem – starszy brat? Dorośli to: Sowa, Kangurzyca i Kłapouchy. Sowa – belfer o nadwyrężonym autorytecie. Kangurzyca – rozsądna, trzeźwo myśląca matka. Kłapouchy – sfrustrowany piernik, któremu czas upływa na liczeniu krzywd i katastrof.

Milne nie wyczerpał katalogu rodziców, ale zawarł w swoich książkach kilka przestróg dla ojców. Kłapouchy – cóż z tego, że bezdzietny – jest uosobieniem rodzicielskiej klęski – miłości uduszonej przez wygórowane oczekiwania. Jakkolwiek komiczny, osioł jest jadowitym, destrukcyjnym mantyką. Jest ojcem-upiorem. Dziecięca niefrasobliwość i entuzjazm Prosiaczka/Puchatka w konfrontacji z Kłapouchym zważone zostają sarkazmem. Misiowe: „spodziewam-

-się-wszystkiego-najlepszego” kontra ośle: „to-nie-może-się-udać”. Ufna wiara dziecka versus wzgardliwa i jałowa przewaga rodzica. Na szczęście jest jeszcze Krzyś – tata alternatywny – sprawiedliwy, wyrozumiały szeryf w krótkich spodenkach. Rozum i beztroska. Optymizm i rozwaga. Przewagi Krzysia są oczywiste – uznaje je sam Kłapouchy, ciągle zabiegając o względy Krzysia. Gdyby tę zgrzebną psychoanalizę pociągnąć dalej, okazałoby się, że posępna zrzędliwość Kłapouchego wzięła się z niedostatków rodzicielskiej miłości. Jak całe zło na świecie.

Chłopiec ojcem osła, osioł ojcem misia i prosiaka… ratunku, przedawkowałam Freuda!

Milne jest wielki, bez dwóch zdań! Trudno uwierzyć, że facet o takiej intuicji i takim absolutnym „słuchu” na potrzeby dzieci nie zdołał ułożyć sobie stosunków z synem – jego relacje z Christopherem Robinem były kompletnym fiaskiem.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Jerzy Bralczyk.

22 maj

Albo?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Spadłem do Nieba.

22 maj

paradies_hi.jpg

I jestem w Niebie. Nie to, że raj, nie to, że perfekcja, nie to, że Eden, Arkadia czy milion innych nazw. Raj tutaj, na Ziemi, to spokój, to czułe zrozumienie, to koniec walki i chaosu – ale nie poddanie się. Zapanowałem nad myślami tak, jak dorożkarz panuje nad końmi, chłostam te myśli i one się chowają, i to jest dobre. To nie tak, że duszy nieśmiertelnej nie odbija się po obiedzie, że myślenie o pięknie wypierze skarpetki. Nie widzę już w tym sprzeczności, wszystko się łączy, a najbardziej łączą się przeciwieństwa. Nie wiem, czy powoli nie zaczynam widzieć w tym piękna. Że jest całość. To nie chaos, to nie ciemny las czy dzika dżungla. Werner Herzog w „Grizzly Man” mówi, że on ze swoimi amazońskimi doświadczeniami zupełnie inaczej patrzył na naturę niż obiekt jego filmu dokumentalnego. Herzog widział tam właśnie chaos, rozczłonkowanie, ciągłą walkę i śmierć. I miał rację, jest ciągła walka, ale nikt nie dał nam obietnicy pokoju. Ta walka hartuje, jeśli psychicznie odeprzeć pokusę samozabójstwa. Jeśli więc przeciwieństwa są jednością, jeśli odpór Sade’owi daje krótka bajka o kucykach, tworząc wzorzec antyJustyny, wszystko mi się tu zgadza. A jeśli nie wszystko, to przynajmniej tyle, ile ja sam potrzebuję. Piekło, nie wiem, raj, nie wiem, ale tu i teraz – wiem na pewno. Prosta konstatacja – świat nie jest zły ani dobry, on jest dla nas taki, jaki chcemy, żeby był (przez większość czasu, bo nie zawsze, to oczywiste). Zatem trzeba wziąć się w garść, trzeba pokochać szansę ciągłej migracji myśli, nade wszystko – trzeba zachować spokój.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Seven Days in Sunny June – Jamiroquai

21 maj

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Fragment listu Mrożka do Skalmowskiego, 11 czerwca 1975 roku.

20 maj

„Często męczy mnie konieczność najrozmaitszych i najróżniejszych planów, sfer, wymiarów, perspektyw, w których muszę żyć jednocześnie. Jednocześnie muszę prać skarpetki i zastanawiać się nad Zagadką Wszechbytu. Rozpiętość, skala, wielość planów jest doprawdy wielka. Odbija mi się po jedzeniu oraz podobno mam duszę nieśmiertelną. (…) Oczywiście, trzeba wszystko naraz. To znaczy, wszystko pomieścić w sobie, niczego nie ucinać, nie wyrzucać, nie zapominać, a tylko nieustannie porządkować, choć nigdy się niczego do ostatecznego porządku nie doprowadzi, może i na szczęście. Oczywiście, najlepiej by było znaleźć jakieś połączenie między praniem skarpetek a Istotą Najwyższą, ale to są już luksusy. Niemniej nie zamieniać się ani w skarpetkę, ani w Mesjasza. Tylko ganiać między jednym a drugim.”

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Pieprzysz się czy trzeba z Tobą chodzić?

16 maj

Ostatnio w pijackim majaku pomyślałem, że powyższe zdanie jest kwintesencją współczesnych związków międzyludzkich, jakimś absolutem, do którego wszyscy dążą, a coraz bardziej nieliczni zwalczają.
To jest żart, sposób podkręcenia męskiej fantazji, takie maczo-wanie. Obawiam się, że za jakiś czas (albo już teraz, tylko w troszkę subtelniejszy sposób) będzie to standard. Już nie uczucia, a chirurgiczna precyzja. Propozycja niemalże biznesowa, czynność fizjologiczna, wzajemna pomoc, zezwierzęcenie.
Kłamstwo to byt, byt bardzo ludzki. Zwierzęta się zjadają, a ludzie okłamują. Jeśli rzeczywiście czymś się różnimy od zwierząt to biegunami dobra i zła, deprawacji i piękna. Osiągamy oba. Dobro jest piękne, a piękno jest dobre. Zło jest ludzkie. Nikt nie powie, że lew zabijający antylopę jest zły. To naturalne. I teraz, przy egotycznym patrzeniu na świat (a takie się rozprzestrzenia), wśród ludzi też zaczyna panować ta zasada. Już nie ma zranienia, nie ma zła. Sama natura. Kapitalizm uczuć, zachowań. Moralista jest albo zły, albo śmieszny, a najczęściej uważany za lokalny koloryt, jak cyrk, który na kilka dni przyjeżdża do miasta i pokazuje klaunów.
A ja, przy całej tej szaradzie, nie potrafię jeść sztućcami.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Płatki – Ewa Bieńczycka

15 maj

platy.jpg

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

O tym co zyskałem, co straciłem i o kilku innych wydarzeniach z ostatnich dni.

13 maj

Chciałbym opowiedzieć o teatrze i koncertach, w których i na których ostatnio byłem.


arabskan_svo2.jpg

Pierwszą sztuką jest „Arabska noc” Rolanda Schimmelpfenniga w reżyserii Tomasa Svobody w Teatrze Ludowym (Scena pod Ratuszem). Sztuka jest bardzo w stylu, jaki teraz cenią młodzi. Opowiada historie kilku przypadkowych osób, gdzieś się to zaczyna, gdzieś kończy, coś się nawet dzieje, ale ponadto niewiele tam jest. Naprawdę dobra gra aktorska (szczególnie Dominiki Markuszewskiej) i świetna scenografia (aktorzy przez cały występ brodzą w wodzie, woda jest w ogóle jednym z głównych bohaterów) to plus, ale jeśli chodzi o uczucia (których szukam w sztuce, dlatego czytam, oglądam etc.), ja ich nie potrafiłem dostrzec. Więcej o sztuce na, bardzo ładnej zresztą, stronie internetowej Teatru Ludowego:
http://www.ludowy.pl/


11775076681Zbombardowani_2.jpg

Druga sztuka, o której chcę napisać, to „Zbombardowani” Sarah Kane (czemu w żadnej gazecie, nigdzie zupełnie, nikt nie odmienia jej imienia, np. na „Sary”?) w reżyserii Mai Kleczewskiej na scenie Teatru Starego (Scena Kameralna). W gruncie rzeczy moje zdanie na temat tego spektaklu wyraziła w 19 numerze „Tygodnika Powszechnego” Anna Burzyńska, więc polecam lekturę jej recenzji:
http://tygodnik.onet.pl/1548,1410319,dzial.html

Tutaj scenografia (ciekawe, że dokładnie to samo co Burzyńska dostrzegłem w teatrze, tj. te wiatraki zawieszone nad sceną) ani gra aktorska (aktorom, Globiszowi i Korzeniak, jakby nie pozwolono wybić się ponad poziom dość przeciętny, może to taka sztuka, może Kleczewska, nie wiem) nie pomagają. Więcej o „Zbombardowanych” na stronie Starego: Zbombardowani

wyswietl_obrazek.php?d=&pictures_id=291

Inaczej natomiast wyglądała adaptacja „Biesów” Dostojewskiego na scenie Teatru Stu w reżyserii Krzysztofa Jasińskiego. Ten bardzo dobry spektakl, jubileuszowy na czterdziestolecie istnienia Stu, założonego przecież przez Jasińskiego, to przede wszystkim popis genialnej gry aktorskiej Grzegorza Mielczarka w roli Piotra Wierchowieńskiego. Absolutnie zdominował on scenę, czułem, że cała publiczność czekała na jego pojawienie się na scenie (zresztą jego długą wypowiedź w drugiej części występu nagrodzono brawami), ja na pewno. Sam spektakl natomiast oddaje klimat znany Dostojewskiego, jego język (który czasem chciałbym nazwać przedkafkowski) i neurozę jego bohaterów. Całość okrasza piękny śpiew chóru „Woskriesiennia”, który przyjechał z Ukrainy, przez co „Biesy” w Stu są niemal mszą (dym kadzideł często towarzyszy aktorom, a całość zaczyna i kończy dźwięk kościelnych dzwonów, sznur do wprawienia ich w ruch jest wtedy centralnym punktem sceny). Więcej o sztuce można znaleźć na stronach Teatru Stu, gdzie w tle śpiewa chór, bardzo miły dodatek: Biesy

head_akt.jpg

Koncerty natomiast to część krakowskich Juwenaliów. W czwartek były to Rewolucja, Coma, Myslovitz i Strachy na Lachy, a w sobotę Cool Kids Of Death i Hey. Z pierwszego koncertu, który odbył się na stadionie Wisły, niewiele pamiętam (muzycznie), większość czasu spędziłem z przyjaciółmi obok sceny, rozmawiając, bawiąc się i pijąc piwo Żywiec, który wykupił wyłączność na krakowską zabawę studentów. Bawiliśmy się dość długo i do takiego stanu, że zacząłem gasić papierosy na czubku swojej głowy, po czym chyba będę miał pamiątkę na całe życie. Na Cool Kids Of Death (zdążyliśmy na kilka ostatnich piosenek, postój w kolejce zajął nam około godziny) było bardzo żywiołowo, ale nie bardziej niż na Hey, który zaraz po nich występował. Masa ludzi obok Żaczka skakała i latała na boki, tłum jak jedność pływał pod stopami Nosowskiej. Było kilku śmiałków, którzy pływali na tym morzu, z których jeden zostawił mi odcisk buta na głowie. Zabawa była prawie przednia, ale najciekawiej było po powrocie do domu. Około drugiej w nocy zrobiliśmy grilla i bawiliśmy się do samego rana, słuchając piosenek najróżniejszej maści i pijąc to wódkę, to wiśniowicę, to znowuż rum.
Na dzisiejszym kacu przyszło mi kilka niezłych myśli do głowy, niestety starym zwyczajem nie zanotowałem ich (zawsze sobie obiecuję, że kiedyś muszę zacząć), teraz więc czuję się suchy w środku, zupełnie wyprany z dobrych pomysłów, które chciałem opowiedzieć w tym wpisie.
Jeśli mi się uda coś z tego odzyskać, mam nadzieję znaleźć czas na zanotowanie. Więcej o juwenaliach:
http://www.juwenalia.krakow.pl/

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Rysunek Alberto Giacomettiego.

06 maj

giacometti.jpg

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS