RSS
 

Maski, Qing Bin Chen.

13 kwi

Kiedy studiowałem psychologię i amerykanistykę na prywatnym uniwersytecie w Stanach, poznałem bardzo ciekawego Chińczyka, który przyjechał tam studiować najpierw coś związanego z inżynierią, ale szybko po pierwszym semestrze przeniósł się na malarstwo i jasne było, że z niego żaden inżynier.
Mieliśmy zrobić krótki, amatorski film na Festiwal Filmów Studenckich, niestety z pomysłu niewiele wyszło, z wielu powodów.
Jego pomysł był dość naiwny, ale momentami interesujący. Chciał nazwać swoje dzieło „Hug” (objęcie, przytulenie).
Film zaczyna się, kiedy młody ktoś się rodzi. Wszystko jest bardzo realistyczne, za wyjątkiem maski, którą ten ktoś jak i wszyscy ludzie pojawiający się na filmie noszą. Maska jako coś wrodzonego, nie nabytego. Później perypetie życiowe, szczegółów już nie pamiętam, chęć zrozumienia tej majski, chęć pozbycia się maski. Ostatecznie maska pęka, kiedy bohater znajduje osobę, w której się kocha i właśnie poprzez tytułowy uścisk pozbywają się ten sztucznej twarzy. Brzmi to infantylnie i pretensjonalnie, to jasne. Najciekawsze, według mnie, jest to, że maska jest czymś naturalnym, bo częścią nas, po urodzeniu. To nie jest hipokryzja, której uczymy się przebywając w społeczeństwie, wśród ludzi. To coś głębszego i poważniejszego, trwalszego, więc i trudniejszego do pokonania. Piszę to niejako na marginesie, żeby nie zapomnieć. Choćby Qing Bina, mojego przyjaciela.

 
Komentarze (2)

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz

 

 
  1. Ewa Bieńczycka

    14 kwietnia 2007 o 05:45

    No, nie ma co się ze mną tak pochopnie zgadzać, pisałam, że nie specjalnie pamiętam film i moja interpretacja „Marzycieli” może być jedynie tendencyjną konfabulacją i wymysłem ucznia, który lektury nie przeczytał, a jednak sobie poradził.
    Właśnie wróciłam z dzielnicy chińskiej, która ma taki sam zapach, jak wszystkie getta. W Nowym Jorku i w Filadelfii, a teraz w Seattle bardzo podobny klimat nędzy i widocznego odcięcia od wypasionych, ociekających luzem i pieniędzmi bogatych miast, których przecież są częścią. Może Twój uzdolniony Chińczyk stanie się prawdziwym Amerykaninem po studiach, a nie mieszkańcem takiej dzielnicy. Szczególnie, że też tak jak on uważam. Nie dość , że maski nie trzeba posiadać, a przy zakochaniu nosić jej nie sposób, bo to jest sprzeczne z miłością, to ma się ją okazję pozbyć na zawsze . Nie każdy to wykorzystuje, bo z maską żyje się łatwiej.

     
  2. N

    14 kwietnia 2007 o 09:00

    Qing Bin, jak sądzę, na szczęście Amerykaninem nie zostanie, raczej będzie też unikał takich gett, choćby pełnych życia, bo sam pochodzi z zamożnej rodziny.

     
 

  • RSS