RSS
 

Druga strona lustra.

04 kwi

Na kilka dni przed jego przyjazdem wiedziałam, że muszę się z nim rozstać. Już wtedy wiedziałam. To oczywiste, że byłam roztrzęsiona, nie chciałam go ranić, bo wierzyłam w jego miłość, ale sama już go nie kochałam. Nie wiem, czy kochałam go kiedykolwiek. Wszystko to było teraz błahostką, bo potrafiłam zauważyć coś więcej. To pewne że go zraniłam i mnie bardzo to bolało, bo naprawdę nie chciałam, ale siebie zadręczam z innego powodu. Ja go zniszczyłam. Ja zniszczyłam jego świat kobiet, bo zabrałam mu wiarę w kobietę. On za bardzo kochał by po naszym rozstaniu przestać wierzyć w miłość. Sądził pewnie, że to jemu nie wyszło. Siebie za to winił i po części miał rację, ale jego złamane serce nie znaczyło końca miłości w ogóle, tyle potrafił zrozumieć.
To, co było konsekwencją naszego rozstania było czymś o wiele poważniejszym. Jeśli naprawdę potrafię mu uwierzyć i przyznać, że dla niego miłość była fundamentem, podstawa istnienia i jakąś wszechotaczającą filozofią, to muszę też przyznać, że go złamałam. Złamałam człowieka. Zniszczyłam jego sposób patrzenia na świat, odebrałam mu to, co uważał za najważniejsze – sens życia. Czemu on był tak głupi? Czemu dał się nabrać literaturze?
Ale to była jego wina. Jego i tylko jego wina. Dla niego miłość była stanowczo jakimś nad-światem, czymś lepszym, czymś wyższym, co tylko czasem przeplata tak zwane normalne życie czy świat. On uwierzył w fałszywy obraz mnie, w jego myślach byłam jego ikoną, jego świecącą figurką, czymś co emituje światło, jest krystaliczne czyste i doskonałe. Na co dzień jednak byłam kimś obcym. Na kilka dni przed jego przyjazdem wiedziałam, że muszę się z nim rozstać, ale nie potrafiłam mu tego powiedzieć. Bo się bałam. Bo nie chciałam go ranić. Denerwował mnie ten obraz wytworzony w jego wyobraźni zarażonej ideałem, ale nie mogła mu wcześniej o tym powiedzieć, bo nie chciałam mu zabierać szczęścia. Chociaż sama byłam z nim nieszczęśliwa. Miałam dość jego humorów, jego dziecięcego myślenia, jego nieodpowiedzialności i zupełnego braku myślenia o czymkolwiek. Żył dniem, ale nie w spontaniczny, romantyczny sposób. Wracał z uniwersytetu, zakładał wygodniejsze, dresowe spodnie, do tego podkoszulek bez ramiączek, łapał pilota w rękę (albo komputerową myszkę), obżerał się czipsami grubo obtoczonymi w sosie salsa. Był przeciwieństwem świata, który tak bardzo umiłował. Uwielbiał myśleć o tym, że dla swojej miłości zrobił bardzo wiele, że wyjechał z kraju, że czekał, myślał, że to wystarczy. A potem już nic. Byłam jego gadżetem, jego nową zabawką. Pamiętam, że wiele razy był ogromnie niecierpliwy kiedy chciał coś kupić. Na konsolę do gier czy laptopa czekał z ogromnymi wypiekami na twarzy, jak dziecko na Gwiazdkę, po czym dostawał wymarzoną rzecz i po kilku dniach przestał się nią interesować. Był rozpuszczony, a ja nie chciałam być jego kolejnym spełnionym już, czyli niepotrzebnym marzeniem.
Złamałam go. Ta świadomość ciągle we mnie siedzi, ciągle mnie szczypie i rozrywa moje ciało. Wnętrze mojego brzucha. Dlaczego? Jestem na siebie zła. Bo nie powinnam czuć się fatalnie. Bo nie chcę czuć się fatalnie. Bo to musiało tak się skończyć. On był dzieckiem, dla którego studia czy praca były jakimś przykrym obowiązkiem, który spełniał bo tak wypadało, bo tak należy. Mogłam nim kierować jak lalką z materiału, był tak samo miękki i chyba bardziej jeszcze naiwny. Miał w sobie najgorsze cechy rozwydrzonego dzieciaka. Jak miałam go kochać? Nie chciałam być jego matką, chcę mieć prawdziwego męża, który jest odpowiedzialny, pracowity, który nie jest neurotycznym nastolatkiem. Ale wiem, że go złamałam. Świadomość, że zniszczyło się czyjeś życie jest nie do zniesienia, a zniszczenie kogoś kogo się kochało i kto kocha – to piekło. Ja wiem, że on sobie świetnie poradzi, skończy w końcu dobrą szkołę, znajdzie dobrą pracę, może ładną żonę, ale nie będzie już nigdy tym, kim był przed naszym rozstaniem. On teraz ustawicznie spada, jest w ciągłym ruchu, w dół, bo to ja zabrałam mu ziemię na której stał i w której istnienie wierzył. On będzie żył i może nawet znajdzie szczęście, ale już nigdy może nie uwierzyć w integralność świata, a jakieś wartości pozamaterialne. Bo ja mu to odebrałam. Bo podłożyłam mu bombę w duszy, więc on teraz kręci się wkoło jak bąk, bez zupełnego pomysłu na siebie. Codziennie zmienia decyzje, nigdy żadnej się nie trzyma, kręci się i leci w dół. Często się przeprowadza, zmienia pracę, nie ma innego poza spaniem zwyczaju, czegoś powtarzalnego, złożył papiery na kilka czy kilkanaście kierunków na kilku uczelniach, a tak naprawdę nie zacznie nigdy studiować.
Jego już nie ma poza zwykła sferą wegetacji, czyli żyje w trybie jedzenie, sen, cierpienie. Pewnie codziennie zadaje sobie tysiąc pytań, nie potrafi na żadne znaleźć odpowiedzi, przez co jest coraz bardziej zgubiony, jak gdyby miał 3 lata i pędził korytarzem wielkiej biblioteki, przygniatany książkami spadającymi z wysokich półek.
Na pewno wierzy w miłość, przecież jej doświadczył. Nie jest też przekonany że cierpienie musi nastąpić po miłości. Po prostu jemu nie wyszło, chociaż chciał się starać, chociaż chciał być najlepszym partnerem. Tylko chciał.
On już przestał wierzyć w kobiety. Nie uznał ich za demony, nie było w nim nic z mizgonina, ale przestał ufać. Kiedyś istoty nadludzkie, boskie, subtelne, niewinne, mądre i piękne. I nadal takie pozostały, ale już nie jako istoty, którym można zaufać. Którym można powierzyć własne serce i własną duszę. Wydaje mi się, że on nie czuł się oszukany czy zdradzony, to nie to. On był spalony, jego wnętrze było jak las po wielkim pożarze. Nic tam nie zostało. Oprócz snu, posiłku i cierpienia.
Dlaczego ciągle o tym myślę? Przecież ja też cierpię! Przecież ja też nie wiem co mam robić z życiem! Dlaczego ja mam winić siebie, skoro to jego wina? To on mnie zniszczył, to on mnie złamał i spalił. Te jego psie oczy, bezmyślny pysk, ta prostota jego rozumowania… Na kilka dni przed jego przyjazdem wiedziałam, że to się musi skończyć.

 
Komentarze (11)

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz

 

 
  1. nacodzien

    4 kwietnia 2007 o 16:51

    Ten wpis jest na żenującym poziomie, śmieszne wynurzenia nastolatki emo.

     
  2. Ewa Bieńczycka

    4 kwietnia 2007 o 21:46

    Myślę, że młodzi ludzie nie zdają sobie sprawy z wzajemnych możliwości. Związki międzyludzkie są zawsze potencjałem, a nie definitywnym efektem. I tak można by je symbolicznie porównać do Asa w kartach, który jest zapowiedzą i możliwością, a nigdy tą oczekiwana, finalną wartością. Tylko alchemia dwóch istot potrafi stworzyć nowe dobro poprzez wzajemne oddziaływanie i kształtowanie. Nie ma sensu gonić za nowymi możliwościami. Jeśli pierwotny impuls spotkania podpowiedział i rozpoznał istoty sobie przeznaczone, nie trzeba temu przeczyć dla życiowej wygody pozbycia się wad partnera poprzez jego eksterminację wewnętrzną. Tak myślę.

     
  3. nacodzien

    5 kwietnia 2007 o 22:17

    Ja zawsze myślałem, że związek jest szansą, że jest poszerzeniem życia, że jest czymś najważniejszym. Nie chciałem, żeby zdobycie było końcem. Nie wiem czemu tak się stało albo wiem i wstyd mi przyznać (i stąd inna perspektywa w tym wpisie, a i tak pewnie nie wszystko tam zawarłem, na pewno nie wszystko, np. nie piszę nic o erotyce i chyba nie napiszę). Ale jeśli jest związek impulsem, to czemu nie ma sensu gonić za możliwościami? A może tylko to zostaje, tj. jakimiś (prowokowanymi bądź nie) wydarzeniami tworzyć takie możliwości, dzięki którym związek po prostu nie czadzieje?
    A najważniejsze jest chyba ostatnie zdanie, które rozumiem jako przyznanie, że widać nie byliśmy sobie przeznaczeni i tyle. Albo aż tyle, ale efekt i tak ten sam.

     
  4. matylda

    6 kwietnia 2007 o 12:50

    napiszę coś bardzo właściwego mojej kondycji intelektualnej – Patryk, wróć już do nas…

     
  5. nacodzien

    6 kwietnia 2007 o 18:49

    Będę za 8 dni.

     
  6. Ewa Bieńczycka

    10 kwietnia 2007 o 07:20

    Pierwsze miłości marnuje się zupełnie bez sensu. Nie wiadomo, dlaczego nie podejmować wspólnej drogi zaprzyjaźniając się i wzajemnie wspierając, przecież i tak świat jest trudny i niebezpieczny. Drugi człowiek nie jest po to, by go posiadać, tylko by nas uzupełniał. Złamanie intymności jest wielką pomocą i pozyskaniem poczucia bezpieczeństwa. Wszystko inne jest zachwianiem porządku rzeczy i jest chore. A związek nie jest najważniejszy. Najważniejsze jest jednostkowe życie i zachowanie w nim indywidualnej wolności. Opieka nad drugim człowiekiem, który powierzył nam swój los jest też w ramach wolności własnej. Wolności wyboru. Co wybieramy, też świadczy o naszej jakości. Zazwyczaj są to wybory pragmatyczne, szczególnie w moim pokoleniu, kiedy wszystko jest już zdegradowane i nikt w nic nie wierzy. Ale młodzi też już są starzy.

     
  7. nacodzien

    10 kwietnia 2007 o 10:46

    Ostatnio zacząłem dość optymistycznie myśleć, że można starzeć się i odmładzać skokowo, raz być starym, raz młodym i tak w kółko, zależnie od danego okresu w życiu.

     
  8. Ewa Bieńczycka

    10 kwietnia 2007 o 19:52

    eby tak myło można. Ale nie chciałabym za żadne skarby być młoda. njlepsze sa klimaty umiarkowane (Gombrowicz).

     
  9. Ewa Bieńczycka

    10 kwietnia 2007 o 19:54

    Wkleiło mi sie bez „ż”

     
  10. nacodzien

    11 kwietnia 2007 o 08:56

    No tak, mi chodzi o wybieranie zalet z każdego wieku, tj. jakąś mądrość czy spokój czy pogodzenie się (ale nie zrezygnowanie) z życiem, z młodzi świeżość myślenia, chęć poznania, mądre krytykowanie. No, ale to byłoby niedościgłym ideałem pewnie.

     
  11. B.

    20 kwietnia 2007 o 06:44

    Nie warto :(

     
 

  • RSS