RSS
 

Archiwum - Kwiecień, 2007

Rola hipokryzji w moim życiu.

27 kwi

Mówiąc szczerze, kiedyś uważałem, że nie ma na świecie nic gorszego niż hipokryzja. Jako nastolatek uznałem, że ludzie mówiący jedno, a czyniący drugie są najgorszymi świniami. Jeśli oni kogoś nie tylko oceniali, ale także osądzali, sami nie będąc lepszymi – przecież to czysta hipokryzja, kiedy dłonie same się w pięści formują, w gniewie.
Teraz myślę inaczej. Oczywiście, hipokryzja absolutna czy taka rzucająca się w oczy ciągle denerwuje (chociaż coraz rzadziej, natomiast już chyba wcale nie rozczarowuje czy dziwi), ale zacząłem dostrzegać pozytywną, ba, ogromnie ważną rolę hipokryzji. Bo gdyby nie hipokryzja, choćby jej odrobina, pewnie mielibyśmy więcej samobójców niż ludzi umierających naturalnie czy w wypadkach. Bez hipokryzji (i szerzej: kłamstwa) o wiele częściej byśmy się ranili. Jeśli palacz mówi mi, żebym nie palił, to on jest hipokrytą, ale jego rada jest ciągle dobra. Ciężko nam oddzielić takie rady od ludzi, szczególnie kiedy widzimy, że sami mają swoje rady gdzieś. Czasem, dzięki hipokryzji, potrafimy to zrozumieć. Hipokryzja nie jest czymś dobrym sama w sobie, to raczej odruch obronny. Jak nie wypominam innym ich przywar, bo nie chcę, żeby oni mnie wypominali moje. Bo bardzo dobrze je znam. Bo dzięki hipokryzji czuję się lepiej, jeśli mogę użyć innego do poprawienia sobie humoru (a w istocie pogorszenia, bo można ile się chce próbować, ale bez tracenia zmysłów ciężko samych siebie oszukać, chociaż, logicznie, łatwo wytłumaczyć samym sobie motywy).
Kiedy jestem w kawiarni i słyszę jakichś młodych ludzi, którzy zawzięcie klną, chce mi się wyjść, bo to bardzo razi. Sam za to robię dokładnie to samo, a ostatnio moje klnięcie zaczęło być rozrywka, sposobem na odreagowanie, więc klnę dużo i siarczyście, czasem pewnie specjalnie po to, by prowokować. Bo jestem hipokrytą. Prowokatorem, którego prowokacje mają tylko brzydki zapach, ale już zupełnie nic ponad to, żadnego skutku poza oburzeniem przynosić nie mają. Bo grać na ludzkich słabościach jest łatwo, gorzej z rozumem je ukazywać, mądrze uświadamiać sobie i innym co jest źle, gdzie tkwi hipokryzja. Mogę więc siebie samobiczować na blogu, bo ma mi to poprawić poczucie, muszę poczuć się lepszy, bo gdzieś przynajmniej piszę prawdę, bo ten blog jest moim sposobem na wyrzuty sumienia, nie muszę siebie nienawidzić tylko dlatego, że w jakimś wpisie napiszę, że przeklnąłem albo że często bekam. Muszę sie pogodzić, że nic ze mnie nie będzie, ale dzięki hipokryzji, dzięki takiemu fantomicznemu oszukiwaniu samego siebie mogę i czuję się lepszy. Najgorsze, że wiem, że to bzdurne uczucie, bo od początku zbudowane na kłamstwie.
Prawda mnie wyzwoli? Może. Na pewno wyzwoli we mnie większą jeszcze chęć sięgnięcia po sznur. A zatem – vivat, hipokryci!

 
Komentarze (11)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

I jest zabawa!

19 kwi

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Paradoks człowieka nowoczesnego.

18 kwi

Tekst skopiowałem z blogu Lecha Bukowskiego a są to fragmenty „Notesów” Nicoli Chiaromonte.

Jestem więźniem, nad którym wciąż zamykają się galery”, napisał Rimbaud jaskrawo określając sytuację graniczną człowieka nowoczesnego, homme revolte, wiecznego buntownika, wiecznie w łańcuchach, poszukiwacza granic każdego doświadczenia i więźnia granic każdej przygody.

„Więzień” jest obecny w każdej ludzkiej przygodzie: w rewolucji, myśli, sztuce, życiu osobistym. W rewolucji buntownik zwyciężony zostaje przez mechanizmy władzy; w sztuce poeta, muzyk czy malarz, który poszukuje nowego, jest przez nie schwytany w więzy jeszcze ciaśniejsze niż te, od których chciał się wyzwolić: Rimbaud z Iluminacji czy Schonberg z Pierrot Lunaire. Wydaje się, że „galery” — smutna konieczność poszukiwania wciąż ciaśniejszych granic, aby utwierdzić własną indywidualność — zaiste zamykają się nad nami. A czym są te „galery”? Dlaczego nie możemy z nich uciec? To redukcja granic własnego Ego, negacja głębszego wymiaru świata, tego świata trzyma nas w więzieniu. Nie możemy uciec, bo nie chcemy, bo odrzucamy ucieczkę, bo czerpiemy dumę z kondycji więźnia. Ale wystarczy przeczytać Platona czy ewangelie, posłuchać Bacha czy Mozarta, aby odczuć, że tam jest wolność.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Palę, piję, tyję, onanizuję się a i tak mnie nikt nie lubi.

17 kwi

Jeżeli zastanawiam się dlaczego nie potrafię mówić, często myślę o własnych wadach, samoocenie i o doskonałym przykładzie, jaki wysyła mi kultura masowa do naśladowania. Nie jest tak, że to nowość, kult ciała i hedonizm. Już w starożytnej Grecji przedstawiano pomniki perfekcyjnie zbudowanych młodzieńców, podobne zdjęciom modeli w magazynach typu Men’s Health. Częściej zmieniał sie obraz kobiety, jeden typ dominował przez większość czasu, mój typ, można o tym poczytać w Historii piękna pod redakcją Umberto Eco. Ale jeśli miłość to tylko doskonałych. Jeśli radość z seksu, to tylko wśród pięknych, o czym skutecznie stara się nas przekonać Ortega y Gasset. Nawet w idealizowanych latach, choćby sześćdziesiątych, powstaje opowieść o nocy miłości i o maskowaniu, bo już w Niewinnych czarodziejach Wajdy główni bohaterowie są ładni.
Opilstwo, obżarstwo, masturbacja, nikotyna, wszystko musi odpychać ale chyba dla jakiegoś efektu? Jeżeli osy wstrząśnięte treścią rozmów Kalifornijczyków postanawiają umrzeć to jest to czyn polityczny. Kiedy na bolszewika zaczęli nastawać jego dawni współtowarzysze, na przykład podczas Wielkiego Terroru po 1935 roku, on często się zabijał, bo wiedział, że to nieuniknione. Jeśli osa zaczyna rozumieć rozmowy, nic dziwnego że umiera. Dziwi natomiast, że nikogo to nie interesuje. Zawsze skutek, a nigdy przyczyna.
Picie, palenie, nałogi oddalają od innych ludzi, to pewne, bo są same w sobie oddaleniem. Jeśli popadam w stan samouwielbienia czy po prostu zaczynam myśleć, że jedno zastąpi mi wszystko, po co mi inni ludzie? Wtedy myśl Marka Aureliusza, że żyjemy dla innych przestaje być aktualna. I wtedy sobie to uświadomię, a kiedy już zrozumiem – palę więcej, piję więcej, więcej razy kocham się sam ze sobą.
Ludzie kochają Szekspira i płaczą czytając Romea i Julię. Masakra w kampusie amerykańskiego uniwersytetu technicznego w Wirginii nie ma w sobie nic z teatru, zdradzająca miłość równała się egzekucji. Kiedy Nadja popełnia samobójstwo w 1932 roku, Stalin po latach wciąż będzie pamiętał szczegóły z wieczoru, który poprzedził jej śmierć zadaną poprzez strzał w serce. Potem najmniejszą nawet przykrość karał z całą surowością. Tak zachował się szaleniec zabijający studentów. Kiedy romantyzm mówi nam, że szaleniec, poeta i kochanek dzielą ten sam rodzaj szału należy w to wierzyć, ale też przed tym drżeć.
Jeśli nie mam nałogów i smukłą sylwetkę po to, by mnie zaczęto lubić, czy rzeczywiście moje życie jest lepsze?
Jeżeli sam sobie wszystko komplikuję to nie zaczynam myśleć, że to nie ma sensu, że to błąd. Ostatnio to zrobiłem, ale skutek mnie zadowala, cieszy mnie taka komplikacja i oplatające mnie nogi. Nie mogę się do tego przyznać, bo muszę konsekwentnie mieć tą maskę na twarzy, tą, którą straszyli się w gruncie rzeczy Bazyli i Pelagia. Jedyna różnica polega na tym, że ja już nie wybiegnę ze strachem przed kamienicę szukając tej perfekcji. Bo mam na twarzy tą indyferentność, bo muzyka w moich słuchawkach jest tylko echem.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Maski, Qing Bin Chen.

13 kwi

Kiedy studiowałem psychologię i amerykanistykę na prywatnym uniwersytecie w Stanach, poznałem bardzo ciekawego Chińczyka, który przyjechał tam studiować najpierw coś związanego z inżynierią, ale szybko po pierwszym semestrze przeniósł się na malarstwo i jasne było, że z niego żaden inżynier.
Mieliśmy zrobić krótki, amatorski film na Festiwal Filmów Studenckich, niestety z pomysłu niewiele wyszło, z wielu powodów.
Jego pomysł był dość naiwny, ale momentami interesujący. Chciał nazwać swoje dzieło „Hug” (objęcie, przytulenie).
Film zaczyna się, kiedy młody ktoś się rodzi. Wszystko jest bardzo realistyczne, za wyjątkiem maski, którą ten ktoś jak i wszyscy ludzie pojawiający się na filmie noszą. Maska jako coś wrodzonego, nie nabytego. Później perypetie życiowe, szczegółów już nie pamiętam, chęć zrozumienia tej majski, chęć pozbycia się maski. Ostatecznie maska pęka, kiedy bohater znajduje osobę, w której się kocha i właśnie poprzez tytułowy uścisk pozbywają się ten sztucznej twarzy. Brzmi to infantylnie i pretensjonalnie, to jasne. Najciekawsze, według mnie, jest to, że maska jest czymś naturalnym, bo częścią nas, po urodzeniu. To nie jest hipokryzja, której uczymy się przebywając w społeczeństwie, wśród ludzi. To coś głębszego i poważniejszego, trwalszego, więc i trudniejszego do pokonania. Piszę to niejako na marginesie, żeby nie zapomnieć. Choćby Qing Bina, mojego przyjaciela.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Filandia – Świetliki i Linda.

10 kwi

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Marzyciele, film Bernardo Betolucciego.

09 kwi

Film pt. „Marzyciele” opowiada o smarkaczach.

KULdreamers425.jpg

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Magnolia – Wise Up – Aimee Mann

04 kwi

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wiersze zebranie, 1956-1998 – Zbigniew Herbert

04 kwi

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Druga strona lustra.

04 kwi

Na kilka dni przed jego przyjazdem wiedziałam, że muszę się z nim rozstać. Już wtedy wiedziałam. To oczywiste, że byłam roztrzęsiona, nie chciałam go ranić, bo wierzyłam w jego miłość, ale sama już go nie kochałam. Nie wiem, czy kochałam go kiedykolwiek. Wszystko to było teraz błahostką, bo potrafiłam zauważyć coś więcej. To pewne że go zraniłam i mnie bardzo to bolało, bo naprawdę nie chciałam, ale siebie zadręczam z innego powodu. Ja go zniszczyłam. Ja zniszczyłam jego świat kobiet, bo zabrałam mu wiarę w kobietę. On za bardzo kochał by po naszym rozstaniu przestać wierzyć w miłość. Sądził pewnie, że to jemu nie wyszło. Siebie za to winił i po części miał rację, ale jego złamane serce nie znaczyło końca miłości w ogóle, tyle potrafił zrozumieć.
To, co było konsekwencją naszego rozstania było czymś o wiele poważniejszym. Jeśli naprawdę potrafię mu uwierzyć i przyznać, że dla niego miłość była fundamentem, podstawa istnienia i jakąś wszechotaczającą filozofią, to muszę też przyznać, że go złamałam. Złamałam człowieka. Zniszczyłam jego sposób patrzenia na świat, odebrałam mu to, co uważał za najważniejsze – sens życia. Czemu on był tak głupi? Czemu dał się nabrać literaturze?
Ale to była jego wina. Jego i tylko jego wina. Dla niego miłość była stanowczo jakimś nad-światem, czymś lepszym, czymś wyższym, co tylko czasem przeplata tak zwane normalne życie czy świat. On uwierzył w fałszywy obraz mnie, w jego myślach byłam jego ikoną, jego świecącą figurką, czymś co emituje światło, jest krystaliczne czyste i doskonałe. Na co dzień jednak byłam kimś obcym. Na kilka dni przed jego przyjazdem wiedziałam, że muszę się z nim rozstać, ale nie potrafiłam mu tego powiedzieć. Bo się bałam. Bo nie chciałam go ranić. Denerwował mnie ten obraz wytworzony w jego wyobraźni zarażonej ideałem, ale nie mogła mu wcześniej o tym powiedzieć, bo nie chciałam mu zabierać szczęścia. Chociaż sama byłam z nim nieszczęśliwa. Miałam dość jego humorów, jego dziecięcego myślenia, jego nieodpowiedzialności i zupełnego braku myślenia o czymkolwiek. Żył dniem, ale nie w spontaniczny, romantyczny sposób. Wracał z uniwersytetu, zakładał wygodniejsze, dresowe spodnie, do tego podkoszulek bez ramiączek, łapał pilota w rękę (albo komputerową myszkę), obżerał się czipsami grubo obtoczonymi w sosie salsa. Był przeciwieństwem świata, który tak bardzo umiłował. Uwielbiał myśleć o tym, że dla swojej miłości zrobił bardzo wiele, że wyjechał z kraju, że czekał, myślał, że to wystarczy. A potem już nic. Byłam jego gadżetem, jego nową zabawką. Pamiętam, że wiele razy był ogromnie niecierpliwy kiedy chciał coś kupić. Na konsolę do gier czy laptopa czekał z ogromnymi wypiekami na twarzy, jak dziecko na Gwiazdkę, po czym dostawał wymarzoną rzecz i po kilku dniach przestał się nią interesować. Był rozpuszczony, a ja nie chciałam być jego kolejnym spełnionym już, czyli niepotrzebnym marzeniem.
Złamałam go. Ta świadomość ciągle we mnie siedzi, ciągle mnie szczypie i rozrywa moje ciało. Wnętrze mojego brzucha. Dlaczego? Jestem na siebie zła. Bo nie powinnam czuć się fatalnie. Bo nie chcę czuć się fatalnie. Bo to musiało tak się skończyć. On był dzieckiem, dla którego studia czy praca były jakimś przykrym obowiązkiem, który spełniał bo tak wypadało, bo tak należy. Mogłam nim kierować jak lalką z materiału, był tak samo miękki i chyba bardziej jeszcze naiwny. Miał w sobie najgorsze cechy rozwydrzonego dzieciaka. Jak miałam go kochać? Nie chciałam być jego matką, chcę mieć prawdziwego męża, który jest odpowiedzialny, pracowity, który nie jest neurotycznym nastolatkiem. Ale wiem, że go złamałam. Świadomość, że zniszczyło się czyjeś życie jest nie do zniesienia, a zniszczenie kogoś kogo się kochało i kto kocha – to piekło. Ja wiem, że on sobie świetnie poradzi, skończy w końcu dobrą szkołę, znajdzie dobrą pracę, może ładną żonę, ale nie będzie już nigdy tym, kim był przed naszym rozstaniem. On teraz ustawicznie spada, jest w ciągłym ruchu, w dół, bo to ja zabrałam mu ziemię na której stał i w której istnienie wierzył. On będzie żył i może nawet znajdzie szczęście, ale już nigdy może nie uwierzyć w integralność świata, a jakieś wartości pozamaterialne. Bo ja mu to odebrałam. Bo podłożyłam mu bombę w duszy, więc on teraz kręci się wkoło jak bąk, bez zupełnego pomysłu na siebie. Codziennie zmienia decyzje, nigdy żadnej się nie trzyma, kręci się i leci w dół. Często się przeprowadza, zmienia pracę, nie ma innego poza spaniem zwyczaju, czegoś powtarzalnego, złożył papiery na kilka czy kilkanaście kierunków na kilku uczelniach, a tak naprawdę nie zacznie nigdy studiować.
Jego już nie ma poza zwykła sferą wegetacji, czyli żyje w trybie jedzenie, sen, cierpienie. Pewnie codziennie zadaje sobie tysiąc pytań, nie potrafi na żadne znaleźć odpowiedzi, przez co jest coraz bardziej zgubiony, jak gdyby miał 3 lata i pędził korytarzem wielkiej biblioteki, przygniatany książkami spadającymi z wysokich półek.
Na pewno wierzy w miłość, przecież jej doświadczył. Nie jest też przekonany że cierpienie musi nastąpić po miłości. Po prostu jemu nie wyszło, chociaż chciał się starać, chociaż chciał być najlepszym partnerem. Tylko chciał.
On już przestał wierzyć w kobiety. Nie uznał ich za demony, nie było w nim nic z mizgonina, ale przestał ufać. Kiedyś istoty nadludzkie, boskie, subtelne, niewinne, mądre i piękne. I nadal takie pozostały, ale już nie jako istoty, którym można zaufać. Którym można powierzyć własne serce i własną duszę. Wydaje mi się, że on nie czuł się oszukany czy zdradzony, to nie to. On był spalony, jego wnętrze było jak las po wielkim pożarze. Nic tam nie zostało. Oprócz snu, posiłku i cierpienia.
Dlaczego ciągle o tym myślę? Przecież ja też cierpię! Przecież ja też nie wiem co mam robić z życiem! Dlaczego ja mam winić siebie, skoro to jego wina? To on mnie zniszczył, to on mnie złamał i spalił. Te jego psie oczy, bezmyślny pysk, ta prostota jego rozumowania… Na kilka dni przed jego przyjazdem wiedziałam, że to się musi skończyć.

 
Komentarze (11)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS