RSS
 

trufle i kawior

11 mar

Byłem dzisiaj w muzeum marynistycznym w portowej części miasta, gdzie po raz pierwszy od dość dawna poczułem prawidziwie morskie powietrze, co bardzo mnie uspokoiło i ucieszyło – wszak przez rok czasu mieszkałem na wyspie. Jako miasta od dawien dawna portowe, A. posiadało świetnych budowniczych pięknych żaglowców, z osobą inżyniera Hulla na czele. Piękne, cudowne żaglowce gryzły się okropnie w muzeum z ogromną reprodukcją platformy wiertniczej. W latach siedemdziesiątych odkryto niedaleko A. wielkie pokłady ropy, a dzisiaj surowiec ten wartości kilkuset milionów dolarów dzień w dzień odwiedza port. A. ogromnie na tym korzysta, finansowo, dlatego na przykład muzea czy biblioteki są darmowe, cudowny pomysł. Ale jest też druga strona, bo z, jak sobie wyobrażam, cudownego portowego miasteczka, powstał jakiś gargulec, gdzie operują najwięksi giganci rynku paliwowego. Ogromna część mieszkańców A. pracuje w firmach paliwowych, albo w biurach, jak ja, albo na platformach, których na morzu jest kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset, korzystających z usług A.
Wróćmy do muzeum. Zostało ono stworzone w starym kościele, nie jestem pewien, ale zdaje się, że protestanckim. Odbudowano całe wnętrze, bo ze świątyni ostały się tylko ściany. I tutaj po raz drugi, zupełnie symbolicznie, stare z nowym robi piorunujące wrażenie, bowiem granitowy, wiktoriański budynek został rozszerzony o szklany i stalowy dodatek, tak, że wygląda jak narośl na starym budynku kościoła. Na obronę trzeba przyznać, że zostało to dość udanie połączone, ale czy sam pomysł jest pierwszorzędny, mógłbym dyskutować. Więc jesteśmy w środku i tam to samo, piękne modele żaglowców czy statków wielorybniczycyh obok okropności platform wiertniczych i tankowców. I to rozciąga się na całe miasto, w ogólniejszej już perspektywie.
Kiedy poszedłem do portu żeby zwiedzić muzeum, po raz pierwszy poczułem, że jestem w Szkocji. Cudowne, małe, kamienne uliczki, puby dla marynarzy, czułem, że jestem gdzieś poza światem w stylu Ikei. Kiedy wracałem do mieszkania, przechodziłem z tej prawdziwej i, zdaje się, umierającej (albo już zmarłej) Szkocji na Piątą Aleję, czyli największą, najbardziej znaną ulicę, gdzie sklep o sklep się opiera, tłumy ludzi na chodnikach z siatkami pełnymi marzeń konsumenta. Zupełnie przypadkowo przed jednym z większych centrów handlowych młody chłopak grał na dudach, starając się siłą pokazać, że to jest Szkocja, ale hałas samochodów i ludzi rozmawiających przez telefony komórkowe skutecznie go zagłuszał. Jego próba wydała mi się heroiczna, był jak Don Kichot przed olbrzymami, ściśnięty między ogromnymi tablicami reklamowymi i nazwami światowych marek.
A. jest zjadane przez konsumpcję, bo ciągle więcej więcej, ciągle jeść jeść. Nie polubiłem tego miasta, bo wydało mi się jałowe, szare, pozbawione ducha, ale teraz wiem, że nie szukałem dość dokładnie. Istnieje jeszcze jakaś część duszy, że A. ma przeszłość, ale to wszystko przegrywa z konsumenckich trybem życia, co samo w sobie wcale nie jest jakimś oryginalnym odkryciem, bo przecież dzieje się to na całym świecie. Ja teraz, dzisiaj, zrozumiałem, co tak naprawdę tracą miasta czy narody przed amerykanizację, ujednolicenie – to może prosta konkluzja, ale tożsamość została zepchnięta w ciasne, kamienne uliczki, teraz trzeba szukać Szkocji w Szkocji, bo dużo łatwiej tu znaleźć KFC niż… No właśnie, niż co?
Na pewno istnieją wyliczenia jak bardzo opłacało się zostać miastem paliwa, ropy, telewizja i w ogóle kultura masowa nakłada na ludzi ogromną presję by byli bardziej serialowi, filmowi, amerykańscy. I powstał człowiek pusty, a nie pełniejszy, człowiek-zwierzę, który w weekend tłumem wybiega na miasto by zaspokoić swoje potrzeby, ze spokojnych pracowników biurowych czy studentów w weekendy zamieniają się w najgorsze typy z koszmarów, każdy jest alfonsem, każda jest dziwką, bo nie ma czasu na rozmowę, a tym bardziej nie ma czasu na uczucia – bo jaki to miało by mieć cel? Wszystko musi być szybko i dużo, szybciej i więcej, a stare A. musi zniknąć, bo jest mniej, bo jest wolniej, bo jest nienowocześnie.
Tysiąc razy już każdy czytał takie historyjki, to smuci na chwilę, kiedy pali się papierosa, a potem z dymem się o tym zapomina, ale jeśli to przeżyć samemu, doświadczyć tego (a jest to o wiele lepiej zauważalne w Szkocji niż w Sttanach, które mają zaledwie 231 lat, przez co nie jest ten żarłoczny tryb życia tak widoczny, nie kontrastuje jak żaglowiec z tankowcem za muzealną szybą), to znaczy zrozumieć. I zasmucić się, bo nie jestem przekonany, czy ta zmiana jest odwracalna. Dlatego chcę wrócić do K., który, mimo ogromnych mas turystów, jest bardziej oswojony, bardziej mój.

 
Komentarze (2)

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz

 

 
  1. matylda

    14 marca 2007 o 21:25

    Patyk, wszystko u Ciebie ok? jakoś tak smutno…

     
  2. siostra

    8 kwietnia 2007 o 19:33

    koniowi pan to tlumacz!

     
 

  • RSS