RSS
 

Archiwum - Marzec, 2007

Wyznanie – Czesław Miłosz

29 mar

Panie Boże, lubiłem dżem truskawkowy
I ciemną słodycz kobiecego ciała.
Jak też wódkę mrożoną, śledzie w oliwie,
Zapachy: cynamonu i goździków.
Jakiż więc ze mnie prorok? Skąd by duch
Miał nawiedzać takiego? Tylu innych
Słusznie było wybranych, wiarygodnych.
A mnie kto by uwierzył? Bo widzieli
Jak rzucam się na jadło, opróżniam szklanice,
I łakomie patrzę na szyję kelnerki.
Z defektem i świadomy tego. Pragnący wielkości,
Umiejący ją rozpoznać gdziekolwiek jest,
A jednak niezupełnie jasnego widzenia,
Wiedziałem co zostanie dla mniejszych, jak ja:
Festyn krótkich nadziei, zgromadzenie pysznych,
Turniej garbusów, literatura.

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Jego własne Moulin Rouge.

25 mar

On był młody, doświadczony przez życie, ale bardzo naiwny czy wręcz głupi. Zupełnie nie radził sobie z kontaktami międzyludzkimi, nie potrafił stworzyć głębokiej więzi, chociaż zawsze tylko to było jego głównym celem. Nigdy nie potrafił wejść na ten wyższy poziom rozmowy, do tego pokoju, w którym przebywali bohaterowie książek Gombrowicza.
Kilka dni temu wiedziony dobrymi wspomnieniami, chucią, ale najbardziej – i piszę to z pełną świadomością – z chęcią rozmowy poszedł do klubu nocnego, gdzie seksowne Rosjanki, Rumunki, Polki czy Szkotki tańczyły bardzo zmysłowe tańce.
Pierwszego wieczoru poznawał, drugiego wieczoru chciał rozmawiać i, wydało mu się, rozmawiał nawet dobrze, poczuł się częścią. Między Włoszką, Szkotką a dziewczyną z Jamajki czuł się jak wśród przyjaciół, nie odepchnięty, ale też nie kuszony. Wydało mu się, że nie chodzi o pieniądze. Myślał o tym cały czas, bo przecież nie był aż tak łatwowierny, aby wierzyć tancerkom erotycznym. I w części zaprzeczał, w części wierzył. Rozmawiał o bolączkach Murzynki, która właśnie dostała okres i o trudnościach poruszania się na niemożliwie wysokich obcasach. Mówił z Włoszką o jej domu na Teneryfie, który za zarobione w klubie pieniądze spłaca, by spełnić marzenie. Ze Szkotką mówił o jej aplikacji, bo ona właśnie kończy studiować prawo na najlepszym w A. uniwersytecie. Był zaskoczony różnorodnością tych dziewczyn. Banałem byłoby napisać, że to są wartościowi ludzie, że mają marzenia, że są inteligentne. Rumunka na przykład, o doskonałym ciele, perfekcyjnym, sprawiała wrażenie niezwykle tępej miłośniczki komedii (których, jak powiedziała nie bez dumy w głosie, ogląda nawet po cztery dziennie). Rozmawiał więc z Włoszką, która po jakimś czasie wyjawiła mu (miał nadzieję) prawdziwe imię, zresztą o wiele ładniejsze niż pseudonim Victoria. Dwudziestosiedmioletnia Valenitna zna cztery języki i ma kompletnie wysuszone włosy koloru blond. Ma prawdę w oczach, wierzy w Boga i w to, że za każde szczęście trzeba zapłacić cierpieniem. Świetnie gotuje włoskie potrawy, inne niż spaghetti, i pięć razy w tygodniu ćwiczy na siłowni, gdzie czasem z całą siłą wyładowuje swoje frustracje, co ma zdaje się znamiona kuracji – o czym wiedział i on, bo kilka miesięcy wcześniej, kiedy nie mógł już cierpieć w mieszkaniu, ukrywał się na siłowni uniwersyteckiej, gdzie z zapałem starał się wykończyć siebie fizycznie.
Valentina ma samochód, współlokatorkę i kłamstwo w oczach. Kiedy on wydał wszystkie zarobione pieniądze, ona zostawiła go w specjalnym, tajemnym pokoju, gdzie już być nie powinien (bo nie płacił). Szła zarobić swoim ciałem, po czym wracała do niego, spłukanego, rozmawiać. On nie wiedział co ma myśleć. Podziwiał starych i majętnych ludzi, którzy z miną koneserów i władców właśnie władczym językiem, językiem uczuciowego tyrana, rozmawiali z dziewczynami. On czuł się przy nich chłopcem, myślał, że patrzy na swoich ojców, którzy, pełni powagi i zdecydowania, znają życie. Miał wrażenie, że zaraz któryś z nich weźmie go za rękę jak dziecko i wyprowadzi. Był pod wrażeniem, ale rozdarty. Chciał być taki sam, nie ufający prawdzie w oczach Valentiny, ale chciał być tym, kim był, czyli wyznawcą uczucia, bo w uczucia wierzył. Wyrażenie uczuć często naraża na śmieszność, a wyrażenie uczuć striptizerce musi być śmiesznością absolutną.
Myślał o wstydzie, kiedy ona pytała go o wiek. 28? 27? Niemożliwe, żeby miał 24? Nic nie odpowiadał, bo wiedział, że jego 21 lat wprawi ją w zakłopotanie. Kilka razy wracała do tego tematu i kilka razy się wykręcał. Żartowała, że on nie jest kobietą, że przecież może ujawnić swój wiek. Była zdziwiona i patrzyła podejrzliwie. Jak się zachować? Jak zaufać tancerce, skoro innym kobietom ufać nie sposób? To go bardzo martwiło. Przyszedł jeszcze raz, patrzeć na Valentinę, której płacił za taniec, a która tylko siedziała na jego kolanie. I pewnie mówili, chociaż on był zbyt odurzony by to pamiętać. I był szczęśliwy, właśnie dlatego, że ona zgadza się nie tańczyć dla niego. I to było jego dowodem. Powiedziała, żeby poczekał na nią po zamknięciu klubu. Nie mniej seksownie ubrana, z wielką i ciężką torbą wyszła po kilkunastu albo kilkudziesięciu minutach. W pobliskiej wciąż otwartej piekarni kupiła jedzenie, a w sklepie z prasą paczkę miętowych gum do żucia. Mówiła, że mieszka blisko klubu, ale nie chciała pozwolić, by ją odprowadził. Zanim wsiadła do taksówki wzięła jego telefon, w którym zapisała numer swojego telefonu. Valentina. Pocałowała go i zniknęła. On chwilę stał i chyba nie myślał o niczym, albo myślał o wszystkim. Odwrócił się i poszedł do domu, mijając klub.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

A czy płacz nie podkreśla muzyki?

25 mar

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

*** (Zawsze kochałem…) – Francesco Petrarca

24 mar

Strasznie to naiwny wiersz. A moze nie?


Zawsze kochałem, kocham dziś tak samo,

Z dnia na dzień kochał będę coraz mocniej

Najsłodsze miejsce, dokąd wraca za mną

Płacz, kiedy miłość serce gnębić pocznie.

I postanawiam kochać każdą chwilę,

Która mi błahe sprawy odsuwała.

I tę najwięcej, com jej winien tyle,

Bo z jej natchnienia chciałbym dobrze działać.

Kto kiedy widział, aby tyle rzeczy

Mogło na serce moje naraz natrzeć?

Bólu najdroższy! Ty mnie z ran wyleczysz.

Miłości, z jakąż mnie siłą hartujesz!

W pragnieniu rośnie nadzieja: inaczej

Zginąłbym teraz, gdy smak życia czuję.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

*** (Gdy płacze Amor, płaczcie, kochankowie) – Dante Alighieri

20 mar


Gdy płacze Amor, płaczcie, kochankowie,
Poznawszy powód, co mu szlochać każe:
Widzi wszak kobiet załzawione twarze,
Ich zawodzenie resztę mu dopowie:

To Śmierć grubiańska w misternej budowie
Serca swe strzały zatopiła wraże,
Niszcząc to właśnie, co z czystością w parze
U pań szlachetnych sławią prostaczkowie.

Patrzcie, jak Amor szacunkiem ją darzy:
Oto w swej zwykłej postaci się wzrusza
Nad jej przecudnym pochylon obrazem;

Oczy ku niebu zwraca raz za razem,
Gdzie już swe miejsce zajęła jej dusza,
Bo miała uśmiech wyryty na twarzy.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Cracow Klezmer Band

19 mar

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

A to ci.

19 mar

Taki wiersz Tadeusza Dąbrowskiego znalazłem, bardzo mi przypomina mój wpis sprzed kilkunastu dni:

***
Boże, wielka Niezgrabo, znów chciałeś rozładować
korek i zderzyły się cztery tiry. Nie

zdążyłeś, kichając, zasłonić ust i huragan
spustoszył Florydę. Nie dziw się, że część z nas

chodzi na co dzień w zbroi, spoza której
nie widać Ciebie. Czasem i ja się obawiam,

czy w swoich wielkich palcach przeniesiesz mnie
żywego na tamten świat.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Zmartwychwstanie – Piero della Francesa, 1463

18 mar

thumb-Resurrection.jpg

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Fragment „Historii małżeńskich” Augusta Strindberga

16 mar


„Następnego ranka, gdy spotkali się przy kawie, Helena była bardzo łagodna. Profesor zauważył, że miała na sobie nowy peniuar zdobiony koronkami, który znacznie uwydatniał jej urodę. Gdy sięgał po cukier, ich dłonie zetknęły się ze sobą niby przypadkowo.

Wszedł do siebie i stanął przed lustrem. Czy jakaś kobieta mogła go kochać? Był przecież brzydki. Ale dusze kochają się wzajemnie, a ponadto jest tylu brzydkich mężczyzn, którzy mają piękne żony. No tak, oni są jednak prawie zawsze bogaci lub potężni!

Czyżby Helena zdała sobie sprawę ze swego fałszywego nastawienia wobec niego? A może zauważyła, że odsunął się od niej i chciała go usidlić? Na dobrą sprawę nie wiedział, co ma o tym myśleć!

Następnego ranka, gdy spotkali się przy kawie, Helena była bardzo łagodna. Profesor zauważył, że miała na sobie nowy peniuar zdobiony koronkami, który znacznie uwydatniał jej urodę. Gdy sięgał po cukier, ich dłonie zetknęły się ze sobą niby przypadkowo.

- Wybacz, mój drogi – powiedziała to z miną, jakiej nigdy wcześniej u niej nie widział, przypominającą jedną z tych rozkosznych minek, które stroi młoda dziewczyna.

W rozmowie podejmowali jedynie tematy obojętne.
Przed południem odbyła się inauguracja parlamentu.
Helena nadal była wzorem uległości i z każdym dniem stawała się coraz bardziej uczuciowa.
Termin składania wniosków dobiegał końca.

Profesor przyszedł do domu pewnego wieczoru w świetnym humorze po pobycie w klubie. Położył się jak zwykle ze swoim cygarem i swą gazetą. Po chwili usłyszał, że otwierają się drzwi od pokoju Heleny. Potem nastała cisza. Wreszcie ktoś zapukał do jego drzwi.

- Kto tam? – zawołał.
- To ja, Albercie! Ubierz się i wyjdź, muszę z tobą pomówić.

Ubrał się i wyszedł do salonu. Helena zapaliła żyrandol i siedziała na kanapie w koronkowym peniuarze.

- Wybacz mi – rzekła – ale nie mogę zasnąć. W mojej głowie dzieje się coś dziwnego. Usiądź tutaj i porozmawiaj ze mną.
- Jesteś nerwowa, moja droga – odparł Albert i wziął ją za rękę.
- Powinnaś wypić kieliszek wina.
Poszedł do jadalni i wyjął karafkę wina wraz z dwoma kieliszkami.
- Na zdrowie, kochanie!

Helena wypiła, i jej policzki się zaróżowiły.
- Co ci jest? – zapytał, obejmując ją w talii. – Jesteś rozstrojona?
- Tak! Nie jestem szczęśliwa.

Słyszał zapewne, że słowa, które padają z jej ust, są suche i sztuczne, ale obudziło się w nim pożądanie i brał wszystko za dobrą monetę.

- Wiesz, dlaczego jesteś nieszczęśliwa?
- Nie, to dla mnie samej pozostaje zagadką. Ale jedno wiem: że ciebie kocham.
Albert wziął ją w ramiona, przycisnął do siebie i całował jej twarz.
- Jesteś moją żoną, czy nie? – szeptał.
- Jestem przecież twoją żoną – odszepnęła Helena, oblewając mu ucho gorącym oddechem, a jej ciało osuwało się, jakby odprężyły się wszystkie nerwy.
- Całkowicie? – szepnął, paraliżując ją swymi pocałunkami.
- Całkowicie – wydyszała, podczas gdy jej ciało powoli wiło się w mimowolnych konwulsjach, jak gdyby we śnie chciała bronić się przed niebezpieczeństwem.

Kiedy Albert ocknął się następnego ranka, obudził się z jasnym umysłem, wyspany i z pełną świadomością. Myśli jego były mocne i stanowcze jak po dobrym, głębokim nie. Wczorajsze wydarzenie stało przed nim jak żywe. Prawdziwy stan rzeczy odsłonił się przed nim niewzruszenie, trzeźwo, zdecydowanie.
Sprzedała się!
O trzeciej nad ranem obiecał, odurzony, ślepy, obłąkany, że złoży dzisiaj jej wniosek w parlamencie.
A cena! Oddała mu się beznamiętnie, spokojna, zimna, niewzruszona.

Kim była pierwsza kobieta, która odkryła, że można sprzedawać swoje względy? I kto odkrył, że mężczyzna zechce je kupić? To byli założyciele małżeństwa i prostytucji. A utrzymuje się, że to Bóg stworzył małżeństwo!”

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

trufle i kawior

11 mar

Byłem dzisiaj w muzeum marynistycznym w portowej części miasta, gdzie po raz pierwszy od dość dawna poczułem prawidziwie morskie powietrze, co bardzo mnie uspokoiło i ucieszyło – wszak przez rok czasu mieszkałem na wyspie. Jako miasta od dawien dawna portowe, A. posiadało świetnych budowniczych pięknych żaglowców, z osobą inżyniera Hulla na czele. Piękne, cudowne żaglowce gryzły się okropnie w muzeum z ogromną reprodukcją platformy wiertniczej. W latach siedemdziesiątych odkryto niedaleko A. wielkie pokłady ropy, a dzisiaj surowiec ten wartości kilkuset milionów dolarów dzień w dzień odwiedza port. A. ogromnie na tym korzysta, finansowo, dlatego na przykład muzea czy biblioteki są darmowe, cudowny pomysł. Ale jest też druga strona, bo z, jak sobie wyobrażam, cudownego portowego miasteczka, powstał jakiś gargulec, gdzie operują najwięksi giganci rynku paliwowego. Ogromna część mieszkańców A. pracuje w firmach paliwowych, albo w biurach, jak ja, albo na platformach, których na morzu jest kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset, korzystających z usług A.
Wróćmy do muzeum. Zostało ono stworzone w starym kościele, nie jestem pewien, ale zdaje się, że protestanckim. Odbudowano całe wnętrze, bo ze świątyni ostały się tylko ściany. I tutaj po raz drugi, zupełnie symbolicznie, stare z nowym robi piorunujące wrażenie, bowiem granitowy, wiktoriański budynek został rozszerzony o szklany i stalowy dodatek, tak, że wygląda jak narośl na starym budynku kościoła. Na obronę trzeba przyznać, że zostało to dość udanie połączone, ale czy sam pomysł jest pierwszorzędny, mógłbym dyskutować. Więc jesteśmy w środku i tam to samo, piękne modele żaglowców czy statków wielorybniczycyh obok okropności platform wiertniczych i tankowców. I to rozciąga się na całe miasto, w ogólniejszej już perspektywie.
Kiedy poszedłem do portu żeby zwiedzić muzeum, po raz pierwszy poczułem, że jestem w Szkocji. Cudowne, małe, kamienne uliczki, puby dla marynarzy, czułem, że jestem gdzieś poza światem w stylu Ikei. Kiedy wracałem do mieszkania, przechodziłem z tej prawdziwej i, zdaje się, umierającej (albo już zmarłej) Szkocji na Piątą Aleję, czyli największą, najbardziej znaną ulicę, gdzie sklep o sklep się opiera, tłumy ludzi na chodnikach z siatkami pełnymi marzeń konsumenta. Zupełnie przypadkowo przed jednym z większych centrów handlowych młody chłopak grał na dudach, starając się siłą pokazać, że to jest Szkocja, ale hałas samochodów i ludzi rozmawiających przez telefony komórkowe skutecznie go zagłuszał. Jego próba wydała mi się heroiczna, był jak Don Kichot przed olbrzymami, ściśnięty między ogromnymi tablicami reklamowymi i nazwami światowych marek.
A. jest zjadane przez konsumpcję, bo ciągle więcej więcej, ciągle jeść jeść. Nie polubiłem tego miasta, bo wydało mi się jałowe, szare, pozbawione ducha, ale teraz wiem, że nie szukałem dość dokładnie. Istnieje jeszcze jakaś część duszy, że A. ma przeszłość, ale to wszystko przegrywa z konsumenckich trybem życia, co samo w sobie wcale nie jest jakimś oryginalnym odkryciem, bo przecież dzieje się to na całym świecie. Ja teraz, dzisiaj, zrozumiałem, co tak naprawdę tracą miasta czy narody przed amerykanizację, ujednolicenie – to może prosta konkluzja, ale tożsamość została zepchnięta w ciasne, kamienne uliczki, teraz trzeba szukać Szkocji w Szkocji, bo dużo łatwiej tu znaleźć KFC niż… No właśnie, niż co?
Na pewno istnieją wyliczenia jak bardzo opłacało się zostać miastem paliwa, ropy, telewizja i w ogóle kultura masowa nakłada na ludzi ogromną presję by byli bardziej serialowi, filmowi, amerykańscy. I powstał człowiek pusty, a nie pełniejszy, człowiek-zwierzę, który w weekend tłumem wybiega na miasto by zaspokoić swoje potrzeby, ze spokojnych pracowników biurowych czy studentów w weekendy zamieniają się w najgorsze typy z koszmarów, każdy jest alfonsem, każda jest dziwką, bo nie ma czasu na rozmowę, a tym bardziej nie ma czasu na uczucia – bo jaki to miało by mieć cel? Wszystko musi być szybko i dużo, szybciej i więcej, a stare A. musi zniknąć, bo jest mniej, bo jest wolniej, bo jest nienowocześnie.
Tysiąc razy już każdy czytał takie historyjki, to smuci na chwilę, kiedy pali się papierosa, a potem z dymem się o tym zapomina, ale jeśli to przeżyć samemu, doświadczyć tego (a jest to o wiele lepiej zauważalne w Szkocji niż w Sttanach, które mają zaledwie 231 lat, przez co nie jest ten żarłoczny tryb życia tak widoczny, nie kontrastuje jak żaglowiec z tankowcem za muzealną szybą), to znaczy zrozumieć. I zasmucić się, bo nie jestem przekonany, czy ta zmiana jest odwracalna. Dlatego chcę wrócić do K., który, mimo ogromnych mas turystów, jest bardziej oswojony, bardziej mój.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS