RSS
 

Wieści.

21 lut

Jest tu bardzo szaro, bo nie dość, że miasto całe zbudowano z granitu (stąd przezwisko – Granitowe Miasto), to jeszcze chmury jakoś bardziej szare w swej szarzyźnie. No, ale cóż poradzić, żyć trzeba.
Dostałem się na farmakologię i zastanawiam się, czy to dobrze. Chciałbym w końcu zacząć ćwiczyć umysł, ale przecież zawsze bardziej myślałem o ćwiczeniu teoretycznoliterackim, jeśli nawet nie pisarskim, a tak pozostają mi związki chemiczne i różne fizjologie. Jedyna nadzieja w tym, że na pewno zajmie mi to dużo czasu, zamiast więc myśleć o różnych rzeczach będę myślał o tabletkach (heh, to niemalże ironicznie, ale o tym kiedy indziej).
I jeszcze jedno spostrzeżenie – słuchanie dobrej muzyki i czytanie mądrych tekstów niewiele daje, skoro się ich nie rozumie. Brak mi pracowitości by się samokształcić, natomiast nie miałem wielkiej szansy by skorzystać z czyjejś pomocy. Każdy ma swoje manie. Nadzieja w tym (a raczej już brak nadziei), że dzięki pracy i studiom przestanę zauważać tą szarzyznę (ja wiem, że to brzmi grafomańsko, ale tutaj naprawdę jest zjawiskowo szaro!), a może kiedyś się otrząsnę i wyjadę. Znowu.

 
Komentarze (12)

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz

 

 
  1. matylda

    21 lutego 2007 o 22:43

    Patyk…pamiętam, że zawsze byłeś bardziej w książkach niż lekach…ale…cóż ludzie się zmieniają. Poza tym do września jeszcze sporo czasu, może zdarzy Ci się po drodzę znaleźc coś innego, bardziej w Twoim stylu, bardziej odpowiadającego Twoim zainteresowaniom. Pamiętam o tym, że mówiłeś, że język, że to on Cię ciekawi…czemu nie pójśc w jakąś lingwistykę? Nie chcę Cię zniechęcac. Chcę żeby Ci było dobrze. Mam nadzieję, że wszystko się poukłada. Boję się tylko jednego… mówiłeś, że możesz życ tylko w Polsce… może źle to zabrzmi, ale nie chcę żebyś znowu tu wracał niespełniony, rozczarowany i ze złamanym sercem. Chcę żebyś wrócił całym sobą. Takim podłym i złośliwym cwaniakiem jakiego znam. Takim otępiałym padalcem za jakim tęsknię. I takim wrażliwym, pogubionym chłopcem jakiego najbardziej szanuję.

     
  2. N

    22 lutego 2007 o 10:21

    No i wszyscy to mówią. A ja nie wiem co robić, chociaż wybór jest wręcz banalny – skoro tutaj jestem, to wmuszę w siebie studia, które dadzą mi dudki w przyszłości. Jeśli pojadę na studia do Polski, będę studiował to, o czym zawsze marzyłem, czyli pewnie polonistykę albo coś humanistycznego, historia sztuki, takie tam. Wybór, przed którym każdy chyba staje – szmal czy to, co lubisz robić. Niby do września dużo czasu, ale jednak całkiem niewiele, by podjąć decyzję rzutującą na całą przyszłość. A mnie to wkurwia i straszy, bo już raz tak zrobiłem i skończyło się fatalnie. Tamta decyzja, o wyjeździe do Stanów, rozsypała mnie na malutkie kawałeczki. Wolałbym nie mieć tego wyboru, bo cała odpowiedzialność na mnie spada. Nie moja wina, że tak się skończyło (chociaż pewnie po części moja), ale teraz jestem na poślizgu, a wtedy, wiadomo, ciężko podejmować racjonalne decyzje. Jestem 3 lata w plecy, ja, który miałem kończyć studia, może zostać w karierze akademickiej. Nie mam zupełnie nic, nic nie posiadam, ani wiedzy, ani pracy czy doświadczenia, pustka. Teraz nadchodzi kolejny moment na podjęcie decyzji, a ja drżę, bo ostatnio podjąłem złą (chociaż wtedy nie mogłem tego wiedzieć. Chyba.). Dość mam życia na utrzymaniu, a boję się, że jak wrócę znienawidzę te studia (szczególnie znając metody nauczania wielu profesorów w Polsce, którzy skutecznie oceniają się nie po tym jak potrafią uczyć, ale po tym, jak bardzo potrafią zniechęcić). To na pewno jest ciągłe użalanie się, ciągła niemożność podjęcia decyzji, ale niewiele mi pozostaje. Wszyscy naokoło więcej wiedzą co powinienem uczynić z moją przyłością niż ja sam. Nic już nie jest proste, a że nowa poprawność polityczna nakazuje tolerowanie wszystkiego, przeto przestałem czuć się bliski czemukolwiek. Wszystko jest teraz tak samo dobre, a więc tak samo blade, miałkie, bez smaku. I każda moja decyzja będzie miała taki posmak-niesmak, skutek zawsze przeciwny do zamierzonego.

     
  3. matylda

    23 lutego 2007 o 20:03

    no i widzisz…ja tez podjelam decyzje, ktora chyba nie byla najlepsza…wszyscy dobrze wiemy, ze nie chcialam byc ani specem od Ameryki ani księgowa. A kim jestem? NIKIM. a mialam byc wielka artystka, uwielbiana i podejmowana na salonach, mialam wcielac sie w postacie moich idoli, mialam na wlasnej skirze odczuwac ich problemy, stawiac czola ich dylematom… a nic nie potrafie. nic nie robie. nic nie czuje.

     
  4. N

    24 lutego 2007 o 09:14

    Widać taki nasz los. Ale, jak śpiewa Kazik, los się musi odmienić, więc może za kilka lat będzie lepiej?

     
  5. Ewa Bieńczycka

    24 lutego 2007 o 15:45

    Nie powiniście tak narzekać. Nie siedzicie ani w więzieniu, ani w szpitalu. Macie jeszcze Czas, a to niezły kapitał. Ja już nie mam go nieodwracalnie.

     
  6. N

    24 lutego 2007 o 19:49

    Pewnie masz rację, bo ciągle mamy czas, ale przez to mamy też strach przed tym, co uczynimy z czasem, który przecież się nie cofa.
    Nie siedzimy w więzieniu, zdrowie w miarę dopisuje, ale nadal daleko nam jakoś do szczęścia – może wolność i zdrowie to nie wszystko, czego potrzeba? A może jesteśmy niewdzięczni?

     
  7. Ewa Bieńczycka

    25 lutego 2007 o 09:28

    Tak, jesteście niewdzięczni. W momentach przestojów życiowych, wahań, wyborów, trzeba przyjąć, że każde doświadczenie, nawet mylnie wybrane, jest dobre, jeśli nie ma konfliktu sumienia. Jestem pewna, że każdy ten drogowskaz wewnętrzny w sobie nosi i trzeba się w niego wsłuchać. Jeśli są zewnętrzne nakazy obiektywne (rodzice, kasa czy praca, by się utrzymać przy życiu), to trzeba to z pokorą przeczekać i ulec wyczekując okazji samorealizacji. Łatwiej jest wbrew czytankom propagandowym korzystać z okazji, które niesie życie, niż samemu je projektować. Tylko wybór szczegółów może dać realizację marzeń, a nie naginanie roszczeniowe rzeczywistości.
    A intelekt ma strukturę komnatową, jak w grach komputerowych. Przechodzi się z pokoju do pokoju, otwierając poszczególne drzwi, mając w pamięci miejsca, gdzie już byliśmy. To są lektury. To jest bardzo przyjemne.

     
  8. N

    3 marca 2007 o 15:43

    Staram się rozumieć o czym piszesz i chyba coraz bardziej się z tym zgadzam. Jeśli piszesz, że powinno się słuchać wewnętrznych drogowskazów to ja chcę wrócić do Krakowa i jeśli cokolwiek robić to właśnie tam.
    Jesteśmy niewdzięczni, to fakt. Czuję się jak gnojek, który ciągle się użala, a nie ma przecież wielkiego powodu. To jest dość żałosne. I w ogóle ten wpis jest skamlaniem nastolatka.

     
  9. Ewa Bieńczycka

    4 marca 2007 o 09:57

    Przecież ten drugi, wpisany tutaj żeński głos, był z Krakowa. Znaczy, nie chodzi o geografię.

     
  10. N

    5 marca 2007 o 17:01

    „Wszedzie dobrze gdzie nas nie ma.”
    Wiec skad sie bierze to uczucie pustki czy beznadziejnosci? Czy to naprawde tylko wynik lenistwa i zbytniej wygody?

     
  11. Ewa Bieńczycka

    5 marca 2007 o 17:30

    Przecież to bardzo szeroki temat, nikt nie znalazł odpowiedzi.
    Cywilizacyjnie depresja jest od nas niezależna, mimo to znalezienie się w nowym, alienującym miejscu może stać się wyzwaniem do pokonania trudności i rodzić satysfakcję z pokonania siebie i bieżących przeszkód. Trzeba skalkulować, co się posiada i tym gospodarować. Jeśli się chce stać artystą, to czyni się w tym kierunku wszystko, co jest w danej chwili życiowej możliwe. Doświadczenie życia to jedyna materia twórczości artysty.
    Więc Hej! Przygodo powinno inspirować, a nie dołować. Wiadomo, że „na Brackiej pada deszcz” jedynie i będzie padał przez następne siedemdziesiąt lat, a życie ludzkie podobno się z dekady na dekadę cywilizacyjnie wydłuża.

     
  12. N

    6 marca 2007 o 08:09

    Czyli nie trapić się, a robić wszystko jak trzeba? To byłby dobry pomysł, gdybym w końcu podjął jakąś decyzję, której będę się trzymał. Tymczasem prawdopodobnie wracam do Krakowa już za niedługo. Nie chcę żyć w Szkocji.

     
 

  • RSS