RSS
 

Wynik kompleksu.

06 lut

Znowu nie potrafił zrozumieć dlaczego. Szczerze mówiąc, nie rozumiał tego nigdy, ciągle jednak się męczył i próbował znaleźć odpowiedź. W gruncie rzeczy dla niego brzmiało to niezmiernie ironicznie, ale w tej sytuacji daleko mu było do cynicznej postawy. Próbował już różnych systemów, sam korzystał z dokonań ludzkości, szczególnie w dziedzinie filozofii i jej części, teologii. Co go uderzyło i, oczywiście, zmartwiło, to fakt, że nikt nigdy nie starał się zrozumieć jego obecności z jego perspektywy. Wiedział, że ludzie boją się go obrazić, że strach przed nim jest uznawany za cnotę. Smucił go fakt, że żaden myśliciel nie poważył się pomyśleć o jego myśleniu jako o myśleniu całkiem, to nawet zabawne, normalnym, przeciętnym. Czuł się dzieckiem, bo po trosze bawiło go i schlebiało mu miejsce, jakie mu przypadło w ludzkich umysłach. Rozumiał jednak, że takie myślenie o nim to wynik błędu. Ludzie czczą fałszywy jego obraz. Nawet najmądrzejsi spośród ludzi jego ewidentne błędy tłumaczyli niezrozumiałą dla zwykłęgo człowieka logiką. On wie, że ludzie nie mogliby się dowiedzieć prawdy o nim, z dwóch powodów. Po pierwsze, to na pewno doprowadziłoby do wielkiej katastrofy – samobójstwa, pewnie wojny, co najważniejsze – poczucie totalnej pustki. Drugi powód był już jego słabością – nie potrafił się z ludźmi komunikować. Nie miał już żadnej władzy. Najczęściej budziło to frustrację, czasem ogromny gniew, którego jednak w żaden sposób nie mógł zogniskować na głupich, jak wtedy sądził, ludziach. Jedyne katastrofy były przeciwne wręcz jego intencjom. Zawsze, kiedy starał się z ludzmi kontaktować, kiedy starał się ukazać w całości, jako postać zupełnie niedoskonała, albo chociaż w części, na sam dowód swojego istnienia – zawsze wtedy kończyło się to źle dla wielu setek, tysięcy ludzi. Powodzie czy trzęsienia ziemi były już tylko marną resztką jego poprzedniej mocy, ale nawet tego nie mógł już zainicjować sam z siebie – zawsze były porażką, której nigdy nie planował, bo i nie mógł zaplanować.
Ale przede wszystkim czuł się ogromnie samotny. Był samotnością wszechświata, samotnością absolutną, jak przystało Absolutowi. On nie był Zegarmistrzem, to świat pozbawił go władzy. On przestał się liczyć, ale zauważył to w momencie, kiedy było już o wiele za późno na jakiekolwiek zmiany. Największym zaskoczeniem było to, że przestał nad tym panować. Nigdy, przenigdy nie pomyślałby tak o swoim tworze. Że go wyprzedzi, przerośnie, pozostawiając jego samego zamkniętego w pustce. Nie miał wstępu na Ziemię, bo już całkiem się od niego wyemancypowała. Czuł się jak wilekolud, który podczas coraz rzadszych już i coraz bardziej fatalnych w skutkach próbach kontaktu niszczył wszystko naokół. Nie pragnął śmierci, nie chciał demolować, dlatego starał się przestać zajmować swoją ułomnością, ale samotność była nie do wytrzymania. Samotność była nieznośna. To była jego cicha męka, za którą sam siebie winił. Ewolucja zadziałała szybciej i doskonalej niż kiedykolwiek mógłby przypuścić, dlatego nie zorientował się w jej skutkach w odpowiednim czasie. Frustrowała go ta bariera, ludzie chcieli wierzyć i wierzyli, ale nigdy nie dostali żadnego dowodu na jego istnienie, on zaś chciał ten dowód dostarczyć, chciał się skłonić przed widownią, przed, w końcu, własnym dziełem. Nie potrafił, nie mógł, był kompletnie bezsilny i absolutnie samotny. Chciał umrzeć.
Często zastanawiał się, jak to się stało, że największe przekleństwo spadło właśnie na niego? Sama ewolucja nie była żadną odpowiedzią, zresztą kiedy ją projektował uważał swoje dzieło za bliskie geniuszu. Wiedział też, że nie ma żadnego Lucyfera, nie ma aniołków ani świętych, Dekalog to wymysł ludzki, tak samo jak religia czy Kościół. Doceniał proroków, poważał Kościół, dziwiła go wiara, ale to wszystko było błądzeniem, on tak samo jak ludzie chciał kontaktu. Nie rozumiał jak z każdą chwilą może odczuwać większe zmęczenie, skoro zupełnie niedawno czuł, że jest u kresu wytrzymałości. Rozdął się jak wszechświat i w każdej swojej cząsteczce odczuwał ból. Rozum go zawiódł. Oszukał. Oczywiście w swoich oczach był największą ofiarą. Użalał się nad sobą, ale i miał powód. To zrozumiałe, że chciał wiedzieć. Od dłuższego już czasu nie potrafił cieszyć się widokiem piękna. Kiedyś, gdy jeszcze wierzył, że kiedyś odzyska swoją władzę, potrafił się uspokoić choćby kiczowatymi widokami Słońca z perspektywy ludzi, rozczulał się przy narodzinach. „To ja byłem przyczyną. Ciągle tu jestem!” starał się wykrzyczeć. Nie był mocny.
I czuł się jak dziecko. Wykluczony. Bóg samego siebie.

 
Komentarze (10)

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz

 

 
  1. matylda

    8 lutego 2007 o 20:16

    …obawiam sie, ze nakresliles najpelniejszy z mozliwych obraz samego siebie…

     
  2. N

    9 lutego 2007 o 10:54

    Okazuje się, że wszyscy mi to mówią, a ja zupełnie nie tak o tym myślałem. Czytam go wciąż na nowo i sam siebie zadziwiam – co ja w ogóle napisałem?

     
  3. matylda

    12 lutego 2007 o 21:18

    …hmmm… to chyba pytanie, które większosc zdolnych i niezrozumianych sobie zadaje… wiec w gruncie rzeczy chyba masz powód do radości :-)

     
  4. N

    13 lutego 2007 o 15:44

    Mowiac szczerze zbyt duzo tutaj grafomanii („samotny samotnosia wszechswiata”), wiec co do niezrozumialosci to zgadzam sie, ale chyba zdolny nie jestem.

     
  5. matylda

    14 lutego 2007 o 20:08

    nie myślałam, że kiedyś to powiem/napiszę… Patyk Ty jesteś diabelnie zdolny. Tylko jakiś taki dziwny … :D

     
  6. N

    15 lutego 2007 o 11:20

    Dziękuję za komplimenta, natomiast musisz uważać, bo znasz moją próźność i wiesz jak łatwo można ją rozbudzić :) .

     
  7. nacodzien

    15 lutego 2007 o 11:22

    A, i jeszcze jedno – daj mi adresy swoich blogów, bo mam tylko jeden, a tam dość rzadko piszesz, a szkoda.

     
  8. matylda

    15 lutego 2007 o 21:32

    mam tylko jeden blog :0 myslalam, ze na tyle mnie znasz… postaram się coś napisac nowego, ciekawego i dech w piersiach zapierającego :-D

     
  9. N

    16 lutego 2007 o 11:30

    Masz przynajmniej trzy :) .

     
  10. matylda

    16 lutego 2007 o 18:53

    no chyba Ci się coś pomyliło …

     
 

  • RSS