RSS
 

Archiwum - Luty, 2007

Wieści.

21 lut

Jest tu bardzo szaro, bo nie dość, że miasto całe zbudowano z granitu (stąd przezwisko – Granitowe Miasto), to jeszcze chmury jakoś bardziej szare w swej szarzyźnie. No, ale cóż poradzić, żyć trzeba.
Dostałem się na farmakologię i zastanawiam się, czy to dobrze. Chciałbym w końcu zacząć ćwiczyć umysł, ale przecież zawsze bardziej myślałem o ćwiczeniu teoretycznoliterackim, jeśli nawet nie pisarskim, a tak pozostają mi związki chemiczne i różne fizjologie. Jedyna nadzieja w tym, że na pewno zajmie mi to dużo czasu, zamiast więc myśleć o różnych rzeczach będę myślał o tabletkach (heh, to niemalże ironicznie, ale o tym kiedy indziej).
I jeszcze jedno spostrzeżenie – słuchanie dobrej muzyki i czytanie mądrych tekstów niewiele daje, skoro się ich nie rozumie. Brak mi pracowitości by się samokształcić, natomiast nie miałem wielkiej szansy by skorzystać z czyjejś pomocy. Każdy ma swoje manie. Nadzieja w tym (a raczej już brak nadziei), że dzięki pracy i studiom przestanę zauważać tą szarzyznę (ja wiem, że to brzmi grafomańsko, ale tutaj naprawdę jest zjawiskowo szaro!), a może kiedyś się otrząsnę i wyjadę. Znowu.

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

hifana

16 lut

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wynik kompleksu.

06 lut

Znowu nie potrafił zrozumieć dlaczego. Szczerze mówiąc, nie rozumiał tego nigdy, ciągle jednak się męczył i próbował znaleźć odpowiedź. W gruncie rzeczy dla niego brzmiało to niezmiernie ironicznie, ale w tej sytuacji daleko mu było do cynicznej postawy. Próbował już różnych systemów, sam korzystał z dokonań ludzkości, szczególnie w dziedzinie filozofii i jej części, teologii. Co go uderzyło i, oczywiście, zmartwiło, to fakt, że nikt nigdy nie starał się zrozumieć jego obecności z jego perspektywy. Wiedział, że ludzie boją się go obrazić, że strach przed nim jest uznawany za cnotę. Smucił go fakt, że żaden myśliciel nie poważył się pomyśleć o jego myśleniu jako o myśleniu całkiem, to nawet zabawne, normalnym, przeciętnym. Czuł się dzieckiem, bo po trosze bawiło go i schlebiało mu miejsce, jakie mu przypadło w ludzkich umysłach. Rozumiał jednak, że takie myślenie o nim to wynik błędu. Ludzie czczą fałszywy jego obraz. Nawet najmądrzejsi spośród ludzi jego ewidentne błędy tłumaczyli niezrozumiałą dla zwykłęgo człowieka logiką. On wie, że ludzie nie mogliby się dowiedzieć prawdy o nim, z dwóch powodów. Po pierwsze, to na pewno doprowadziłoby do wielkiej katastrofy – samobójstwa, pewnie wojny, co najważniejsze – poczucie totalnej pustki. Drugi powód był już jego słabością – nie potrafił się z ludźmi komunikować. Nie miał już żadnej władzy. Najczęściej budziło to frustrację, czasem ogromny gniew, którego jednak w żaden sposób nie mógł zogniskować na głupich, jak wtedy sądził, ludziach. Jedyne katastrofy były przeciwne wręcz jego intencjom. Zawsze, kiedy starał się z ludzmi kontaktować, kiedy starał się ukazać w całości, jako postać zupełnie niedoskonała, albo chociaż w części, na sam dowód swojego istnienia – zawsze wtedy kończyło się to źle dla wielu setek, tysięcy ludzi. Powodzie czy trzęsienia ziemi były już tylko marną resztką jego poprzedniej mocy, ale nawet tego nie mógł już zainicjować sam z siebie – zawsze były porażką, której nigdy nie planował, bo i nie mógł zaplanować.
Ale przede wszystkim czuł się ogromnie samotny. Był samotnością wszechświata, samotnością absolutną, jak przystało Absolutowi. On nie był Zegarmistrzem, to świat pozbawił go władzy. On przestał się liczyć, ale zauważył to w momencie, kiedy było już o wiele za późno na jakiekolwiek zmiany. Największym zaskoczeniem było to, że przestał nad tym panować. Nigdy, przenigdy nie pomyślałby tak o swoim tworze. Że go wyprzedzi, przerośnie, pozostawiając jego samego zamkniętego w pustce. Nie miał wstępu na Ziemię, bo już całkiem się od niego wyemancypowała. Czuł się jak wilekolud, który podczas coraz rzadszych już i coraz bardziej fatalnych w skutkach próbach kontaktu niszczył wszystko naokół. Nie pragnął śmierci, nie chciał demolować, dlatego starał się przestać zajmować swoją ułomnością, ale samotność była nie do wytrzymania. Samotność była nieznośna. To była jego cicha męka, za którą sam siebie winił. Ewolucja zadziałała szybciej i doskonalej niż kiedykolwiek mógłby przypuścić, dlatego nie zorientował się w jej skutkach w odpowiednim czasie. Frustrowała go ta bariera, ludzie chcieli wierzyć i wierzyli, ale nigdy nie dostali żadnego dowodu na jego istnienie, on zaś chciał ten dowód dostarczyć, chciał się skłonić przed widownią, przed, w końcu, własnym dziełem. Nie potrafił, nie mógł, był kompletnie bezsilny i absolutnie samotny. Chciał umrzeć.
Często zastanawiał się, jak to się stało, że największe przekleństwo spadło właśnie na niego? Sama ewolucja nie była żadną odpowiedzią, zresztą kiedy ją projektował uważał swoje dzieło za bliskie geniuszu. Wiedział też, że nie ma żadnego Lucyfera, nie ma aniołków ani świętych, Dekalog to wymysł ludzki, tak samo jak religia czy Kościół. Doceniał proroków, poważał Kościół, dziwiła go wiara, ale to wszystko było błądzeniem, on tak samo jak ludzie chciał kontaktu. Nie rozumiał jak z każdą chwilą może odczuwać większe zmęczenie, skoro zupełnie niedawno czuł, że jest u kresu wytrzymałości. Rozdął się jak wszechświat i w każdej swojej cząsteczce odczuwał ból. Rozum go zawiódł. Oszukał. Oczywiście w swoich oczach był największą ofiarą. Użalał się nad sobą, ale i miał powód. To zrozumiałe, że chciał wiedzieć. Od dłuższego już czasu nie potrafił cieszyć się widokiem piękna. Kiedyś, gdy jeszcze wierzył, że kiedyś odzyska swoją władzę, potrafił się uspokoić choćby kiczowatymi widokami Słońca z perspektywy ludzi, rozczulał się przy narodzinach. „To ja byłem przyczyną. Ciągle tu jestem!” starał się wykrzyczeć. Nie był mocny.
I czuł się jak dziecko. Wykluczony. Bóg samego siebie.

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Piosenka.

02 lut

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS