RSS
 

Archiwum - Październik, 2006

opowiadanie, 3

31 paź

Z torebki wyciągnęła paczkę djarum blacków i zapalniczkę, którą zapaliła papierosa. Mocno się zaciągnęła, a po chwili z wielką ulgą wypuściła dym. Przez chwilę leżała nie ruszając się w najmniejszym nawet stopniu, potem znowu zaciągnęła się słodkim dymem papierosowym. Kolorowa pościel okalała jej ciało, na widoku pozostawiając tylko lewą nogę, która od kolana w dół błyszczała perlącym się potem. W pokoju było szalenie cicho, więc szelest poruszonej pościeli na chwilę ją oszołomił. Spojrzała w prawą stronę, na młodego F., który spał już odwrócony do niej plecami. Oddychał miarowo, spokojnie, jakby czytał jej wiersz czy śpiewał piosenkę próbując ją uśpić. Przymknęła oczy, zaciągnęła się papierosem i szybko zgasiła jego resztkę w lampce z szampanem, którego nie dopiła poprzedniego wieczoru. Powoli przeciągnęła się, sunąć dłońmi po swojej kibici. Znowu sięgnęła po torebkę, w której znalazła mała książeczkę z wierszami nikomu pewnie nieznanego poety z Białorusi. Nie wertowała stron, przeczytała tylko krótkie zdanie na stronie tytułowej, napisane czarnym atramentem. Zmarszczyła czoło, przez co pewnie wyglądała jak dziecko, jak stare dziecko, książeczkę schowała w torebce, której zaczęła się przyglądać. Wyraźnie była znudzona, ale nie miała ochoty na nic, po prostu rozglądała się po sypialni i brała w swoje dłonie najbliższe łóżku przedmioty, które przez chwilę badała, obracała czy mięła. Uwielbiała swoją torebkę, chociaż ona uwielbiała wszystkie swoje torebki. Był to jak zawsze brązowy Louis Vuitton z teksturą w kształcie małych gwiazd i literą V, w której umieszczony był jeszcze jeden kształt. Okalana dwoma kremowymi paskami zmierzającymi do solidnych rączek o tym samym kolorze była torbą dość pojemną, ale przede wszystkim wizytówką. Elegancko, choć konserwatywnie, bez ekstrawagancji, ale bezpiecznie. Nie wiedziała tylko czy to ona wybrała tą torebkę czy raczej na odwrót. W tym momencie poczuła strach. Bała się, serce szybciej zaczęło jej bić, jej myśli rozsypały się i chyba miała lekki atak paniki, który przeszedł po chwili. Leżała z wciąż szybko bijącym sercem, ale powoli uspokajała się. Była zmartwiona i jedna łza popłynęła jej policzkiem zmierzając w stronę pięknych, chociaż już nie takich jędrnych ust. W myśli skarciła się za tą łzę, którą szybko wytarła poszwą od kołdry. Obie ręce położyła na pościeli i teraz leżała jak egipska mumia, w bezruchu, jak pomnik. Poczuła, że przegrała sama z sobą. Była piękną i bardzo wykwintną kobietą, z której gustu korzystali wszyscy. Teraz leżała w łóżku, owinięta pościelą z Ikei, a obok niej stała najbardziej chyba standardowa torebka Vuittona. Sama stała się ofiarą terroru piękności, który z takim zawzięciem stosowała przed laty. F. spał cicho, czasem nieznacznie zmieniając pozycję. Oddychał miarowo i spokojnie.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Zachorowałem.

25 paź

Leżę chory, za oknem śliczne, bezchmurne niebo, chociaż jest dość mroźno. Czytam książkę i „Gazetę Wyborczą”, czekam na przyjazd Justyny która, jeśli szczera, bardzo chciałaby mnie zobaczyć. Piję napój jabłkowo-miętowy z Hortexu, niezły nawet, chociaż to nie Tymbark. Wydaje mi się, że zaczynam wychodzić do ludzi, to pewnie wpływ Justyny. To na pewno wpływ słodkiej Justyny-Katarzyny. Chciałbym zostać w K., znaleźć tu pracę, może zmienić studia. Jest mi tutaj bardzo dobrze i to tylko potwierdza moje odczucia, że jestem stworzony do życia w tym mieście i tylko tutaj czuję się jak w domu.
Zachorowałem, mam zapalenie górnych dróg oddechowych, ale dawno nie byłem tak zdrowy. To dziwne, bo chyba depresja mnie w jakimś sensie konserwowała, wcześniej przez lata nie chorowałem, ale też psychicznie nie było mi tak dobrze, teraz natomiast wierząc ponownie w jakąś stabilność na świecie dość szybko złapałem jakąś zarazę. Ciekawe.
Odwieźliśmy dzisiaj brata Justyny na lotnisko, skąd miał lecieć do Holandii na spotkanie SETI w Europie, którego jest wiceprezesem, niestety spóźniliśmy się dosłownie trzy minuty. Ani pani przy odprawie ani pani w okienku z SkyEurope nie były zainteresowane tym, by nam pomóc. Byłem świadkiem milionów spóźnień na najprzeróżniejszych lotniskach świata i jeszcze nigdy takiego czegoś nie widziałem. Wyjechałem z Polski, zacząłem ją idealizować, a teraz znowu jestem wśród ludzi, których cieszy tylko jakaś krzywda „bliźniego”. Pani w okienku, krzyż jej na drogę, ze spokojem i niemal parszywym uśmieszkiem na wypudrowanej mordzie powiedziała: „Bilet przepadł”. Szybko, zwięźle, bezlitośnie i bez ani odrobinki współczucia. Najważniejsze to takim ludziom się nie poddać, bo inaczej popada się w marazm. Takich ludzi tylko cieszy cięty język, więc najlepiej odpłacić im miłym słowem i uśmiechem. To dwa pieczenie przy jednym ogniu – i dobry uczynek, po katolicku, i uciecha dla polskiej duszy – „nie dam mu/jej tej satysfakcji”.
Ja chory, ładna pogoda, w ogóle jest lepiej. Kocham K. i chyba troszkę w wzajemnością.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Jakie to dziwne?

15 paź

Poznałem dziewczynę i teraz myślę o niej, nie o „tamtym”, co bardzo mi pomaga. Dzięki niej czuję się dobrze, co nie zdarzyło się już od nie pamiętam jak dawna. Czy to takie proste?

 
Komentarze (13)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wackos.

09 paź

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

opowiadanie, cz. 2

05 paź

F. zawsze chciał zostać pisarzem, dlatego zaczął pracę w więzieniu. Sądził, że znajdzie tam tyle przejmujących historii, że nie przestanie pisać. Uważał, że wszyscy ci natchnieni więźniowie zrobią z niego gwiazdę, choćby pokroju Trumana Capote. F. jednak nigdy pisać nie potrafił i doskonale sobie zdawał z tego sprawę. Wiedział, że pisanie trzeba ćwiczyć, natomiast on nie ćwiczył wcale, świadomie udając, że wszystko jest rzeczą natchnienia i niczym więcej. Pisał to, co akurat wpadło mu do głowy, przez co tworzył rzeczy zupełnie nieskładne, zupełnie pozbawione znaczenia. On to wiedział, nie potrafił natomiast zmusić się do szukania sensu w swoim pisaniu. F. napisał krótkie opowiadanie, którego nigdy nie rozumiał. Zostawił je w zeszycie, który następnie wyrzucił przy najbliższej nadarzającej się okazji. Pisał tak:
„Koloratke polozylem w miejscu, gdzie zawsze kladlem ja po mszy. Byla nowa, czysta, biala. Ciezkie powietrze sprawialo klopoty w oddychaniu, ale do tego zdazylem sie juz przyzwyczaic. Bylo goraco, pot splywal mi z czola, lepkie wlosy blyszczaly, zatluszczone. Niemyte. Zbutwiala won zakrystii wydobywala sie zewszad. Wilgoc, smrod spowodowany grzybem, ktory zaczynal juz zzerac sciane, powoli przechodzac na nia z niskiego sufitu. Sutanne rzucilem niedbale na stare krzeslo, kiedy otwieralem szafe jej drzwi zaskrzypialy, krzycac. Jak zawsze, poczulem okropny zapach stechlizny. Wyciagnalem szary, przetarty na lokciach sweter. Byl brudny, tak jak ja, szybko go zalozylem. Niedbalym ruchem poprawilem tluste wlosy, dlon wytarlem o sweter i, trzymajac klamke drzwi wyjsciowych, rzucilem ostatnie spojrzenie na ciasny pokoj. Wszystkie zmysly mnie atakowaly. Syf i smrod. Mocno trzasnalem drzwiami, wiedzialem, ze sie nie zamkna, zawsze byly lekko uchylone, zawsze pozbawialy mnie czczych sekund prywatnosci. Nie mialem czasu na prywatnosc, czasu dla siebie. Bo i po co?
Szybko przeszedlem przez oltarz, nikogo nie bylo juz w kosciele. Nie odwrocilem sie, by przed Panem ukleknac. Jak zawsze. Na zewnatrz bylo tak samo duszno, oddychalo sie tak samo ciezko. W za krotkich spodniach i zasyfialym swetrze szedlem przez miasto, miasteczko. W cywilu wygladalem jak kazdy inny mieszkaniec, w lachmanach i z twarza zupelnie nic nie wyrazajaca. Bylo wczesnie, okolo dwudziestej, jeszcze jasno. Przedzieralem sie przez powietrze stawiajace coraz wiekszy opor. Przede mna krazyl kundel, siwy, stary i beznadziejny, z glupim blyskiem nadziei w oczach. Nigdy nie podszedl na tyle blisko, bym zdazyl go kopnac, odepchnac. Mowiac szczerze, nawet na to nie mialem ochoty. Uwieraly mnie ciasne buty, pseudoskorzane lakierki dla idioty, brudne i zmeczone. Gdy przechodzilem obok jednego z domow, kompletnie obdrapanego jak cale miasteczko, uslyszalem zachodni pop. Okno bylo otwarte, na poziomie chodnika bez plyt chodnikowych. Dwie dwunastolatki malowaly sie podebranymi z toalety mamy kosmetykami, tanimi podrobamy przywozonymi na kilogramy z Rosji i Ukrainy. Pily wisniowke i nawet nie zwrocily na mnie uwagii. Jeszcze tylko kilka krokow.
Na niewielkim postoju dla zdezelowanych busow stalo kilka osob. Niektorzy w ciszy o czyms rozmawiali, reszta po prostu glupio wpatrywala sie w niebo, palac bialoruskie papierosy. Nawet nie odpowiedzialem na pozdrowienia, stalem udajac ze nic nie slysze i przylaczylem sie do kontemplacji nicosci. Dosc szybko podjechal warczacy mercedes, wszyscy zaczeli do niego wchodzic, nagle zaczelo im sie spieszyc, jak gdyby przyjechal po nich wybawiciel. W busie ciezko bylo zlapac oddech. Usiadlem obok starego pijaka, spoconego, niemytego. Nie ogolona geba, dlugie paznokcie skrywajace tony brudu, zarzygane spodnie. Spal, a slina, gesta i lepka, powoli przedzierala sie przez zarosniety podbrodek w strone grdyki i pewnie nawet splotu slonecznego. Odwrocilem glowe, ale nie za bardzo, by przypadkiem nie spojrzec na ktoras z tych swietojebliwych kurew, rownie nieumytych i rownie smierdzacych jak spiacy pijak, ktorego pewnie w glebi duszy juz potepily, ktorego juz widzialy smazacego sie w piekle.
Poczulem ulge wychodzac z rozpadajacego sie pojazdu. Teraz szedlem juz wolniej, nawet bardzo powoli, nie zalezalo mi by gdzies dojsc, z nikad tez nie szedlem. Przemierzalem ta ulice tysiace razy, codziennie, co godzine, w kazdej sekundzie znajdowalem siebie idacego tymi ulicami. Nie ja sie poruszalem, a raczej caly swiat naokolo przesligiwal sie pod moimi stopami, w rozmazanych kolorach, znieksztalcony i dziwny, bez proporcji, w ciszy. Przypomialem sobie, gdy bedac jeszcze dzieckiem… A zreszta niewazne, nie wiem kiedy to bylo, nie wiem czy to w ogole istnialo, mowiac szczerze nie bylem pewien nawet tego, czy teraz ide po tej ulicy w tej kolejnej miescinie, z prostymi mieszkancami, ktorzy niczym kamienie rozsypani byli po okolicy i kazdy lezal tak od poczatku swiata.
Gdy wchodzilem do niemego baru, drzwi nie wydaly z siebie zadnego dzwieku. W srodku czuc bylo dym papierosowy, ktory zawieszony po suftiem dusil kazdego bywalca. Ci jednak nie zdawali sobie sprawy z tego, ze ciezko oddychaja. Byli tak bardzo przyzwyczajeni do swojego charkania i chrzakania, ze nawet nie zauwazali tego samego u innch. Oczywiscie wczyscy mieli twarze zapatrzone w brudne szklanki z piwem, w polowie puste. Barman i wlasciciel knajpy siedzial na taborecie, przygladajac sie wnetrzu swego krolestwa i wycierajac nerwowo rece w brudna szmate, ktora co jakis czas przecieral blat, nie wiadomo po co. W takim miejscu leniwie powinna latac mucha naokolo zaczernionej lampy, jednak cisza byla absolutna, czas zatrzymal sie razem z dzwiekiem. Niewyraznie wymamrotalem, ze chodzi mi o rownie brudna szklanke rownie obrzydliwego piwa, ktore bylo bardzo blade, ale zarazem geste i lepkie – gdy spocony barman nalewal je do szklanki, jego dlon drzala jakby po ciezarem tego tandetnego piwa. Usiadlem przy pustym stoliku, najdalej, w najciemniejszym koncie, w najbardziej opuszczonym miejscu. Jednym chalstem wypilem piwo, odlozylem szklanke, lecz moja dlon wciaz na niej spoczywala, moje palce od czasu do czasu graly na tlustej sciance jakas melodie, jakbym trzymaj w reku fagot. Wpatrywalem sie w mezczyzn, ktorzy robili dokladnie to samo, jakbym ja byl ich odbiciem albo oni moim. Nikt nic nie mowil, mimo ze kilku siedzialo po dwoch, trzech, wszyscy zachowywali grobowa cisze, jakbysmy wszyscy potajemnie sie umowili, albo jakbysmy byli juz przygotowani na to, co sie stanie. Czyli nic. Zaden nie mial, bo i nie mogl miec, zadnego wyrazu twarzy. Zmeczenie, ale nie frustracja. Jakies ciche godzenie sie na to, ze jestesmy tu i teraz, czyli nigdzie i nigdy. Nikt nas juz nie zobaczy, nikt patrzyl nie bedzie. Tu nie istnialo cos takiego jak zaskoczenie, jak plany na przyszlosc. Kiedy kazdy dzien wyglada jak poprzedni, nie ma przyszlosci, nie ma tym bardziej przeszlosci. Tu i teraz.
W pewnym momencie drzwi otworzyly sie bezglosnie, jednak szybko, neurotycznie, jak herald zapowiadajacy czyjes przyjscie. Oczywiscie nikt nie wszedl, nawet wiatr nie otwieral wejscia tej jaskinii. Nikt, lacznie ze mna, nie spojrzal na wejscie.
Polski kwiecien minal juz dawno, nawet jesli byl, to tylko w telewizji. W tamte dni probowalem przypomniec sobie jak wyglada moj pierwszy dzien w seminarium. Czemu wstapilem do seminarium, jak myslalem o Bogu, czy w ogole o nim myslalem? Kiedy zostalem wyyswecony? Kiedy zostalem proboszczem trzech parafii, malych kosciolow zbudowanych z resztek, ktore zostaly wakacyjnym turystom z budowy garazu. Obrzydliwe obrazy na oltarzach pewnie byly kpina, ale przeciez co mnie to obchodzilo? Kazdy odgrywal swoja role. Wchodzilem do budynku kosciola, po godzinie wychodzilem i probowalem przypomniec sobie co sie stalo, gdzie jestem. Czasem dwie stare kobiety zostawaly po mszy, by pozamiatac, zetrzec kurz z nosa Jezusa. Nigdy ich o to nie prosilem. Przychodzily przed msza, miotle i szmate z burym wiadrem zostawialy przed wejsciem. Niecierpliwie czekaly konca mszalnych zmagan, wybiegaly roztrzesione przed kosciol, zamienily kilka slow z babami wychodzycmi z kosciola i grzebiacymi brudnymi palcami pod chustami, ktore kryly tluszcz na wlosach, starosc i na pewno smierc. Zawsze rownie szybko wychodzilem z zakrystii, gdzie na szafce zostawilem koloratke, sutanne na starym krzesle, a wlasne mysli miedzy zgieciami w podlodze. Gdy, jak zawsze nie modlac sie, przechodzilem przed oltarzem, jedna kobieta juz nerwowo i z wielka moca tarla szmata twarz Jezusa, druga zamiatala resztki ciala Chrustysa spod stolu. Czasem kiwnalem im glowa, nic nie mowiac, czesciej jednak po prostu wychodzilem, udajac zamyslonego. Stare tak samo potrzebowaly tam mnie, jak ja ich szmaty czy miotly.
Chyba musialem byc szczesliwy w seminarium, a na pewno wiedzialem czym jest i czym bedzie moje zycie w przyszlosci. Wtedy jeszcze wierzylem ze przyszlosc istnieje, ze nie jest tylko pulapka zastawiona na nas przez lingwistow. Mialem wielu serdecznych przyjaciol, braci, z ktorymi z rownym zaangazowaniem uczylismy sie Boga. Najbardziej lubilismy spotkania z mlodzieza. Gra w pilke nozna, siatkowke, czasem wieczorne spiewy przy ogniu i parszywej kielbasie.
Czemu wstapilem do seminarium? Kim byl dla mnie Bog? Nie, przeciez juz nawet nie zadaje sobie pytan, bo jestem pewny kropki duzo bardziej niz pytajnika.
Podszedlem do baru, tym razem nic nie mowiac, na blat rzucilem kilka metalowych monet, podalem barmanowi szklanke, ktory rowniez nic nie mowiac zaczal nalewac mi to lepkie i geste piwo. Nie ruszal sie przy tym prawie w ogole, wygladac groteskowo, jak mechanizm na monety, ktoremu poruszaja sie tylko sztywne rece, na ktorych dla niepoznaki zarzucona byla szmata. Wrocilem na swoje miejsce, znowu patrzec na wnetrze, ktore coraz bardziej wygladalo jak majak, nikt sie nie ruszal, a jednak caly obraz plywaj niespiesznie przed moimi oczami, jakbym byl na statku na leniwym morzu, patrzy na horyzont. W pewnym sensie patrzylem w dal, na horyzont swojego istnienia, nawet nie dziwilo mnie, ze to horuzont zamkniety, calkowicie skonczony i postrzegalny.
Polski kwiecien minal w telewizji, zaczeli znowu nadawac programy, ale ja nie ogladalem juz telewizji. Mialem wlaczony telewizor, nie wiem po co. Juz nawet nie sluchalem trzeszczenia, jakie wydobywalo sie z tej czarnej skrzynki mojego zycia. Oczywiscie nie mialem plebanii, mieszkalem w malym pokoiku niedaleko jednego z moich trzech kosciolow. Pokoik byl kiedys zapleczem masarni, ta jednak szybko zbankrutowala gdy witalismy kapitalizm, kazdy z usmiechem na twarzy, wszyscy tylem do malego budynku, ktory rozkladal sie za naszymi plecami, niezauwazony. Pewnie dlatego zostalem tam potem zeslany, upewniajac sie, ze tak naprawde nic sie nie zmienilo.
Polski kwiecien minal, jednak co to znaczy, skoro czas jest klamstwem, a Polska majaczeniem wariata? Jak zawsze, nie dzialo sie nic. To niedzianie sie gniotlo mnie, miazdzylo. Oczywiscie nie przezylem wcale smierci papieza. Nie zauwazylem nawet zmiany. Papiez, tak jak Bog, nie zyje, bo sami go zabilismy. Coz za brednie!
Pewnie, ze byly w moim zyciu kobiety. Tak samo jak alkohol i inne zdarzenia, ktore, jak przeczytalem, cos zmieniaja. Dalem sie nabrac na wszystko, to mnie otaczalo a jedyny film, ktory mnie smieszyl, nigdy nie powstal, bo nikt nie sfilmowal tego, jak ja zyje. Pierwsza kobieta byla daleko, nie obchodzilo mnie juz czy zyla czy umarla, nie obchodzila mnie nasza corka, nigdy nie wiedzialem czy miala jakies imie. Jak to sie stalo? Pierwsze duchowe rozmowy w zakrystii, potem zwiazek dwoch dusz, czytanie Piesni nad piesniami i w koncu zdrada celibatu, na kocu w cieply majowy poranek. To zawsze jest cieply majowy poranek. Kiedys dostalem list od biskupa, ze mnie przenosza, ze w tamtej parafii juz sobie nie radze, chcialem zrzucic ten habit, ktory jak zolwia skorupa wrosl we mnie i przygniatal do ziemii. Oczywiscie, ze tego nie zrobilem. Kilka rozmow z hierarchami, sluzba Bogu zwyciezyla, jesli grzech nie jest oficjalny nie trzeba nawet pokutowac. Wystarczylo, ze szybko zebralem kilka swoich przedmiotow i tego samego dnia, wieczorem, ukladalem te przedmioty w zupelnie innej parafi w takim samym miescie.Potem moze jeszcze dwie. Nastepne byly juz tylko nalogiem, czyms na ksztalt wzuwania butow na stopy – przyzwyczajeniem, ktore niczego nie rozwiazywalo, ktore nie zostawialo juz blizn czy zapachow. Pomiedzy tymi zdarzeniami zaczynalem pic. Pilem wino mszalne, w przeswiadczeniu ze jest swiete i niczym baranek Bozy, gladzi grzechy swiata, a przynajmniej moje. Pilem wodke, pilem spirytus, pilem piwo i szampana, pilem denaturat i pilem whisky. Whisky zazwyczaj pilem u parafian, tych tlustych swin, ktore zarabialy pierwsze kapitalistyczne miliony handlujac swinskim tluszczem, do ktorego sie upodobnili. Nigdy sie nie upilalem, siedzac w ich wielkich domach, w ich skorzanych fotelach, gardzilem nimi, gardzilem soba pijac ich falszywy alkohol, kupiony u przygranicznikow za kilka zlotych litr. Pilem, kiwalem glowa i staralem sie nie slyszec rubasznego smiechu i zadowolenia z przynaleznosci do elity. Wstawalem szybko, jak zawsze nerwowo, machnalem reka niewyrazny znak krzyza, wychodzilem, zatrzaskiwalem skrzypiaca bramka i rzygalem na ich mury, na ich kamienne podjazdy. Od lat nie widzialem swojego odbicia, przestalem ukazywac sie lustrom, bo nie mialo to sensu. Wiedzialem, ze rozmylem sie juz za bardzo, ze nie zobacze nic procz kilku kolorow, nie poczuje nic procz smrodu. Przestawalo mnie to obchodzic, bylem juz mechanizmem wpasowanym w otaczajacy go swiat, swiat, ktory tak naprawde byl tylko zielonym i zoltym kolorem, autystyczna wersja raju utraconego, ktorego nikt nie utracil, bo ktory nigdy nie istnial.
Teraz nie mam juz nalogow bo tak jak w Boga, przestalem wierzyc w nalogi. Kobiety i alkohol jak dym rozplynely sie w moim zyciu, moje ubrania na chwile przyjmowaly zapach alkoholu i kobiet, i to tyle. Tak jak moje odbicie na pewno bylo tylko rozmytym obrazem, tak sam siebie potrafilem przesladowac z uporem i masochistyczna przyjemnoscia. Nawet teraz widzialem siebie siedzacego posrod tych cichych mezczyzn. Wpatrywalem sie sam w siebie. W moich oczach nie bylo nic, oczywiscie, ale jego oczy swiecily, jego brwi i usta wyraznie mnie osadzaly, cala jego twarz byla wyrzutem, twarz z premedytacja rzucona przed moje oblicze. Nie moge juz na niego patrzec, on mnie denerwuje. Szklanke zostawiam na stole i wychodze, drzwi skrzypia, na zewnatrz jest bardzo ciemno.
Ide kilka krokow w lewo, potem staje, szybko odwracam sie i zaczynam isc na prawo. Na calej ulicy swiecia sie trzy latarnie, jedna przekrzywiona nad chodnikiem, akurat ta sama, ktorej zarowka zdaje sie nadawac jakis sygnal alfabetem Morsa. Ide wciaz naprzod, mijajac kilka niskich budynkow, ktorych dachy przygniataja je z niezmierna sila, skrecam w mrok. Wciaz ide do przodu, czasem sie potykam, ale nie zwalniam. Sweter nie chroni mnie przed zimnem, wiec zaczynam dygotac, najpierw delikatnie, potem jak deliryk, ktorym jestem. Wiem co sie przede mna znajduje, znam te okolice jak kazdy mieszkaniec, ale nie wiem po co tam ide i czy dzisiaj, akurat tej dzisiejszej nocy znajde przed soba to, co bylo tam zawsze. Mam nadzieje, ze nie, ze zaraz zaczne spadac, ze potkne sie o wysoki kamien, przewroce, ale juz nie uderze o ziemie, bo bede lecial, caly czas, zupelnie bez strachu, spokojnie poddam sie grawitacji, ktora przez cale zycie wszystkich ludzi przyciagu w dol zamiast w gore ich odpychac.
***
Matka Jakuba przychodzila do kosciola codziennie. Czesto z podbitym okiem czy w inny sposob okaleczona, dla nikogo nie bylo tajemnica, ze jej maz w taki sposob wylewa swoje smutki. Ona siedziala w ktoryms z koncowych rzedow, nigdy nie byla na mszy, przychodzila zawsze gdy nikogo albo prawie nikogo innego nie bylo. Nigdy nie byla u spowiedzi, co zreszta cieszylo mnie na swoj sposob, bo przeciez doskonale wiem co moglaby mi powiedziec i doskonale wiem za co powinna pokutowac. Jej syn, Jakub, byl slabym i chorowitym dzieciakiem, lekko opoznionym w rozwoju, poslusznym i milym dla kazdego. Jakub zawsze czekal na nia przed kosciolem – ona potrafila siedziec godzinami i wpatrywac sie w oltarz albo w baby sprzatajace, on zawsze siedzial na schodach przed kosciolem wpatrujac sie w druga strone ulicy albo w baby wracajace z zakupow, z duzych miast, gdzie kupowaly chinskie chusty na otluszczone i zawszone lby.
Matka Jakuba przychodzila do kosciola chyba tylko po to, by nie musiec wracac do domu, gdzie jej cierpiacy maz krzatal sie nic nie robiac. Jakub codziennie siedzial na tych schodach, w tych samych ubraniach i z taka samym wyrazem twarzy, niczego nie wyrazajacym. Czasem siedzial tam, jedzac bulke czy jablko, tak jakby byl na najlepszej uczcie, jakby byl przyjmowanego przez Boga we wlasnej osobie. Niewiele mowil.
Matka Jakuba przychodzila do kosciola przez lata. Codziennie. Kiedy pewnego dnia nie pojawila sie, zupelnie naturalne bylem zaciekawiony co sie stalo. Nie musialem mocno starac sie by to odkryc, ludzie w tych bezimiennych miastach zyja tylko po to, by mowic – albo raczej by przewidzic mowe niczym kabel przewodzi prad. Nigdy nie zastanawiali sie nad tym, co mowia. Nie mialo to znaczenia. Okazalo sie, ze matka Jakuba zabila go tluczkiem do miesa, rozlupala jego czaszke. Nikt nie wie czemu tak sie stalo. Jego pogrzeb prowadzilem tak jak kazdy inny, czyli bez zaangazowania i z pospiechem. Po tygodniu nic juz nie bylo z historii o Jakubie. Plastikowe kwiatki na jego grobie zaczely przybierac dziwne kolory, znicze sie wypalily, ziemia zaczela twardniec, jakby zmuszajac sie do zamkniecia jego ciala w podziemiach. Oczywiscie kilka tygodni pozniej jego matka powiesila sie na wieziennym przescieradle, a jego ojciec co jakis czas pojawial sie przed oltarzem by siedziec tam, w tym samym co ona miejscu. Szybko sie wyprowadzil i sluch po nim zaginal. Grob Jakuba zarosl chwastami i nawet na Swieto Zmarlych nikt nie zapalal znicza na kupce ziemii obrosnietej zielskiem.
****
Tego dnia wstalem bardzo wczesnie. Bezchmurne niebo bylo bardzo blekitne, powietrze chlodne, orzezwiajace. Gdy siadalem na lozku, uslyszalem znajome skrzypniecie. Z kranu umieszczonego po prawej stronie drzwi nalalem troche wody do nieduzego, przerdzewialego garnka, do ktorego nastepinie wlozylem grzalke i podlaczylem ja do pradu. Czekajac na zagotowanie sie wody wlozylem szare skarpety, ktore wisialy na oparciu krzesla. Przetarte piety. Gdy zagrzala sie woda, wlalem ja do szklanki, do ktorej wczesniej nasypalem herbaty. Pomoglem sobie koloratka, by nie poparzyc rak – pomyslalem wtedy, ze jednak na cos sie przydala. Zalozylem spodnie i brazowy podkoszulek, herbate poslodzilem piecioma lyzkami cukru, pomieszalem i czekalem az sie ochlodzi. W tym czasie siegnalem po maly taboret, ktory sluzyl mi jako stolik nocy. Popielniczka byla pelna, wyciagnalem ostatniego papierosa z opakowania rosyjskich Kamelow, ktorego zapalilem, siedzac na nieposlanym lozku. Nie mialem przescieradla, spalem po zbutwialym kocem, a poduszka w kilku miejsach byla pozolkla, nawet nie chce wiedziec skad te plamy sie tam wziely. Otworzylem okno, nie mam firanek. Po wypaleniu papierosa jednym chalstem wypilem herbate, szybko wyszedlem ze starego budynku masarni i pekaesem pojechalem do K., duzego miasta oddalonego kilkadziesiat kilometrow od moich miasteczek. Na dworcu w K. kupilem papierosy. Co jakis czas przyjezdzalem tutaj i przez kilka godzin zwiedzalem stare koscioly. W jednym z nich chcialem odpoczac, usiadlem i zasnalem. Obudzilem sie dopiero po kilku godzinach, zmeczony i obolaly. Zdziwilem sie, ze nikt mnie nie zauwazyl. Musialem spac dluzej, niz mi sie zdawalo, bo drzwi wyjsciowe byly zamkniete, chociaz szarpalem nimi dosc mocno, przez co glosny i gluchy dzwiek zaczal odbijac sie od scian. Poszedlem w strone zakrystii, ale i te drzwi byly zamkniete. Dwa czy trzy razy krzyknalem, ale nikt nie odpowiadal – tylko echo. Bylem sam. Kilka zarowek lekko rozswietlalo swiatynie, na oltarzu plonelo kilka swiec, widocznie od kilku godzin, wosk zaczal juz zalewac blat. Podszedlem w strone figurek stojacych za oltarzem. Byla tam Maryja, rozkladajaca rece i patrzaca w gore tym potepionym spojrzeniem. Przejechalem palcem po jej twarzy, malutkich dloniach, piersiach. Figurka miala lekko rozchylone usta, polmrok w dziwny sposob pozbawial ja cienia. Po drugiej stronie byla figura Jozefa, podobnej wielkosci. Miedzy nimi wielki krucyfiks, na ktorym z pustym wyrazem twarzy Jezus zdawal sie nie dostrzegac otoczenia, chyba zupelnie o tym nie myslal.
W koncu z zakrystii wyszedl koscielny, stary mezczyzna z zupelnie zaskakujacym, przyjemnym wyrazem twarzy. Przygotowalem sie na klotnie i krzyki, chcialem mu powiedziec ze nie ma obaw, ze sam jestem ksiedzem. On jednak o nic nie pytal, otworzyl glowne drzwi i pozwolil mi wyjsc. Na zewnatrz bylo chlodno, ciemno, po ulicach chodzilo wielu mlodych ludzi. Przez jakis czas spacerowalem, potem usiadlem na lawce, gdzie wypalilem kilka papierosow. Poszedlem do baru, w ktorym spedzilem kilka godzin. Dochodzila czwarta. Ponownie na ulicy, gdzie juz nie bylo ludzi, prawie nikogo oprocz grupki mlodych, dracych sie wnieboglosy. Wybralem male uliczki, skroty, bylo ciemno i ciasno. W pewnym momencie zauwazylem kobieca noge, ubrana w podarte rajstopy, bez butow. Pod sterta smierdzacych odpadkow i smieci znalazlem martwa dziewczyne, byla ubrana jak prostytutka, miala zmasakrowana twarz i wciaz otwarte oczy. Poczatkowy przestraszylem sie, przez chwile bylem przerazony i gotowalem sie do biegu, jednak cos mnie blokowalo. Kucnalem, wzialem jej sina twarz w swoje dlonie. Nie wiem dlaczego, ale pocalowalem ja w czolo. Bylo bardzo zimne, do tego stopnia, ze moje usta zabolaly w momencie, kiedy dotknely jej skory. Moje zachowanie bardzo mnie zastanawialo. Wyprostowalem sie i zwymiotowalem do pogietego, blaszanego kubla na smieci, ktory stal obok. Rekawem wytarlem twarz, noga kopnalem kilka smieci tak, by tworzac sterte, przykryly trupa.
Dwa dni pozniej przeczytalem w gazecie, ze figurka Maryi w tamtym kosciele zostala skradziona. Byla stara i drogocenna, policja nie potrafila jednak zrozumiec dlaczego zlodzieje zabrali tylko ten jeden przedmiot. O smierci prostytutki nic nie napisano.
***
Znowu zle spalem. Wstalem dosc pozno, powietrze bylo bardzo suche, moja skora byla bardzo sucha, czulem sie jak mumia. Skad to wyrazenie?
Zaczalem czytac stara gazete, ktora juz jakis czas lezala obok krzesla, z wyraznym sladem buta. Na jednej z ostatnich stron znalazlem krotka notke o wariacie we Francji. Dwudziestokilkuletni chlopak wkradl sie do Instytutu Miar pod Paryzem, kawalkiem zelaznego preta rozbil szybe, pod ktora znajdowal sie Metr, ten Metr ktory wyznaczal wszystkie inne metry. Wariat krzyczal cos o koncu swiata, o tym, ze zniszczy maszyne jaka swiat jest. O tym, ze bez Metra ludzkosc od razy przestanie istniec, swiat przestanie istniec, dojdzie do reakcji lancuchowej. Swiat zniknie tak samo szybko jak powstal, nonsens przestanie byc wazny, znowu nie bedzie nic, tylko materia, wszedzie to samo i taka sama temperatura. Nie mozna tego nawet nazwac powrotem do punktu wyjscia, moze raczej falstartem. W tym momencie poczulem sie jak wszechswiat, zbior obliczen, zbior operacji, miliardy miliardow operacji wykonanych tylko po to, by zniknac w czasie krotszym niz tysieczne sekundy, wszechswiat tak skomplikowany, ze tylko wariat z kawalkiem zelaznego preta potrafi stawic czolo… No wlasnie, czemu? Pomyslalem przez chwile, ze wariatem jest zabita prostytutka, ze z metalem w reku niszczy szybe chroniaca figurke Matki Boskiej, figurke, ktora w kazdym momencie miala moja twarz.
KIlka miesiecy pozniej odprawialem slub. Tego samego dnia brudny i bezzebny chlop, ktory wygladal jak Matuzalem, rozkopal grob Jakuba. Trzeba bylo to zrobic, bo tylko niszczal i byl powodem estetycznego niesmaku wsrod zywych. Matuzalem mial wykopac tania trumne, w ktorej zostal pochowany Jakub, by spopielic ja, jednak mimo wysilku i dosc duzego dolu, jaki powstal po kilku godzinach, nigdzie nie mogl znalezc chocby najmniejszych resztek swiadczacych o spoczywajacym tam dziecku. Matuzalem zarabial na wino, wiec nie myslal nad znaczeniem odkrycia, szybko dol zakopal, ziemie wyrownal i poszedl po nalezne mu pieniadze.
Slub brala nawet niebrzydka mloda dziewczyna i wielki chlopak o tepym obliczu. Dziewczyna wyraznie byla przy nadziei. Po stonach obu rodzin pojawilo sie grono gosci. Wszyscy byli ubrani w rownie kiczowate szmaty, ktore kupowali na kilogramy. Oczywiscie rodziny byly pobozne, totez i ja zostalem zaproszony na wesele. Slubu udzielilem szybko, rzeklbym nawet – profesjonalnie. Bez emocji. Zabawa zaczela sie wczesnie, okolo czwartej po poludniu, byla mrozna sobota.
Wesele odbylo sie u ojca pani mlodej, biednego rolnika, ktory oprocz poslubionej corki mial jeszcze piatke dzieci. Rolnik mial dosc duzy dom, w ktorym w kilku pokojach scisnieto gosci. Duza czesc zabawy miala miejsce przed domem, gdzie grala wioskowa kapela stworzona z muzykow ochotniczej strazy pozarnej. Po dwoch godzinach wiekszosc gosci zaczynala swietowac. Pierwsze rozerwane suknie tej nocy padaly na sianie i lajnie w starej i smierdzacej oborze. Kilku mezczyzn w srednim wieku zaczelo krzyczec, tanczyc, klocic sie – oczywiscie caly czas pijac bimber i wodke sprowadzona z Bialorusi. Ja nadal cicho siedzialem w kacie najwiekszego pokoju, co jakis czas wychylajac szklanke i co jakis czas starajac sie szybko ucinac rozne dywagacje starych zon, zdradzonych Bog wie ile razy, pustych, glupich i rozlazlych. Zawsze kojarzyly mi sie one z woskiem z uszu, zreszta byly podobnej konsystencji.
Muzycy zaczeli grac coraz szybciej, goscie coraz szybciej tanczyli, coraz glosniej mowili i coraz wiecej ich bylo. Zaczeli przechodzic jeden przez drugiego, jak duchy przenikali przez siebie, odbijali sie od jednej sciany do drugiej, powoli obraz, na ktory patrzyly moje oczy skladal sie z niewyraznych sylwetek, a uszy slyszaly niezrozumialy jezyk. Bylem odizolowany i uposledzony. Nagle, wsrod niewyraznych sylwetek, ktore coraz bardziej rozmywaly sie i umykaly formom, zauwazylem Jakuba. Byl niezwykle wyrazny, wygladal troche jak obraz gruboziarnistej kilszy fotograficznej. Powoli zblizal sie w moim kierunku, ale nie zauwazylem, by ruszal nogami. W tym momencie slyszalem jedynie gluche dzwieki, krzyki i piski, tak bardzo niewyrazne, jakbkym trzymal glowe pod woda i probowal nasluchiwac otoczenia. Goscie, teraz zupelnie juz bez formy, ruszali sie coraz szybciej, coraz czesciej przechodzili przez siebie i wtapiali sie w siebie. Tworzyli czarne tlo dla zblizaljacego sie do mnie Jakuba, ktory nadal, bardzo powoli, plynal w moim kierunku. Nie mogle dostrzec czy patrzy na mnie, gdzies poza mnie, nie moglem stwierdzic czy w ogole ma otwarte oczy. Czulem sie coraz ciezszy, jakbym byl pomnikiem stworzonym z marmuru, nie moglem podniesc reki czy obrocic glowy ze strachu, balem sie, ze cos peknie, ze moja reka odpadnie i rozbije sie o podloge. Zaczalem myslec o moim dziecinstwie, nawet nie wiem dlaczego. Nie moglem sobie nic przypomniec. Kilka zdarzen z seminarium i dzisiejszy dzien, oto co wiedzialem. Jakub zblizal sie, chociaz coraz wolniej. Slyszalem juz tylko gluchy odglos, cos jak echo, zreszta czulem sie jakbym byl w wielkiej jaskini. Nie moglem nic zrobic, przez caly czas wydawalo mi sie, ze nic nie moge.
Jakub byl juz kilka metrow przede mna. Teraz dopiero zauwazylem, ze mial przymruzone oczy, zupelnie sie nie ruszal, wlosy jego nie drzaly, odzienie jego zachowywalo sie jak zrobione z metalu, zupelny bezruch otaczal jego postac. Slyszalem szepty. Cisza. Nagle ogromne uderzenie, jakby dzwon wielkich rozmiarow, przerazilo mnie to, ale nie moglem drgnac. Jakub blyskawicznie podniosl reke, w ktorej trzymal wielki krucyfiks zrobiony z kosci, na ktorych nadal pozostaly resztki miesa. Krew splywala po jego dloni. Zrobil sie ogromny. Powoli , z gory, obrocil glowe i otworzyl oczy, bardzo szeroko. Nie mial galek ocznych, widzialem tylko zakrwarione dziury, po policzkach splynely mu krwawe lzy. Zamachnal sie reka z krucyfiksem, na ktorym ja bylem ukrzyzowany.
Boze.”

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS