RSS
 

Notka bezimienna.

04 sty

Przed wojną, tą drugą, miałam pięć lat. Przez cały okres dwudziestolecia międzywojennego miałam pięc lat. Szarobura pogoda okropnie przyczyniła się do zabłocenia mojego niewielkiego pokoiku w starej kamienicy. Tego dnia wyglądałam przez okno, oczekując przylotu wróżek albo Mikołaja. Moja matka, młoda i piękna, szła w dole w brązowym płaszczyku, na którym napięta była bursztynowa spinka w kształcie łzy. Przejeżdżający obok niej automobil zatrąbił radośnie, a może zawzięcie, po czym wjeżdżając w dużą kałużę ochlapał przechodniów lepkim błotem. Na brązowym płaszczu z bursztynową spinką dało się zauważyć plamy. Próbując strzepnąć błoto, moja młoda i piękna matka pobrudziła swoje zamszowe rękawiczki. Wyprostowała się, otrzepała ostatni raz, po czym ja poszłam do kuchi porozmawiać z moim kotem, Marcinem. Marcin był stary i miał ubłocone łapy. Jego siwe już futro nie ukrywało jego wieku, jakby przygniatająć Marcina i zamykając w klatce. Marcin zeskoczył z niewielkiego, drewnianego taboretu, który w kuchni służył głównie jemu, po czym uciekł do innego pokoju. Wzięłam ze stołu kanapkę cienko posmarowaną masłem, która leżała na desce obok noża, wciąż oblepionego żółtą mazią. Przez chwilę szukałam soli, ale w kuchni poza nożem, na którym teraz już siedziała mucha, niewiele można było znaleźć. Usłyszałam ciche pomrukiwanie Marcina, a potem szept. Ktoś włożył duży, żelazny klucz to spróchniałych drzwi, przekręcił go czyniąc znane Marcinowy hałasy – kot szybko podbiegł do drzwi wejściowych, czekając przybysza. Matka weszła dość prędko, pospiesznie, a na ciężar jej ciała szybko zareagowała stara, bukowa podłoga, która skrzypnięciem przywitała gościa. Matka położyła niewielką torbę na podłodze przy wejściu do kuchni. Chociaż w torbie był tylko kawałek pietruszki i może dwie, albo trzy bułki, Marcin począł ją przeszukiwać w nadziei na znalezienie jego ulubionych smakołyków, czyli ryb bądź tłustego mleka.
Mleko zawsze braliśmy od Berdzikowej, starej już kobiety, która dwie kamienice dalej prowadziła niewielką działalność handlową we własnym mieszkaniu. Pamiętam, że bardzo lubiłam pić mleko od Berdzikowej (które tata zawsze nazywał berdzikowskim, co zawsze mnie rozśmieszało). Berdzikowa dostawała kilkanaście litrów mleka co środę, kiedy jej siostra przyjeżdżała ze wsi na niewielkie zakupy. Siostra Berdzikowej poślubiona została mając piętnaście lat. Pracowała na wsi w charakterze gospodyni, była bita i gwałcona przez męża, chłopa z wielkimi dłońmi i twardą skórą na końcówkach palców. Od kilku miesięcy nie kupowałyśmy mleka od Berdzikowej. Nie wiem, dlaczego.
Marcin, znużony poszukiwaniami i, oczywiście, zawiedziony, przytulił się do ceramicznego pieca, który był jeszcze dość ciepły – dwa dni temu mama przynioła w zardzewiałym i niedużym wiaderku trochę węgla. Mucha, również rozczarowana zawartością torby, latała leniwie dookoła naftowej lampy, którą moja mama dostała od swojej mamy w prezencie ślubnym. Lampa była trochę zakurzona i bardzo czarna od dymu. Nikt dawno jej nie czyścił, nikt też jej nie używał. Mama włożyła fartuch, który cerowała już chyba sto razy, wyczyściła nóż starą szmatką i zaczęła kroić pietruszkę. Jej płaszcz wisiał na stojaku, niedaleko drzwi wejściowych. Gdy pobiegłam zobaczyć zaplamione miejsca, podłoga protestowała z dużo mniejszą powogą. Płaszcz był już chyba wysczotkowany, bo nie mogłam znaleźć żadnej, nawet najmniejszej plamki. Pamiętam, że bardzo mnie to zdziwiło. Z jednej kieszeni wystawała mała książeczka. Wyciągnełam ją. Nie wiem, co było w niej napisane, ale pamiętam zdjęcie ojca. Uśmiechnięty, przystjony – jakby był tam dla mnie, by zaraz wziąć mnie na ręce i rozhuśtać po moim niewielkim pokoiku. Gdy tak robił, Marcin zawsze przyglądał się nam, znudzony ale jednocześnie zaciekawiony. Tylko koty potrafią robić takie miny, a w szczególności stare koty. Pomyślałam, że zdjęcie jest znakiem bądź jakiegoś rodzaju biletem. Wiedziałam wtedy, że tata przyjdzie. Ze spokojem otworzy drzwi, lekko zmruży oczy na dźwięk skrzypiącej podłogi, potem z poważną minę podejdzie do mamy, pocałuje ją w czoło, by następnie wyciągnąć z wewnętrznej kieszeni marynarki malutki, drewniany kwiatek pomalowany na różne kolory. Będzie wiedział, jaką radość sprawi mi patrzenie na tą drewnianą tęczę, jednak nie da mi kwiatka. Najpierw weźmie mnie na ręce, z dziwną troską spojrzy na moją twarz, którą za chwilę pocznie obsypywać pocałunkami. Wtedy wbiegnie ze mną do mojego pokoju i pełen werwy i szalonej energii zacznie wirować ze mną, tańczyć i podskakiwać. Gdy już oboje będziemy zmęczeni, usiądziemy na obdrapanym, ale wygodnym foteliku w dużym pokoju. Będę jeszcze chichotać, gdy tata wręczy mi prezent. Ja ucieknę mu z kolan, chwilę będę goniła Marcina, który szybko schowa się pod szafą, znudzony taką zabawą. Potem zacznę tańczyć sama, z tym kolorowym kwiatkiem, zacznę robić fikołki. Ojciec będzie się przyglądał przez kilka minut. Wyciągnie swoją cenna, srebrną papierośnicę i zapali papierosa przy otwartym oknie, patrząc na ulicę, na której siostra Berdzikowej będzie pokornie szła za mężem, obładowanym pełnymi kankami mleka. Ja szybko się zmęczę, mam dopiero pięć lat, więc położę się w moim niedużym łóżeczku i zasnę, przytulona do Zosi, lalki, którą dostałam od babci na drugie urodziny. Tata zgasi papierosa, robiąc to ostrożnie, by nie strząsnąć popiołu na dywan. Usiądzie na niedużej sofie z mamą, która wciąż będzie w fartuchu zacerowanym i przez to wielobarwnym.Ona, z codzienną troską, spojrzy na tatę, który będzie miał wzrok strapiony i pełen strachu. Wtedy na pewno się przytulą. Jestem pewna, że zdjęcie w magicznej książeczce jest biletem powrotnym mojego taty. Najwyższy czas. Taty już nie było w domu, kiedy dostawałam Zosię, nie poznał Zosi. Bardzo się cieszyłam z nowej lalki. Mama i Babcia siedziały w dużym pokoju i szeptały.

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz

 

 
 

  • RSS