RSS
 

Marzyciel

08 sie

Zdaje się, że w pewnym momencie życia, gdy człowiek dorasta i rozumie znacznie więcej niż drzewiej, zaczyna on nienawidzić marzycieli.
Już samo dorastanie jest czymś na kształt – nie tyle tracenia niewinności, bowiem to byłoby zbyt banalne – tracenia wiary w człowieka. Innymi słowy przepełniona dobrymi rokowaniami na przyszłość głowa zostaje zlana zimną wodą, na którą składają się stracone zaufanie czy w ogóle krzywdy popełnione przez innych. Mówiąc wprost – dorastanie, wchodzenie w dorosłość jest czymś na kształt odkrywania coraz to bardziej wysublimowanych cierpień, jakie zadaje nam życie.
I właśnie poprzez takie odbieranie swojego istnienia zaczynasz nienawidzieć marzyciela, który nadal ma nadzieję czy który nadal wierzy. Życie byłoby prostsze i po prostu radosne, gdyby uwierzyć w jego prostotę, jednak zawsze jest na odwrót. Czemu ? Wyobraź sobie jedynego uczciwego w państwie oszustów – gdy zobaczy on, że jego postępowanie, chociaż dobre, jest bezsensowne. Zatem świat to taki kraj oszustów, a człowiek, rzekłbym niedorośnięty, czyli nadal marzyciel, to ten postępujący zgodnie z sumieniem. Szybko przepada, a jego deprawację nazywa się dojrzewaniem i prawdziwym zrozumieniem życia – które przecież nie jest radosne, jak tłumaczą oszuści. A czemu nie jest ? Bo wszyscy oszukują i koło jest zamnkięte.
Marzyciel to Justyna z prozy De Sade’a. Pozostają mu dwa wyjścia – zginąć, jeśli boi się popełnić samobójstwo (na przykład będąc rażonym piorunem, co wydaje się ulgą dla strachliwego marzyciela, przerażonego złem tego świata i rozczarowanego, po prostu rozczarowanego) bądź też zostać oszustem. Ogromna większość z nas wybiera drugą drogę, zaczynając wierzyć oszustom, że życie jest pasmem cierpień.
Marzyciel wie, że bycie sobie na tym świecie nie jest usłane różami – i też tego nie chce, bowiem sielanka rodzi zniechęcenie. Wie jednak marzyciel, że mimo wielu brudów tego świata można żyć dobrze po prostu więrząc w jakiś fundament – nieważne jaki, ważne jednak by był absolutnie prawdziwy. Jak na przykład miłość.
Jest trzecie wyjście z dorastania. Poznać drugiego marzyciela, z którym można budować życie na wyżej wspomnianym fundamencie. Tacy marzyciele wiedzą, że żyją pośród oszustów ciągle wmawiającym marzycielom, że życie jest ciężkie. I przecież sami mają problemy… Ale dopóki mają w co wierzyć nie czują się w żadnej mierze pokonani, bo przecież o to chodzi oszustom – pokonać wiarę w to, że można żyć szczęśliwie poprzez niszczenie zaufania.
Możesz tedy ufać sobie i innemu marzycielowi, żyć w zgodzie z oszustami i po prostu uprawiać własny ogródek, wiedząc, że jeśli nie uczynisz świata lepszym to jednak twoje życie może być lepsze.
A czemu człowiek, który wybiera drogę oszusta nienawidzi marzycieli ? To bardzo proste – są oni przecież tym, czym oszust chciał być zawsze, ale w co stracił wiarę przez co niszczył w sobie boski pierwiastek marzycielstwa.
Marzyciela prawdziwego, który znalazł pokrewną sobie duszę i ułożył życie w spokoju pośród oszustów wierząc w fundament, może zniszczyć tylko jedno – gdy ta pokrewna dusza przestaje marzyć. Wtedy marzycielowi pozostają dwie drogi – zostać oszustem bądź wybrać wieczny spokój (niepokój?). Umierać jednak z myślą, że nie ma i nie było na świecie marzycieli to istna męka. Ale przecież czy tak nie dzieje się zawsze ? Bo w końcu oczuści są po prostu koniecznością, a marzyciel – strupem.

 
Komentarze (10)

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Dodaj komentarz

 

 
  1. teren-kobietki

    8 sierpnia 2005 o 12:18

    Każdy z Nas jest marzycielem, każdy! I może trochę racji masz. Idąc przez życie z drugą osobą, marzycielem do szpiku kości.. Idąc, i potykając się o kamień rzucają przez oszustów – można stracić dużo więcej niż spokój, wyobraźnie i bańkę mydlaną z marzeniami.

    Ale to już chyba inna bajka ;-)

     
  2. Nacodzien

    8 sierpnia 2005 o 18:49

    Być wrażliwym to na tym świetnie równoznaczne z byciem naiwniakiem. Chyba.

     
  3. teren-kobietki

    8 sierpnia 2005 o 19:21

    Niekoniecznie, chociaż..

    Nikt nie jest alfą i omegą. Szczerze, to wolę być wrażliwa – choćby czasem za tą cenę naiwności.
    :)

     
  4. Nacodzien

    8 sierpnia 2005 o 19:51

    Też tak wolę, tylko czemu muszę przez to cierpieć katusze?

     
  5. teren-kobietki

    8 sierpnia 2005 o 20:01

    Czasem trzeba cierpieć, by docenić to i tamto :)

    Poza tym, gdyby świat był bez cierpienia, łez, smutku – monotonne byłoby nasze szczęście, świat – i nie znalibyśmy wielu uczuć.

    Wiesz przecież, że każdy człowiek choć raz ucierpiał. Także, głowa do góry – świat wciąż się zmienia..

     
  6. Nacodzien

    8 sierpnia 2005 o 20:15

    Nie twierdzę, że świat może być pozbawiony cierpień, ale czemu nie jest pozbawiony ran zadawanych przez najbliższych ?

     
  7. teren-kobietki

    8 sierpnia 2005 o 20:25

    Bo to właśnie od najbliższych, i dzięki nim – poznajemy smak tego życia.

    (:

     
  8. nacodzien

    8 sierpnia 2005 o 20:34

    Tak. Słodki i gorzki.

     
  9. teren-kobietki

    8 sierpnia 2005 o 20:37

    Ale jaki niepowtarzalny ma smak słodkie szczęście, po długim czasem gorzkich chwil – i na odwrót :)

     
  10. nacodzien

    8 sierpnia 2005 o 20:43

    Na odwrót ?
    Mi tam nie przeszkadzało bycie szczęśliwym i, co ważniejsze – pewnym.

     
 

  • RSS